Omawiając wydany niedawno przez Frondę zbiór esejów Alaina Besancona "Świadek wieku", Marcin Król zastanawia się nad tym, co stanowi najistotniejszy składnik pisarstwa francuskiego historyka, teologa i filozofa. Jest nim wedle Króla ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem komunizmu jako sposobu myślenia, który akcentuje absolutny prymat ideologii nad rzeczywistością. Innym niezwykle ważnym dla Besancona tematem są dzieje katolicyzmu w epoce nowoczesnej i jego stosunek do różnych duchowych zagrożeń tej epoki, w tym również do komunizmu. Besancon wskazuje, że Kościół w swoim sprzeciwie wobec intelektualnego dziedzictwa rewolucji francuskiej uległ pokusie "irracjonalizacji" doktryny, przestał nadążać za zmianami intelektualnego klimatu i "stracił orientację w rzeczywistości". W rezultacie okazał się bardzo mało odporny na oddziaływanie totalitarnych ideologii nazizmu i komunizmu.
p
Alain Besancon jest znakomitym przykładem nieustającej wielkości kultury francuskiej. Znawca dziejów Rosji, teolog i krytyk katolicyzmu, historyk i krytyk sztuki - to przykład "mandaryna", jakich bardzo trudno znaleźć choćby w Stanach Zjednoczonych. Właśnie ta niebywała erudycja i zarazem swoboda wypowiadania się na pozornie odległe tematy różni wielu francuskich intelektualistów od bardzo znanych, ale zupełnie "jednopłaszczyznowych" intelektualistów amerykańskich, takich jak na przykład Francis Fukuyama.
Besancon niemal przez całe życie pracował w paryskiej école des Hautes études en Sciences Sociales. Specjalizował się w historii Rosji, a zwłaszcza w historii myśli rosyjskiej. Jest autorem fundamentalnej pracy na temat intelektualnej genezy leninizmu oraz wielu innych książek i esejów dotyczących myśli rosyjskiej XIX wieku. Zajmuje się również komentowaniem bieżących zdarzeń politycznych w Rosji i na świecie, jest wreszcie nie tylko przyjacielem Polski, ale znakomitym znawcą polskiej historii i kultury, czemu często daje świadectwo w swoich książkach i esejach.
Opublikowane ostatnio przez Frondę dwa wielkie tomy wybranych tekstów Besan?ona ("Alain Besancon. Świadek wieku") stwarzają doskonałą okazję do zastanowienia się nad tym, jakie jest przesłanie całego jego pisarstwa. Szkoda, że w przedrukach, zwłaszcza publikacji z drugiego obiegu, nie poprawiono wielu błędów tłumaczy i nie zaktualizowano wielu przypisów, ale i tak zasługa wydawcy jest bezsporna.
O czym zatem myślał i o co pytał Alain Besancon przez tyle lat? Wprawdzie wątek Rosji i wątek komunizmu rosyjskiego to najczęściej poruszane przez Besancona tematy, ale dla całej jego myśli kluczowe jest pytanie o przemiany w europejskim katolicyzmie, przemiany, jakie rozpoczęły się w końcu XVIII i na początku XIX wieku. Besancon, katolik, jest równocześnie najbardziej przenikliwym krytykiem katolicyzmu i z niebywałą jasnością potrafi wskazać, kiedy, gdzie i na jakiej płaszczyźnie Kościół odszedł od swojej roli i od swojej doktryny, umożliwiając czy nawet wspierając, a w każdym razie nie reagując na największe zło współczesnego świata, jakim jest totalitaryzm. Jednak dla Besancona nie tylko to jest ważne; stara się on również pokazać, jak Kościół obrał na początku XIX wieku drogę, która uniemożliwiała skuteczne nadążanie za przemianami idei, moralności i życia społecznego. A ponieważ casus myśli rosyjskiej (Tołstoja, Dostojewskiego czy Gogola) potwierdza szerszą diagnozę Besancona dotyczącą przemian nowożytnej duchowości, na jego liczne prace dotyczące tej myśli warto spojrzeć z perspektywy uwag na temat przemian i klęsk katolicyzmu.
