Dziennik Gazeta Prawana logo

Świat po Bushu

5 listopada 2007, 12:10
Ten tekst przeczytasz w 21 minut

Zmierzch amerykańskiej dominacji, który prawdopodobnie nastąpi po epoce Busha, nie będzie jedynie wynikiem błędów republikańskiej administracji - twierdzi Michael Lind. Jego przyczyny tkwią głębiej - w ekonomicznych i społecznych procesach, których Ameryka nie potrafiła dostrzec, łudząc się mitem "długich lat 90.". Wbrew amerykańskim wyobrażeniom świat od dawna jest już wielobiegunowy, a triumf wolnorynkowego liberalizmu bynajmniej nie nastąpił - w takich krajach jak Rosja czy Chiny, będących niewątpliwie "biegunami" światowego ładu, dominują hybrydyczne formy kapitalizmu państwowego. W tej sytuacji jakiekolwiek przekonanie o misji, którą Ameryka mogłaby realizować w świecie, okazuje się iluzją. "Fakt, że inne wielkie mocarstwa pozwalają USA bić się z różnymi pomniejszymi państwami od Bałkanów po Afganistan, nie czyni świata jednobiegunowym, tak jak XIX-wieczna hegemonia morska Wielkiej Brytanii nie czyniła z tego kraju hegemona w Europie".

p

Słabość Ameryki "po Bushu" będzie w dużym stopniu wynikiem ran, które zadała sobie sama: niepotrzebnej inwazji na Irak, niesprowokowanych ataków administracji Busha na sojuszników, aroganckiego unilateralizmu i wrogiego stosunku do prawa międzynarodowego. Ale chociaż zrzucenie całej winy na ekipę Busha może być kuszące, prawda jest taka, że większość tendencji, które zredukują władzę i wpływy Ameryki w ciągu najbliższej dekady, to długofalowe zjawiska ekonomiczne, demograficzne i ideologiczne pozostające poza kontrolą USA i wszystkich innych rządów.

Z obecnej perspektywy możemy uznać miniony okres w dziejach Ameryki i świata za "długie lata 90.". Zaczęły się one euforycznie od upadku muru berlińskiego w 1989 roku, a skończyły smutno pod koniec 2003 roku, kiedy po szybkim zwycięstwie koalicji antysaddamowskiej w Iraku wybuchło powstanie, które obnażyło granice potęgi USA. Ale nawet gdyby zamachy z 11 września i inwazja na Irak nigdy nie miały miejsca, mit "długich lat 90." prędzej czy później runąłby w zderzeniu z rzeczywistością.

Weźmy podstawowe założenie tego mitu, czyli przekonanie, że po zimnej wojnie świat dwubiegunowy został zastąpiony przez świat jednobiegunowy. Było tak tylko w sferze militarnej - ale nawet tutaj potęgę Ameryki znacznie przeceniano. Stany Zjednoczone nie mają sobie równych, kiedy w grę wchodzi pokonanie sił konwencjonalnych państw z drugiej i trzeciej ligi, takich jak Irak i Serbia, ale jeśli przyjdzie do wojny asymetrycznej, czyli walki z powstańcami w Iraku i Afganistanie, wojsko amerykańskie, jak wszystkie wojska konwencjonalne, znajduje się w sytuacji niezdarnego Goliata, który usiłuje zgnieść zwinnego i zdeterminowanego Dawida. Bombowce niewidzialne dla radarów i supernowoczesna flota nie przydają się w walce o każdy dom, a obrona rakietowa będzie bezużyteczna, gdy w grę wchodzą zaimprowizowane środki wybuchowe.

