Jak daleko winna sięgać władza demokratycznej większości? Czy w demokratycznym systemie mogą istnieć sfery wyłączone spod zwierzchnictwa "ludu" i jego przedstawicieli? Jadwiga Staniszkis, posiłkując się wywodami Rocca Buttiglionego, wskazuje, że taką sferą wyłączoną powinien być przede wszystkim zbiór fundamentalnych reguł gry określających możliwości prowadzenia sporów oraz relacje między poszczególnymi segmentami władzy. Tymczasem w Polsce mamy dziś do czynienia z manipulowaniem owymi regułami gry - przykładem takiej manipulacji mogą być przeforsowane niedawno przez PiS zmiany ordynacji samorządowej. Nie chodzi tylko o ich treść (chęć "sklonowania" większości parlamentarnej na poziomie samorządu), ale także o sposób ich uchwalania: brutalne naginanie procedury, uniemożliwianie merytorycznego sporu, a nawet krytycznego namysłu.
p
Robespierre w jednym ze swoich ostatnich wystąpień, zanim sam stał się ofiarą Rewolucji Francuskiej, zaatakował intelektualistów. Uznał bowiem, że indywidualizm i swoisty narcyzm tych ostatnich (spowodowany nawykiem ciągłego obserwowania i rejestrowania własnego toku myślenia) czyni ich niewiarygodnymi - bo nieprzewidywalnymi - uczestnikami rewolucyjnych działań. Robespierre zalecał odwoływanie się wyłącznie do "ludu" z jego "instynktem niezapośredniczonym przez rozumowanie".
Rocco Buttiglione, autor książeczki "Chrześcijanie i demokracja" (wyd. KUL 1993), reprezentuje opcję przeciwną. Tematem jego rozważań jest bowiem wizja demokracji posiadającej umiejętność "wyjmowania pewnych spraw spod sądów i wyrażanej w głosowaniu woli większości", czyli owego "ludu" i jego reprezentantów. Chodzi o kwestie trojakie:
- po pierwsze te, które przy rozstrzyganiu wymagają specjalistycznej wiedzy;
- po drugie te, które mają charakter praw wartych obrony nawet wbrew opinii większości: należy tu kwestia życia i godności osoby ludzkiej, ale też nienaruszalny, proceduralny kanon demokracji oparty na wzajemnym kontrolowaniu się niezależnych od siebie władz;
- po trzecie te, które odwołują się do wrażliwości uczuciowej i niekontrolowanych obsesji i w związku z tym łatwo można wokół nich stworzyć "większość" w drodze manipulacji. Manipulacji, dodajmy, relatywizującej standardy (w optyce "my" - "oni") i wypierającej - w imię tak hołubionego przez wszelkich rewolucjonistów "instynktu" i potocznego myślenia - rozwiązania nieintuicyjne, trudne, wymagające ponadpartyjnego myślenia z długim horyzontem czasowym. Jest to szczególnie ważne dziś, gdy nawet najpełniejsza władza nad ludźmi nie oznacza automatycznie władzy nad rzeczywistością. Dynamika tej ostatniej zależy bowiem, jak już wielokrotnie pisałam, od złożonego pola sił generowanych przez relacje i sekwencje, sił tylko w ograniczonym stopniu poddających się kontroli w skali państwa. Rządzenie w tej sytuacji to z jednej strony sztuka budowania właściwych relacji (nie tyle między ludźmi, ile między odmiennymi standardami racjonalności i horyzontami czasowymi) i - z drugiej strony - wprowadzanie do algorytmów decyzyjnych interesu całości, mimo że nie istnieje już "moment władczy", bo nie ma się bezpośredniego zwierzchnictwa nad tymi decyzjami. Recepta proponowana przez Buttiglionego jest jednoznaczna i - dodajmy - sprzeczna z tym, co obecnie robi PiS, choć przecież Buttiglione powinien być dla tej partii autorytetem! Trzy momenty są w owej recepcie kluczowe:
- absolutna niezależność władzy sądowniczej, w tym szczególnie Trybunału Konstytucyjnego, połączona z precyzyjnym określeniem w konstytucji zasad (warunków brzegowych) wyłączonych z bieżącej gry politycznej;
- równoległe funkcjonowanie wielu "większości", wyłonionych w poszczególnych segmentach państwa poprzez niezależne od siebie procedury. Wiąże się to z zaleceniem niestosowania, pod żadnym pretekstem, manipulacji proceduralnych pozwalających większość uzyskaną na jednym obszarze i w jednym momencie (np. w wyborach parlamentarnych) powielać w innych instytucjach i na innych poziomach państwa (np. we władzach lokalnych). Demokracja pluralistyczna zdaniem Buttiglionego to system mieszany, w którym wzajemnie kontrolują się organy państwa w pełni autonomiczne i wyłonione w sposób niezależny od siebie. Wszelkie "klonowanie" raz uzyskanej większości w pewnej dziedzinie poprzez zmienianie przy jej pomocy zasad wyborów w innych dziedzinach stanowi zaprzeczenie pluralizmu i zbliża dany system do "demokracji totalitarnej" (określenie Jacoba Talmona z książki pod tym samym tytułem).