Jak wygląda rozumowanie Besancona? Kościół musiał zareagować na krytykę oświeceniową oraz na rewolucję francuską. Krytyka ta była prowadzona przede wszystkim ze stanowiska rozumu, a zatem katolicyzm najsilniej zaatakował te tendencje intelektualne nowych czasów, których istotą było stawianie rozumu na pierwszym miejscu, a także ich konsekwencje w postaci np. rozwoju cywilizacji kapitalistycznej. Początkowo Kościół dysponował dwiema formami intelektualnej reakcji na oświecenie: tradycjonalistyczną Josepha de Maistre'a i jego zwolenników oraz romantyczną - Chateaubrianda, a przede wszystkim religijnie nastawionych romantyków niemieckich. Ostra, dogmatyczna i w istocie abstrakcyjna propozycja de Maistre'a okazała się nie do przyjęcia, więc Kościół zaakceptował ofertę romatyczną. Oczywiście akceptacja ta nie miała charakteru oficjalnego, a taki romantyk jak Félicité de Lamennais (wyjątkowo zresztą przez Besancona nielubiany) został nawet przez Watykan potępiony, jednak do myśli Kościoła wkradła się idea, której już potem nie udało się usunąć. "Menaizm" (od nazwiska Lamennaisa) miał trzy zasady, które mniej lub bardziej świadomie zostały przez Kościół stopniowo przejęte. Po pierwsze, wolność jest wolnością w ramach duchowej wspólnoty, a nie liberalną wolnością indywidualną; po drugie, społeczeństwo jest organizmem, a wobec tego lud, nawet ciemny lud, najpełniej wyraża boskie dążenia i - po trzecie - religijność polega już nie na mistycyzmie (który był zdaniem Besancona czymś w pełni uprawnionym, chociaż zawsze traktowanym przez Kościół z pewną podejrzliwością), lecz na "wzniosłości", czyli nieokreślonej formie uczucia, geniuszu, empatycznej więzi z Bogiem, więzi wymagającej rezygnacji z własnej osoby, więzi całkowicie bezinteresownej, a wobec tego bardzo często wyrażającej się w pogardzie dla realnego świata.
Miało to bardzo poważne konsekwencje. "Sprzymierzając się z romantyzmem, Kościół zapomniał o rozumie jako instancji regulującej i odwiecznie panującej w domenie wiedzy i mądrości. Zawierając konkordat [z Napoleonem - MK], tracił niezależność społeczną, pozbywał się własnych instytucji prawnych, zapominał o swoich naturalnych celach". Wzniosłość, która stanowi cel nieustających ataków Besancona, nie tylko doprowadziła do irracjonalizacji wiary, ale także do odejścia Kościoła od codziennej, także politycznej rzeczywistości. Dawniej Kościół znakomicie potrafił w sposób dla niego właściwy uczestniczyć w zmaganiach politycznych, które naturalnie nie miały wpływu na dogmatykę, ale miały i to poważny na rolę Kościoła w życiu wiernych. Jak dosadnie formułuje to Besancon: skoro Kościół od trzech stuleci tyle uwagi poświęca instruowaniu wiernych w kwestii ich życia seksualnego, to nie powinien rezygnować z ingerencji w inną sferę, co najmniej równie dla zwyczajnych ludzi istotną, jaką jest polityka. Ingerencja ta nie ma nic wspólnego z aktywnym uczestnictwem Kościoła w życiu politycznym jako jeszcze jednej partii politycznej, lecz powinna polegać na uwzględnianiu zmian rzeczywistości politycznej i reagowaniu na te zmiany w takiej formie, która byłaby instruktywna dla katolików i wszystkich innych ludzi.
