Naszych dzisiejszych rozmówców - Normana Podhoretza i Richarda Sennetta - zapytaliśmy o przyczyny obecnej sytuacji politycznej w Stanach Zjednoczonych i o zmiany, które mogą przynieść zbliżające się wybory do Kongresu. Richard Sennett zauważa przede wszystkim proces upodabniania się Demokratów do Republikanów - ci pierwsi tak bardzo przesunęli się na prawo, że nawet ich ewentualne zwycięstwo w wyborach do Kongresu nie przełamie dominacji konserwatyzmu w amerykańskiej polityce. Dryfowaniu polityków na prawo towarzyszy analogiczny proces zachodzący w społeczeństwie - staje się ono bardziej konserwatywne, więcej uwagi poświęca wartościom rodzinnym i religii. Przyczyną tego są zdaniem Sennetta rosnące nierówności społeczne i poczucie braku bezpieczeństwa, którego doświadcza klasa średnia.
p
Rewolucja konserwatywna" to zbyt wieloznaczny termin, bym mógł udzielić jasnej odpowiedzi na to pytanie. Na pewno tegoroczne wybory mogą przynieść koniec rządów Partii Republikańskiej, ale w ostatnich czterech latach Demokraci przesunęli się tak dalece na prawo, że nie jest pewne, co będzie oznaczała ewentualna zmiana większości w Kongresie. Wobec wielkiej popularności administracji Busha po 11 września, kierownictwo Partii Demokratycznej starało się ochronić swoją pozycję na scenie politycznej, naśladując Republikanów. Co prawda ostatnio, gdy Demokraci spostrzegli, że Bush jest słaby, zmienili nieco taktykę, ale nie jestem przekonany, czy ich wygrana rzeczywiście doprowadzi do przełomu.
W dużym stopniu związane jest to z religią. W latach 90. amerykańska religijna prawica osiągnęła znacznie większy wpływ na politykę. Tak więc wbrew temu, co myśli większość obserwatorów, nie było to wynikiem zamachów z 11 września - kluczowe znaczenie miały długofalowe zmiany w strukturze społeczeństwa. Owoce wzrostu gospodarczego z ostatnich kilkunastu lat zostały rozdzielone bardzo nierówno. Sytuacja ludzi znajdujących się pośrodku hierarchii społecznej nie poprawiła się. Jeśli okazuje się, że trudniej jest osiągnąć bogactwo, więcej ludzi dąży do cnoty i zbawienia.
To prawda. Elity stają się coraz bardziej liberalne, a masy mają coraz bardziej prawicowe i konserwatywne poglądy. Proces ten można zaobserwować na całym świecie. Nierówności rosną najszybciej tam, gdzie kapitalizm jest świeży, na przykład w Chinach. Jednak również w Europie widać postępujące rozwarstwienie.
Zwalenie całej winy na republikańskich prezydentów byłoby zbyt proste. Moment, w którym USA zaczęły doświadczać wewnętrznych podziałów, w dużej mierze wynikających z globalnej konkurencji, to lata 90., czas prezydentury Clintona. To również wtedy zarysował się wyraźny podział na masy i elity. Polityka podatkowa Busha - oznaczająca w praktyce wypłacanie subwencji bogatym - na pewno nie pomogła w niwelowaniu tych podziałów, ale nie należy uważać jej za przyczynę polaryzacji.
To interesujące podejście. W Wielkiej Brytanii, gdzie mieszkam, myśli się inaczej: warunkiem utrzymania spójności wieloetnicznego społeczeństwa jest, mimo istnienia oficjalnej religii państwowej, większy stopień sekularyzacji państwa. Z tego, co pan mówi, wynikałoby, że Polska przypomina pod tym względem bardziej USA niż Wielką Brytanię. Nie jestem jednak przekonany, czy to porównanie jest trafne. Coś takiego jak "Solidarność", katolicki związek zawodowy, nie mogłoby w Stanach Zjednoczonych zaistnieć. Amerykańska religijna prawica nie jest zainteresowana budową ani społecznej, ani politycznej solidarności. Chce władzy, by dzięki niej narzucić swoje poglądy innym ludziom. Polaryzacja stanowi część jej programu. Podtrzymywanie sporu o aborcję, powrót do kwestionowania teorii ewolucji i inne próby ustawienia rządu w opozycji do nauki nie służą jednoczeniu społeczeństwa. Przekonanie, że wartości religijne są czynnikiem jednoczącym ludzi, to fałszywy stereotyp.
Rzeczywiście. Stany Zjednoczone to bardzo dziwny kraj. Życie religijne uważane jest w nim za rodzaj kompensacji niedostatków życia społecznego. Stanowiące rdzeń religijnej prawicy wspólnoty religijne zorientowane są "do wewnątrz" i nie przejawiają typowego dla katolików uniwersalizmu, nawet jeśli byłby on adresowany jedynie do wszystkich Amerykanów, a nie do całej ludzkości.
Jest w nich ziarno prawdy, ale to wielkie uproszczenie i wynik dość wąskiego oglądu rzeczywistości. Głównym zagrożeniem dla demokracji w Stanach Zjednoczonych jest przyzwolenie ogółu obywateli na zrzeczenie się tradycyjnych swobód w zamian za zestaw regulacji, które mają mu rzekomo zapewnić bezpieczeństwo. Jak pan wie, nie mieszkam w USA na stałe - dużą część czasu spędzam w Wielkiej Brytanii. Kiedy przyjeżdżam do Ameryki, uderza mnie swoista apatia. Program polityczny Busha został wdrożony bez większych oporów. Ludzie wiedzą, że pozbawia się ich praw i swobód, że zasięg demokratycznych procedur jest ograniczany. Nic jednak nie robią. Po części można to wytłumaczyć stosowaną przez Republikanów metodą. Władza jest skoncentrowana w rękach wąskiego ciała wykonawczego. Ograniczaniu roli parlamentu towarzyszy rozwój prawicowej ideologii. Ten proces jest sprzeczny z tradycją amerykańskiego konserwatyzmu, której istotę stanowi decentralizacja władzy i ograniczanie prerogatyw władz federalnych. Religijna prawica stała się częścią tej scentralizowanej egzekutywy.