Trzeci moment to metoda "kroczących wyborów". Nie tylko w innym czasie do Sejmu i Senatu, ale bez równoczesnej wymiany całego składu obu izb. Pomaga to, zdaniem Buttiglionego, wyzwolić się z chimerycznego, związanego z nastrojem chwili (i propagandą) emocjonalnego nastawienia "ludu". Taki system wyborów, jak pisze Buttiglione, "daje ludowi okazję do ponownego przemyślenia i refleksji nad własnymi decyzjami".
Do tej listy można dodać kolejny moment: wyraźne rozgraniczenie zasad działania władzy ustawodawczej od zasad działania władzy sądowniczej i wykonawczej. Ta pierwsza - jak to określa konstytucja amerykańska, ale również niemiecka po II wojnie światowej - jest związana porządkiem konstytucyjnym (zakładającym absolutny status wartości i procedur stanowiących ustrojowy kręgosłup), podczas gdy dwie pozostałe władze są związane ustawą i prawem, które większość może zmienić, ale tylko w granicach wyznaczonych przez konstytucję.
To zakreślenie warunków brzegowych, które nie poddają się bieżącej politycznej manipulacji (i sformułowanych tak precyzyjnie, by możliwa była kontrola przez sąd), ma zabezpieczać przed "nieograniczoną wykładnią" i relatywizmem moralnym charakterystycznym dla demokracji nieposiadającej zabezpieczeń. Demokracji, w której wszystko, co przyjmuje w głosowaniu większość, staje się obowiązującym prawem.
Klonowanie większości poprzez manipulowanie procedurą (jak ostatnio przy ordynacji samorządowej) jest sprzeczne z powyższymi zasadami. Chodzi w nich bowiem o pluralizm wewnątrz obozu władzy, a nie tylko o dychotomiczny podział władza-opozycja. Reżyserzy tego manewru powołują się zazwyczaj na konieczność wzmocnienia państwa w imię zwiększenia rządności i walki z "układem". To ważny argument - gdyby rzeczywiście personalne opanowanie całej przestrzeni decyzyjnej przez jeden obóz polityczny taką rządność gwarantowało. Tak jednak nie jest, bo zmienił się charakter władzy.
Często większy zasięg kontroli można uzyskać, gdy pozwoli się na samoregulację i określa tylko jej warunki brzegowe. Dla PiS oznaczałoby to jednak konieczność wycofania się w wielu dziedzinach z forsowanego obecnie bezpośredniego nadzoru. A to, przy "ludowej" wizji natury władzy, mogłoby być poczytane za oznakę słabości. Tak więc, mimo iż niektórzy czołowi politycy PiS zdają sobie sprawę ze sprzeczności między wybranym modelem odbudowywania wspólnoty jako monolitu a sprawnym rządzeniem (w którym mniej władzy oznacza często więcej realnej kontroli), stają się powoli więźniami własnej retoryki i grup społecznych, do których się odwołują. To nadaje owej formacji rys tragiczności nobilitującej niejako ową pastiszową "ludowość".
Krytyka "klonowania" większości w imię ducha (choć niekoniecznie litery) demokracji może być przez PiS odbierana jako niechęć do silnego i skutecznego państwa. Nie zgadzam się z tym zarzutem. Pamiętam jednak z lekcji historii w szkole (tak, uczono tego w szkołach za komunizmu!), że przed rozbiorami, w czasie ostatnich posiedzeń Sejmu, gdy król próbował ratować Rzeczpospolitą poprzez reformy znoszące liberum veto i wzmacniające wspólnotę, to książę Repnin, wysłannik Katarzyny II, starając się przeszkodzić naprawie państwa, używał argumentów obrony demokracji. 11 XI 1766 roku ów ambasador Rosji zażądał między innymi, aby Sejm zniósł uchwałę wcześniejszego Sejmu konwokacyjnego, która stanowiła, iż sprawy dotyczące wojska i podatków będą rozstrzygane zwykłą większością, a nie - jednomyślnie. W imię demokracji atakował też próbę wzmocnienia prerogatyw władzy królewskiej, które na przykład w Anglii były fundamentem demokracji, gwarantując respektowanie interesu całości przy zachowaniu pluralizmu. Owe próby wzmocnienia państwa określano w przedrozbiorowej Polsce jako wprowadzanie "prawa silniejszego uciskającego słabych". Paradoksalnie to samo PiS mówi dziś o liberalnej demokracji - określa ją mianem gry silnych!