Romantyczna wzniosłość miała konsekwencje na kilku poziomach, wszelako na poziomie politycznym doprowadziła do tego, że po raz pierwszy w dziejach Kościół zajął pozycję meta- czy wręcz hiperpolityczną, co spowodowało, że stracił orientację w rzeczywistości. Besancon podaje przykład, który jest mi szczególnie bliski. Błąd Kościoła polegał na identyfikowaniu lub potępianiu jednym tchem liberalizmu i socjalizmu. Besancon pisze: "Błąd tkwi w symetrycznym ujęciu >>liberlizmu<< i >>socjalizmu<<, obu traktowanych jako złe. Liberalizmowi, jednemu z kierunków XIX-wiecznej myśli ekonomicznej, nadawano tym samym treści, jakich nie posiadał, ogarniając nim wszelki ustrój gospodarczy i społeczny. Socjalizmowi zaś przypisywano jedność, która w rzeczywistości nie istniała, tak jakby w 1931 roku można było do jednego worka wpakować angielskich laburzystów, francuskich socjalistów, niemieckich socjaldemokratów itd.". Ponadto Kościół w ogóle nie odróżniał rewolucyjnego socjalizmu od socjaldemokracji. W rozmowie z Krzysztofem Jeżewskim Besancon formułuje tę myśl dobitnie. Zapytany, "czy akceptacja demokracji liberalnej nie stanowi słabości Kościoła?", stanowczo odpowiada: "Nie, akceptacja demokracji liberalnej jest po prostu akceptacją rzeczywistości. Kościół stracił dużo piór, usiłując rozpaczliwie opierać się postępowi demokracji liberalnej przez cały wiek XIX. Zgubił jeszcze inne pióra, przystępując do alternatyw społeczeństwa liberalnego będących formami autorytaryzmu, które widzieliśmy w Hiszpanii, Portugalii i we Włoszech. Skończyło się to prawdziwą katastrofą dla Kościoła, bo demokracja liberalna zwyciężyła". Za wielką zasługę Piusa XII - mimo wielu jego przewin - Besancon uważa fakt, że już w orędziu na Boże Narodzenie 1944 roku zaakceptował ostatecznie demokrację liberalną.
Dzięki tej fundamentalnej tezie dotyczącej sytuacji Kościoła w XIX i XX wieku Besancon podaje najciekawsze i najbardziej trafne - spośród znanych mi - wyjaśnienie zachowania Kościoła niemieckiego wobec nazizmu. "Myśl religijna w Niemczech, w jeszcze większym chyba stopniu niż we Francji, związana była przymierzem z romantyzmem przeciwko liberałom, masonom i wolnomyślicielom (nierzadko pochodzenia żydowskiego). Tym łatwiej dała się zwieść ideom organicyzmu, nacjonalizmu, wspólnoty, ideałom popartym już niebawem przez >>naukę<<. Tradycyjny antyjudaizm przekształca się stopniowo w antysemityzm w rasowym sensie tego słowa".
Besancon pokazuje jeszcze jedną zmianę w zachowaniu i poglądach Kościoła katolickiego, jaka nastąpiła na skutek wpływu maneizmu, czyli romantycznej wzniosłości. Jest to ucieczka od tego, co w czasach nowożytnych, a być może nie tylko, stanowi istotę życia społecznego i publicznego, czyli od konfliktu, od idei i od woli walki. "Kościół nie chce mieć wroga. Odrzuca samo pojęcie wroga", a to prowadzi do fatalnych ustępstw i prób dialogu w sytuacjach, kiedy o dialogu mowy być nie może. Przed laty - jeszcze przed 1989 rokiem - Besancon w jednym z artykułów przedrukowanych przez Jerzego Giedroycia podobne uwagi skierował wobec Kościoła polskiego, oskarżając go o to, że nie nazywa komunizmu po imieniu, że nie traktuje go jak diabła, do walki z którym trzeba wezwać wszystkie ziemskie i nadziemskie zastępy. Napisałem wtedy do niego list, tłumacząc, że polski Kościół nie może wydawać komunizmowi czy realnemu socjalizmowi frontalnej walki. Czyni wiele w tym zakresie, ale dba również o minimalne warunki życiowe dla swoich wiernych, po to by mogli przechować wiarę. Besancon w odpowiedzi przyznał, że być może mam rację, gdy chodzi o Polskę, ale nie mam jej, jeśli sprawę ująć w kategoriach uniwersalnych.
W pisarstwie Besancona problematykę religijną tylko krok dzieli od problematyki rosyjskiej. Albowiem w myśli rosyjskiej połączenie słowianofilstwa z myślą religijną czasem nieświadomie (ani Dostojewski, ani Tołstoj o Lamennais nawet nie słyszeli), a czasem świadomie wzmocniło element romantycznej wzniosłości i wplotło go w kontekst specyficznej rosyjskiej tradycji duchowej i religijnej. Ogromne różnice między Tołstojem a Dostojewskim są z tego punktu widzenia nieistotne. Besancon pisze: "Brak nam dystansu, aby zmierzyć wpływ rosyjskiej wysokiej fali na wrażliwość religijną XIX wieku. Wydaje się ogromny. Jakże ocenić udział Tołstoja i Dostojewskiego w mizerabilizmie, doloryzmie, pacyfizmie, populizmie, masochizmie, nacjonalizmie, trzecioświatyzmie i we wszystkich innych chorobliwych >>izmach<<, które spadły na nasze nieszczęsne chrześcijaństwo?".
