(1900-1989)
Jest dziś powszechnie uważany za jednego z największych pisarzy XX wieku. Urodził się w Kassa (Koszyce) na Górnych Węgrzech (dzisiejsza Słowacja) w starej mieszczańskiej rodzinie wywodzącej się z węgierskich Sasów. Po ukończeniu gimnazjum wyjechał do Budapesztu, a niebawem (1919) przeniósł się do Berlina, potem do Frankfurtu. Podjął tam studia i nawiązał współpracę z "Frankfurter Zeitung". Ogłaszał jednocześnie swoje utwory i przekłady (był pierwszym węgierskim tłumaczem Kafki) w prasie koszyckiej. Rychło wydał też zbiór wierszy i przez jakiś - krótki - czas w poezji widział główną dziedzinę swej twórczości artystycznej. W 1923 roku przeprowadził się, wraz z poślubioną w tymże roku żoną, do Paryża. W 1928 roku Márai wrócił do Budapesztu. W tym czasie objawił się w nowej roli - jako wybitny powieściopisarz. Przełomowe znaczenie miała powieść "Wyznania patrycjusza" (1934), która przyniosła mu wielkie uznanie czytelników i krytyków. Szybko odnalazł oryginalną dykcję, bogaty i sugestywny styl, pełen godności i powagi ton. Przywiązanie do własnego kraju, języka, rodzimego środowiska kulturowego łączył z otwartością prawdziwego, zaangażowanego uczuciowo Europejczyka. Dał temu świadectwo również w swych dziełach powojennych, pośród których wyróżniają się monumentalne, prowadzone od 1943 roku "Dzienniki" (wydano dotychczas 12 tomów) oraz niezwykły tom prozy "Ziemia, ziemia!...". W 1948 roku udał się na emigrację. Na wieść o rewolucji skłonny był wrócić do ojczyzny, ale w Monachium zatrzymała go wiadomość o sowieckiej interwencji. Przez długie okresy mieszkał na przemian we Włoszech i USA. We własnym kraju był zapomniany i zakazany, sam zresztą nie godził się na publikację swych utworów w ojczyźnie, dopóki nie opuszczą jej sowieccy żołnierze i nie odbędą się w niej wolne wybory. W przededniu tej upragnionej chwili zmarł w San Diego śmiercią samobójczą.
p
Gwiazdka 56
Aniele z nieba, zejdź nareszcie,
Pozostań w mroźnym Budapeszcie;
W krąg ruskie czołgi, mury białe,
Zastygły dzwonki oniemiałe.
Tu pierwsza gwiazdka nie rozbłyśnie,
Blask na choinkach nie zawiśnie,
Jest mróz i głód, i jęk rozpaczy.
Opowiedz światu, co to znaczy
I wykrzycz wszystkim z głębi nocy
Wieść o cudownej Boskiej mocy.
Rozpostrzyj skrzydła, leć gorliwie,
Bo cię czekają niecierpliwie,
Ale im nie mów nic o świecie,
W którym odświętnie płoną świece.
Stół się nakrywa w ciepłych domach,
Ksiądz niesie radość w pięknych słowach;
Szelest pazłotka, podarunki,
Słodka pociecha na frasunki,
A zimne ognie sypią iskry...
Ty mów o cudzie oczywistym.
Bo to zaiste jest cud cudów:
Choinka dla ubogich ludów;
Wśród nocnej ciszy Bóg się zbliża
I wielu czyni już znak krzyża,
I patrzą, patrzą kontynenty,
Co znaczy ten obrazek święty.
Nie dowierzają głusi, niemi,
W modlitwie, zgrozie pogrążeni,
Że tam na drzewie - nie cukierki -
Chrystus narodów - lud węgierski!
I wiele ludzi tam przechodzi:
Żołdak, co w serce go ugodził
I Faryzeusz, który zdradził,
I ten, co wyparł się trzy razy,
I ten, co najpierw z nim wieczerzał,
Potem go za srebrniki sprzedał.
I drwił, i bił, i upokorzył,
Krew jego pił i ciało spożył...
Teraz tłum ludzi patrzy, stoi,
Ale przemówić doń się boi.
Bo on też milczy, nie ubliża,
Patrzy jak Jezus patrzył z krzyża...
Ach, ta choinka niesłychana,
Anielski dar czy płód szatana?
Znów nieświadomi swej podłości
O płaszcz Chrystusa grają w kości,
Węszą i wyją, i skowyczą
Nad ciemnej nocy tajemnicą,
Gdy się świąteczne drzewa stały
Narodu mego szubienicą.
Świat głosi cud, co zło zwycięża,
Mamroczą o odwadze księża,
Mąż stanu opłakując, sławi
I ojciec święty błogosławi.
A wszystkie stany, wszelkie ludy
Pytają: "na co takie cudy"?
Czemu nie sczeznął po kryjomu,
Czemu nie czekał cicho zgonu,
Czemu zatrzęsły się niebiosy,
Gdy jeden naród krzyknął: "Dosyć"!?
I pojąć tego nikt nie może,
Co tu wezbrało niczym morze.
Czemu świat zadrżał, co usłyszał?
Krzyk ludu. Potem martwa cisza.
Pytają teraz, co się stało,
Kto zmienił w prawo kość i ciało,
Pytają wszyscy, w wielkim tłumie
Każdy się dziwi, nie rozumie,
Bo gdy ktoś wolność odziedziczy,
Już jej do skarbów nie zaliczy!
Aniele, niech się wieść rozchodzi,
Że nowe życie z krwi się rodzi.
Kiedyś spotkali się już przecie
Pasterz, osiołek, małe dziecię
W marzeniu sennym przy stajence,
Gdy Życie się rodziło w męce.
I nadal chronią cud przed czartem,
Trzymają oddechami wartę
I płonie gwiazda, świt rozbrzmiewa...
Powiedz im to, aniele z nieba.
(Boże Narodzenie 1956)