Rozumiem, że globalizacja i integracja europejska wymagają sprawnego państwa: uważam jednak, że przyjęta droga nie pozwoli takiej sprawności osiągnąć. Znacznie bliższy jest mi projekt zarysowany przez Buttiglionego lub też model amerykański oparty na formule ograniczonej władzy szczebla federalnego. Szczebel ten określa tylko warunki brzegowe bardzo daleko posuniętej samoregulacji na poziomie stanów i odmawia administracyjnej ingerencji w kwestie "smaku", przekonań czy wyznań. Równocześnie jasno określone i poddane kontroli sądowej są podstawowe wartości i procedury: wolność osobista, równość wobec prawa, własność prywatna, żelazny podział władzy (bez możliwości takiego jak u nas "klonowania" i manipulowania ordynacją), wolność prasy, niezależność sądów, domniemanie niewinności, idea obywatelstwa i narodu, odwołująca się nie do religii, lecz do wspólnoty ludzi zdolnych zawrzeć społeczną umowę. Chodzi o wspólnotę zdolną do samorządzenia się w ramach "politycznego społeczeństwa", współdziałającego z administracją dla wspólnego rozwiązywania problemów w granicach wyznaczonych przez prawo.
Z pewną fascynacją i równocześnie z rosnącym niepokojem oraz poczuciem obcości obserwowałam transmitowane w TVN 24 na żywo obrady komisji ds. samorządu uchwalającej zmiany ordynacji wyborczej. Manipulacje procedurą przez nowego (po obaleniu Waldemara Pawlaka) przewodniczącego komisji, selektywne przyjmowanie wniosków formalnych i ignorowanie z kamienną twarzą innych, odrzucenie opinii sejmowego prawnika, iż uchwała Sejmu określająca termin zakończenia prac nad projektem nie jest dla komisji sejmowej obligatoryjna oraz że nie można ot tak sobie odrzucić wysłuchania publicznego, kluczowej instytucji społeczeństwa obywatelskiego, a nade wszystko narzucenie tempa głosowania, w którym posłowie gubili się i albo wychodzili, albo głosowali wbrew swoim przekonaniom. Przypominało to tempo, w jakim DJ na dyskotece miksuje muzykę, albo tempo gier komputerowych, a czasem bazarową grę w trzy karty, też kołującą uczestników. Hunwejbin manipulujący procedurą w imię "misji", dla której trzeba sklonować większość, wykorzystując ją do zmiany procedury, uzyskiwał przewagę za sprawą szybkości i kompetencji formalnych.
Reszta posłów, także tych z PiS, była zwykłą maszynką do głosowania. Nie było ideologii, dyskursu, argumentów, tylko bezradność posłów starszych, nieradzących sobie z tak szybkim tempem oraz brutalna skuteczność owych manipulacji. Przypominało to licytację, giełdę, czerwone szelki, a po części także sprawność i cynizm młodzieżowego aparatu na pograniczu służb i PZPR z końcówki komunizmu; wszystko, ale nie dyskurs demokratyczny.
To, co jeszcze niedawno było czymś nowym - władza jako zdolność do autorytatywnej komunikacji narzucającej system znaczeń ogółowi (gdy pewnym zabezpieczeniem przed nadużyciami była chęć i konieczność pozostania autorytetem) - wydawało się już odległą przeszłością. Proceduralne kuglarstwo odbywało się bowiem w milczeniu. Posługiwano się tylko urywkami zdań - jak w sms-ach - pozostawiając "ględzenie" starszym z własnej partii jako część rytuału, którego trzeba się jeszcze trzymać. Ta zmiana stylu nie dotyczy tylko PiS - widać to było też w PO w czasie prac nad lustracją. To nie jest generacja JPII - z jej wrażliwością na "innego", moralnymi skrupułami, dążeniem do "prawdy" i powolnością wynikającą raczej z namysłu niż ociężałości. To nie ludzie z Tertio Millennio - bliscy Buttiglionemu raczej niż owej rewolucji procedur będącej równocześnie swoistą rewolucją kulturową. Na tym tle poseł Rokita z jego dyskursywną inteligencją (mimo "skrótów myślowych" typu "Nicea albo śmierć") też wydaje się już passé: tu już nie chodzi o argumenty, ale o ogłupianie tempem, inwektywy (chaos - porządek), atakowanie przeciwnika przez przyspieszenie techniczne jego wypowiedzi, aby brzmiała jak agresywny bełkot.