I teraz czas na krok następny, a mianowicie na przejście od problematyki religijnej katolicyzmu i problematyki duchowości rosyjskiej do kwestii leninizmu i komunizmu oraz do oceny współczesnej Rosji. Powiedzmy od razu, że wedle Besancona nie ma poważniejszych nadziei na to, by Rosja weszła do grona narodów cywilizowanych, czyli liberalnych pod względem gospodarczym, demokratycznych i przestrzegających zasady rządów prawa. Nie ma w zasadzie żadnej nadziei, gdyż nawet jeśli liberalizm i demokracja zwyciężyłyby w Rosji, to wciąż pozostaje jej horrendalne zacofanie gospodarcze i cywilizacyjne. Besancon określa je obrazowo: Niemcy wydały wszystkie pieniądze, jakimi dysponował ten najbogatszy naród świata, na podniesienie byłej NRD do znośnego poziomu cywilizacyjnego. Na dokonanie takiego zabiegu wobec Rosji - powiada Besancon - nie starczyłoby wszystkich pieniędzy świata.
Sprawę najważniejszą stanowi jednak oddalenie duchowe i religijne. Tołstoj, który jest dla Besancona swego rodzaju miarą duchowości rosyjskiej, krystalizuje w sobie te wszystkie tendencje, które były dla Rosji typowe co najmniej od czasów Piotra I. Piotr dokonał radykalnych reform, ale dopiero Katarzyna doprowadziła do wyzwolenia szlachty. Poprzestała jednak na tym i po jej reformach aż do ostatnich lat przed wybuchem I wojny światowej Rosja nie posunęła się ani odrobinę w kierunku europejskiej cywilizacji. Piotr Czaadajew potwierdza tezę, że Rosji nie dotyczy pogląd Francois Guizota, który stanowił fundament Europy, czyli pojmowanie "historii jako procesu, który poprzez ukonstytuowanie się klasy średniej prowadzi do urzeczywistnienia wolności konstytucyjnej. Ni mniej, ni więcej, proces taki nosi nazwę cywilizacji".
Rosji Tołstoja i Dostojewskiego cywilizacja jest niepotrzebna. Cywilizacja europejska, europejski liberalizm i konstytucjonalizm wprowadzają formy sztuczne, obce jasnej, prostej i bezgranicznej wierze rosyjskiego ludu. Oczywiście co pewien czas pojawiają się w Rosji okcydentaliści, jednak stanowią w niej obce ciało. Besancon wskazuje na tradycję prowadzącą od Puszkina do Achmatowej i na to, jak jest ona zupełnie obca znakomitemu skądinąd Aleksandrowi Sołżenicynowi. Zwycięstwo okcydentalistów mogłoby spowodować przemianę Rosji i wprowadzić ten kraj do Europy, ale szanse na to zwycięstwo są, zdaniem Besancona, minimalne.
Przeciwnie, to właśnie duchowość rosyjska umożliwiła do pewnego stopnia narodziny i rozwój leninizmu. Besancon zajmuje w tej sprawie bardziej umiarkowane, ostrożne i subtelne stanowisko niż na przykład Richard Pipes. Jego poglądy bliskie są raczej stanowisku Martina Malii, mistrza i przyjaciela, który w znakomitej książce "Myśleć o rewolucji rosyjskiej" stanowczo odcina leninizm i bolszewizm od carskiej tradycji. Jednak nie jest to aż tak proste i w otwierającym omawianą tu książkę precyzyjnym eseju zatytułowanym po prostu "Lenin" Besancon wskazuje na złożoność problematyki.