Jeśli uwzględnimy inne wymiary potęgi niż sprzęt wojskowy, to stanie się dla nas oczywiste, że dwubiegunowość ustąpiła miejsca nie jednobiegunowości, lecz wielobiegunowości - i to już w latach 70., kiedy Europa i Japonia podniosły się z wojennych zniszczeń, a Chiny rozpoczęły pościg za światem uprzemysłowionym. Rok 1971 wyznacza początek świata posiadającego pięć ośrodków władzy: USA, Związek Radziecki, Europę, Japonię i Chiny. Świat był wielobiegunowy już dziesięć lat przed zakończeniem zimnej wojny, a fakt, że inne wielkie mocarstwa pozwalają USA bić się z różnymi pomniejszymi państwami od Bałkanów po Afganistan, nie czyni świata jednobiegunowym, tak jak XIX-wieczna hegemonia morska Wielkiej Brytanii nie czyniła z tego kraju hegemona w Europie.

Rozważmy kolejny element mitu "długich lat 90.", czyli globalną rewolucję praw człowieka. Słyszeliśmy, że zwycięzcą XX-wiecznych wojen ideologicznych była liberalna demokracja kapitalistyczna. Miało tego dowodzić między innymi entuzjastyczne przyswojenie sobie zachodnioeuropejskich norm przez dawne kraje komunistyczne Europy Wschodniej. Ale nawet tam nacjonalizm był potężną siłą - czego świadectwem jest krwawy rozpad Jugosławii, "aksamitny" podział Czechosłowacji czy wreszcie rozpad Związku Radzieckiego wzdłuż granic etniczno-narodowych.

Większość ludzi stosujących dzisiaj polityczną przemoc - od Kraju Basków po Filipiny - nie walczy o prawa jednostki, choć nie pragnie też ustanowienia islamistycznego kalifatu. Większość walczy o ziemię dla grupy etnicznej, do której należą. Dla większości ludzi poza wykorzenionymi elitami północnoatlantyckimi terytorium państwa jest ważniejsze od ustroju państwa, który można ustalić później, kiedy dany naród zdobędzie już swoje miejsce na ziemi.

Dalej mamy kwestię ekonomiczną. Mit "długich lat 90." słusznie głosił, że kapitalizm pokonał socjalizm, ale mylnie uznał za zwycięzcę skrajnie liberalny wariant kapitalizmu modny w USA pod koniec XX wieku. Japończycy nigdy nie przyjęli kapitalizmu leseferystycznego, a Chiny i Rosja stworzyły w ostatnich latach własne połączenia kapitalizmu państwowego i wolnego rynku.

Gwałtowny rozwój Chin i Indii, który rzekomo zwiastował powstanie globalnego wolnego rynku, może zapoczątkować nową epokę merkantylizmu, ponieważ takie azjatyckie potęgi przemysłowe jak Chiny, nie chcąc polegać na wolnym rynku w dziedzinie zakupu nośników energii i zbytu towarów, negocjują z eksporterami surowców energetycznych. Kontrakty dwustronne już teraz zastępują wolny rynek w handlu ropą i gazem, mnożą się również regionalne układy handlowe, podczas gdy rozmowy o liberalizacji handlu utknęły w martwym punkcie. Rywalizacja między dobijającymi do czołówki państwami uprzemysłowionymi Azji i starszymi demokracjami industrialnymi umacnia pozycję autorytarnych i nacjonalistycznych państw posiadających surowce strategiczne, zwłaszcza krajów naftowych takich jak Iran, Rosja, Wenezuela i Arabia Saudyjska. Kraje te traktują Chiny nie tylko jako klienta, ale również jako przeciwwagę dla USA.

W prasie amerykańskiej Chiny często przedstawiane są jako państwo agresywne i niebezpieczne. W przyszłości ChRL istotnie może się stać groźnym państwem rewizjonistycznym, ale od dwóch dekad jest przede wszystkim krajem konserwatywnym, pilnującym status quo, dążącym do utrzymania systemu międzynarodowego opartego na państwach narodowych, który niejednokrotnie kwestionowano w USA i Europie. To Stany Zjednoczone zaprojektowały w latach 40. oparty na państwach system oenzetowski - odrzucając jego zasady w "długich latach 90." za prezydentury Clintona i Busha, Ameryka sprzeniewierzyła się swojej wcześniejszej tradycji w polityce zagranicznej.