Marzenie zawarte w książce Buttiglionego - o uniknięciu relatywizacji podstawowych wartości poprzez wyłączenie ich z maszynki głosowań i o "zwycięstwie rozumu nad nastrojami w rozgrywkach politycznych" - oddala się. Drażni mnie też obserwowana u posłów nowej generacji fascynacja władzą nad ludźmi i możliwością strojenia się w szaty sędziów wyrokujących o moralności starszego pokolenia - mimo że nie wiadomo, jak poradziliby sobie z latami czy dziesięcioleciami presji, strachu, marginalizacji, biedy i walki nie tylko z komuną, ale i z samym sobą, aby pracować nad własnym rozwojem, uczyć się, nie zadowalać się prostym "nie", próbować zrozumieć...
Zaskakuje ta fascynacja formą, służąca nie temu, by zrozumieć jej wewnętrzną logikę, ale temu, by ją łamać, manipulować nią w imię racjonalności władzy. Władzy - jak sądzę - nierzeczywistej, bo nie zwiększającej szans rozwiązania realnych problemów. Są lojalni wobec liderów, szczególnie premiera z jego charyzmą woli i umysłu, który jednak wydaje się nie do końca rozumieć, co pod jego przewodem PiS uchwala: widać to było po wyroku w sprawie Zyty Gilowskiej. Przecież to PiS zmieniło zasady lustracji tak, że stała się ona filozofią domniemania winy i przewiduje sankcje za samo znalezienie się w rejestrze SB - co wyklucza Gilowską.
Jarosław Kaczyński zachowywał się tak, jakby tego nie wiedział, a Lech Kaczyński irytował się na sędzię Mojkowską, która w uzasadnieniu wyroku to właśnie w sposób precyzyjny wyraziła. Doceniam i śledzę sukcesy PiS tam, gdzie się pojawiają (walka z korupcją, rozmontowywanie molocha WSI); dziwię się powolności w zdejmowaniu gorsetu biurokracji z gospodarki, brakowi reformy finansów publicznych, kosztów pracy, podatków. Uważam równocześnie, że PiS niszczy państwo, klonując większość poprzez manipulowanie ordynacją wyborczą: Związek Miast Polskich słusznie wskazał nowe pole korupcji politycznej stworzonej przez zasadę blokowania. Przeraża mnie zadłużanie się Polski, polityka zagraniczna (a raczej wypowiedzi polityków na jej temat, bo polityki jako takiej nie ma) i - nade wszystko - pojawianie się "rewolucyjnej" inercji: za mało zmian rzeczywistości, za dużo patrzenia wstecz i selektywnej zemsty. Bo przecież równocześnie z tą retoryką rozliczeń mamy wiceministra MSWiA, byłego milicjanta odznaczonego w stanie wojennym i ministra Jasińskiego, partyjnego kierownika wydziału spraw wewnętrznych w Płocku w latach 70. To była ważna reżimowa posada w dużym ośrodku przemysłowym. Jarosław Kaczyński mówi: "Odpokutował".
Stawia się w pozycji Stwórcy. Ta nader selektywna, oparta na osobistych sympatiach tendencja do łamania represyjności tworzonych przez siebie reguł gry jednych drażni, innych śmieszy, a wszystkich - demoralizuje. Dotychczas tylko Adam Michnik chciał mieć monopol na decydowanie, kto jest winny, a kto nie. Widać, że ta choroba jest zaraźliwa. Być może dlatego, że to prawdopodobnie jedyny rodzaj władzy, jaką mają dziś w Polsce politycy.
p
, ur. 1942, socjolog, wykłada na Uniwersytecie Warszawskim i w Instytucie Studiów Politycznych PAN. Zajmuje się m.in. socjologią organizacji, socjologią polityki i kultury. W marcu 1968 została uwięziona za udział w protestach studenckich i usunięta z uniwersytetu. W trakcie wydarzeń Sierpnia '80 doradzała Międzyzakładowemu Komitetowi Strajkowemu w Stoczni Gdańskiej. Jej najważniejsze prace to: "Samoograniczająca się rewolucja" (1985), "Ontologia socjalizmu" (1988), "Postkomunizm" (2002), "Władza globalizacji" (2003) oraz "O władzy i bezsilności" (2006). W "Europie" nr 39 z 30 września br. opublikowaliśmy jej recenzję "O >>Gorszych światach<< Cezarego Michalskiego".