Lenin jest typowym dzieckiem rosyjskiej kultury lat 60. XIX wieku. Czytał bardzo niewiele poza "Co robić?" Czernyszewskiego, jeździł po całej Europie, ale nic go w niej nie ciekawiło, z pobytu w Berlinie pamiętał tylko, że ukradziono mu tam rower, a najbardziej podobał mu się Kraków, bo - jak pisał do matki - "kobiety chodzą boso i ubierają się pstrokato, zupełnie jak w Rosji... Lepiej nam tu niż w Paryżu". Lenin niczym się nie interesował, od pewnego momentu w ogóle przestał czytać, bo wiedza nie była mu potrzebna, skoro "wiedział" już wszystko. Nie był też w gruncie rzeczy marksistą, gdyż znacznie chętniej sięgał do Engelsa, u którego szczególnie podobała mu się fascynacja naukowym podejściem do świata. Lenin uważał komunizm za naukowo udowodniony i w związku z tym zupełnie lekceważył problem ofiar, jakie trzeba ponieść, by do niego doprowadzić. Nie interesowały go cudze poglądy i nie zamierzał prowadzić z nikim debaty, bo niby o czym, skoro wszystko już było wiadome. Te cechy Lenina nie są oczywiście zapożyczone od Dostojewskiego, którego on sam nie czytał, czy od Tołstoja, ale doskonale mieszczą się w tradycji rosyjskiej.
Natomiast to, co nowe w komunizmie, to jego diabelski zamysł odwrócenia całego porządku rzeczy i zdominowania świata nie dzięki cywilizacji, ale dzięki ideologii. Wiara w siłę ideologii, wiara, która przez długi czas okazywała się słuszna, stanowiła o istocie komunizmu. I dlatego wedle Besancona komunizm nie stanowił i nie stanowi - tam gdzie wciąż się utrzymuje - jeszcze jednego poważnego wroga, lecz wroga śmiertelnego. I nie ma w tym żadnej przesady, mimo że wiemy, iż na razie komunizm poniósł sromotną porażkę. Nic bowiem, podkreśla Besancon, nie zabezpiecza świata do końca przed jakąś formą jego recydywy. Wciąż istnieje pokusa romantycznej wzniosłości, a diabeł nie przestaje czuwać.
Przestrogą dla katolicyzmu mogą być zdaniem Besancona koleje losu rosyjskiej duchowości. W swoim oporze wobec zachodniej cywilizacji przeszła ona od zachwytów nad prostym ludem w wydaniu Tołstoja czy Dostojewskiego do ideologicznej tyranii Lenina, który był typowym dzieckiem tego prądu w rosyjskiej kulturze. Rosja obciążona takim dziedzictwem nigdy, jak twierdzi Besancon, nie będzie częścią zachodniej cywilizacji. "Rosji Tołstoja i Dostojewskiego cywilizacja jest niepotrzebna. Cywilizacja europejska, europejski liberalizm i konstytucjonalizm wprowadzają formy sztuczne, obce jasnej, prostej i bezgranicznej wierze rosyjskiego ludu. Oczywiście co pewien czas pojawiają się w Rosji okcydentaliści, jednak stanowią w niej obce ciało. Zwycięstwo okcydentalistów mogłoby spowodować przemianę Rosji i wprowadzić ten kraj do Europy, ale szanse na to zwycięstwo są, zdaniem Besancona, minimalne".
p
, ur. 1944, filozof, historyk idei, publicysta, profesor Uniwersytetu Warszawskiego. Współzałożyciel i redaktor naczelny pisma "Res Publica Nowa". Zajmował się historią polskiej myśli politycznej - na ten temat opublikował m.in. książki: "Sylwetki polityczne XIX wieku" (1974; wraz z Wojciechem Karpińskim), "Style politycznego myślenia: wokół >>Buntu Młodych<< i >>Polityki<< (1979) oraz "Konserwatyści a niepodległość. Studia nad polską myślą konserwatywną XIX wieku" (1985). Jeden z najważniejszych przedstawicieli polskiego liberalizmu, komentator i krytyk myśli liberalnej, której poświęcił m.in. dwie książki: "Liberalizm strachu i liberalizm odwagi" (1996) oraz "Bezradność liberałów" (2005). Oprócz tego wydał: "Romantyzm - piekło i niebo Polaków" (1998), "Historię myśli politycznej" (1998) oraz "Patriotyzm przyszłości" (2004). Ostatnio opublikowaliśmy jego tekst "Republikańskie idee i polska praktyka" (nr 28 z 12 lipca br.).