Mit "długich lat 90." był zatem pod każdym względem fałszywy. Świat nie stał się w tamtej dekadzie jednobiegunowy, ponieważ był w istocie wielobiegunowy już od lat 70. Najpotężniejszą siłą w dzisiejszym świecie jest etniczny nacjonalizm, a nie liberalizm i demokracja. Z kolei rywalizacja państw uprzemysłowionych o surowce energetyczne i rynki zbytu sprzyja merkantylizmowi i ekonomicznemu regionalizmowi, niemożliwymi do pogodzenia z leseferystyczną utopią opiewaną przez apologetów globalizacji w "długich latach 90.".

Wszystkie te tendencje ograniczałyby amerykańską politykę zagraniczną, nawet gdyby w 2001 roku do Białego Domu zamiast George'a W. Busha wprowadził się Al Gore. Teraz dojdą jeszcze ograniczenia będące spuścizną ośmioletnich rządów Busha. Kiedy kolejny prezydent zostanie zaprzysiężony, USA prawie na pewno wciąż będą w Iraku - zamiast pozwolić światu oglądać amerykańską armię opuszczającą w niesławie pogrążony w chaosie Irak, Bush najprawdopodobniej sceduje problem na swojego następcę.

Podobnie jak Nixon w okresie 1969-1973, kolejny prezydent może być zmuszony ograniczać straty Ameryki w nieudanej wojnie, a jednocześnie ratować prestiż jej armii. Można być pewnym, że amerykańska prawica nawet republikańskiego prezydenta oskarży o to, że jest słabszy od Busha, którego dokonania neokonserwatyści w mediach retrospektywnie wyidealizują. Potrzeba odparcia krajowych ataków politycznych oraz zademonstrowania światu potęgi USA przypuszczalnie sprawi zatem, że następny prezydent wycofa się z Iraku dopiero po pokazie siły wymierzonym w irackich wrogów lub jakiś inny cel. Poza Irakiem Bliski Wschód nie powinien się zasadniczo zmienić, chyba że wystąpią nieprzewidziane wydarzenia takie jak zamach stanu, rewolucja lub wojna na większą skalę. Gdyby Bush w ostatnich latach urzędowania postanowił wypowiedzieć wojnę Iranowi celem zniszczenia jego potencjału nuklearnego, wszelkie prognozy stałyby się wróżeniem z fusów, ale można chyba wykluczyć sytuację, w której prezydent chciałby walczyć na trzech frontach jednocześnie, od Morza Śródziemnego po Pakistan, z wrogami, którzy mają ze sobą niewiele wspólnego - sunnickimi nacjonalistami w Iraku, talibami w Afganistanie i szyitami w Iranie. Bardziej prawdopodobna od bezpośredniego konfliktu irańsko-amerykańskiego wydaje się wojna Teheranu z Waszyngtonem toczona na terenie pogrążonych w chaosie Iraku i Libanu.

Jeśli USA nie zaatakują Iranu, a teokracji irańskiej nie zastąpi jakiś inny ustrój, następny prezydent może mieć do czynienia z nuklearnym Teheranem. Chociaż przywódców irańskich nazywa się "obłąkanymi", to fakt, że tak niestabilne państwa atomowe jak Chiny Mao Tse-tunga i Pakistan Muszarrafa udało się powstrzymać przed użyciem broni jądrowej, wskazuje, że Iran też można będzie powstrzymać. Jednak przełamanie przez Iran bliskowschodniego monopolu Izraela na atom może doprowadzić do dalszej proliferacji broni jądrowej. Gamal Mubarak, syn obecnego prezydenta Egiptu i jego przypuszczalny sukcesor, utrzymuje, że Egipt powinien mieć swój program energetyki jądrowej. Tą samą drogą może pójść Arabia Saudyjska, Turcja, a nawet posaddamowski Irak lub państwa, które powstaną w wyniku jego rozpadu. Strach przed nuklearną Koreą Północną może skłonić Japonię, a nawet Koreę Południową do budowy broni odstraszającej. A jeśli na południe i wschód od Europy pojawi się kilka nowych państw nuklearnych, o stworzenie nuklearnej "force de frappe" mogą się pokusić nawet Niemcy.