Nie wiem, na ile jest to realna szansa, ale to właśnie jest stawką tegorocznych wyborów. Jeśli Demokraci wygrają niewielką większością głosów, a ci spośród nich, którzy znajdą się w Kongresie, sami będą konserwatystami, to o zmiany będzie trudno. Jeśli jakimś cudem lewica Partii Demokratycznej ulegnie wzmocnieniu, możemy mieć nadzieję na odwrócenie tego procesu.
Ważnym czynnikiem jest poczucie niepewności i alienacji w społeczeństwie. Jednym z obszarów mojego zainteresowania jako socjologa są relacje w miejscu pracy i wpływ, jaki mają na osobowość. Pod koniec lat 60. przeprowadziłem badania bostońskich rodzin robotniczych, w większości drugiego lub trzeciego pokolenia imigrantów. Związki zawodowe, wielkie korporacje i stosunkowo stabilne rynki były wtedy instytucjami organizującymi życie ludziom o niskim statusie, którzy obiektywnie mieliby wiele powodów do niezadowolenia, lecz w większości nie przejawiali frustracji. Inaczej jest z pokoleniem ich dzieci, ludzi aktywnych zawodowo w latach 90., którzy są bohaterami mojej książki "The Corrosion of Character" ("Korozja charakteru"). Nawet dobre warunki finansowe i wysoki status społeczny nie zapewniają im poczucia bezpieczeństwa i komfortu psychicznego. Wśród pracowników umysłowych krótkoterminowe kontrakty zastępują stabilne i przewidywalne ścieżki kariery. Młodzi ludzie wchodzący dziś na amerykański rynek pracy po spędzeniu przynajmniej dwóch lat w college'u mają przed sobą perspektywę średnio jedenastu zmian miejsca pracy. Klasa średnia zaczyna doświadczać lęków, które dotychczas charakteryzowały klasę robotniczą.
Owszem. Powinniśmy być jednak tej ceny świadomi. Nowe technologie często dekwalifikują pracowników, którzy stają się stróżami pilnującymi maszyn. Wielka liczba ludzi została wyzwolona z kieratu rutynowych zajęć tylko po to, by okazać się niepotrzebna. Widmo bezużyteczności straszy wykształconych członków klasy średniej. Oprócz zbyt wielu inżynierów, programistów i analityków systemów, rośnie także liczba prawników, absolwentów MBA, maklerów giełdowych i naukowców, których kwalifikacje pozostają bezużyteczne. Młodzi pracownicy są szczególnie podatni na lęk przed bezużytecznością, bo ciągle rozrastający się system edukacyjny coraz lepiej przygotowuje ich do wykonywania pracy. Ale tej pracy nie ma. To poczucie zbędności - świadomość, że nie przedstawia się zbytniej wartości dla dzisiejszej gospodarki - ma ogromne konsekwencje socjologiczne. W miarę jak coraz mniej dobrze wykształconych ludzi znajduje zatrudnienie, "moralny dystans" między masami a elitą powiększa się. Masy, składające się dziś zarówno z ludzi w kombinezonach roboczych, jak i z tych ubranych w garnitury, mają marginalne znaczenie dla produktywnego trzonu elity. W czasie mojego ostatniego pobytu w USA przeprowadzałem wywiady z mieszkańcami Nowego Jorku, który pozostaje jednym z najprężniejszych rynków pracy na świecie. Pytałem ich, jak widzą swoją długoterminową przyszłość zawodową. Większość z nich jest pełna obaw. Ze szczegółami potrafią opowiedzieć, w jaki sposób takie miejsca jak Meksyk czy Indie wyprzedzają Nowy Jork w wyścigu o nowe miejsca pracy i nowe możliwości robienia interesów. Amerykański optymizm gdzieś zniknął.
Jestem w tej kwestii dość sceptyczny. Stany Zjednoczone znajdują się dziś u szczytu swojej potęgi. Jutro potęga ta zacznie słabnąć. Martwię się tym, do czego może dojść w kraju przyzwyczajonym do rządzenia światem, w momencie gdy zaczną opuszczać go siły. Amerykanie - na przykład ci, z którymi rozmawiałem w Nowym Jorku - nie są psychicznie przygotowani na to, by być świadkami upadku swojego państwa. Bardzo możliwe, że w odruchu obronnym zwrócą się ku politykom jeszcze bardziej prawicowym i jeszcze bardziej radykalnym niż obecna administracja.
p
, ur. 1943, socjolog amerykański, wykładowca Massachusetts Institute of Technology oraz London School of Economics, członek American Academy of Arts and Sciences. Zajmuje się socjologią przestrzeni miejskiej, socjologią polityki oraz problematyką więzi społecznych. Autor głośnej książki "The Fall of Public Man" (1977), w której analizował wpływ współczesnej kultury samorealizacji i zaabsorbowania osobowością na charakter więzi społecznych i sfery publicznej. Ostatnio opublikował "The Culture of the New Capitalism" (2006). Po polsku ukazały się jego książki "Ciało i kamień: człowiek i miasto w cywilizacji Zachodu" (1996) oraz "Korozja charakteru" (2006).