Niezależnie od tego, w jakim stopniu sprawdzą się powyższe przewidywania, dystans między Ameryką i Europą raczej wzrośnie po opuszczeniu przez Busha urzędu. Ci, którzy liczą na powrót do zażyłych stosunków transatlantyckich, raczej się rozczarują. Dawny establishment z północnego wschodu USA opowiadający się za tego rodzaju ścisłą współpracą przestał odgrywać jakąkolwiek rolę. Jego miejsce zajęli przede wszystkim zawodowi oficerowie wojska, głównie umiarkowani konserwatywni narodowcy z Południa, jak również niezwykle zróżnicowana mozaika ideologicznych, etnicznych i gospodarczych grup nacisku, które delegują swoich przedstawicieli na pochodzące z mianowania stanowiska we władzy wykonawczej. Polityczny środek ciężkości w USA nadal będzie się przesuwał na południe i zachód. Nawet jeśli w Białym Domu zamieszka demokrata, będzie to zawdzięczał przede wszystkim głosom latynoskich imigrantów ze stanów południowych i południowo-zachodnich, którzy raczej nie są zwolennikami odnowienia ścisłej współpracy transatlantyckiej.

Niektórzy liczą na to, że fiasko irackie skłoni USA do zaangażowania się na nowo w trwałe rozwiązanie kwestii palestyńskiej. Bardziej prawdopodobny wydaje się jednak przeciwny scenariusz. Dopóki USA okupują kraj arabski, zależy im na aprobacie arabskiej opinii publicznej. Nawet Bush zadeklarował poparcie dla idei powstania państwa palestyńskiego. Ale jeśli Ameryka wywikła się z Iraku i Afganistanu i nie wkroczy do żadnych innych krajów muzułmańskich, to amerykańscy politycy będą mieli jeszcze mniejszą niż obecnie motywację do tego, by równoważyć poparcie dla Izraela próbami zjednania sobie społeczeństw arabskich i muzułmańskich.

Rezygnacja z roli bliskowschodniego rozgrywającego i wycofanie się z Iraku mogą wzmocnić pozycję tych Amerykanów, którzy uważają, że USA i Izrael są sojusznikami w "IV wojnie światowej" (określenie Normana Podhoretza, który zimną wojnę traktuje jako "III wojnę światową") toczonej przeciwko wielogłowej hydrze "islamofaszyzmu". Umocnienie się w USA antyarabskiej, antymuzułmańskiej prawicy po rejteradzie z Iraku przyczyniłoby się do jeszcze większego napięcia w stosunkach amerykańsko-europejskich. W drugiej dekadzie XXI wieku Europejczycy mogą z zaskoczeniem stwierdzić, że już nie tylko konserwatywni republikanie, ale również niektórzy liberalni demokraci oskarżają ich o zbyt miękką postawę wobec "Eurabii".

Na amerykańskiej scenie politycznej długofalowymi beneficjentami wojny w Iraku mogą okazać się nie Demokraci, którzy (w większości) byli jej przeciwni, lecz Republikanie, którzy ją rozpoczęli i przegrali. Nie jest to aż takie paradoksalne, jak się wydaje. Państwa, które wygrywają wojny, mniej się przejmują kwestiami bezpieczeństwa i przychylniej traktują partie lewicowe - pomyślmy na przykład o dwóch kadencjach Clintona po zimnej wojnie, a przed 11 września, czy o odrzuceniu przez Brytyjczyków Churchilla po II wojnie światowej. Kraje pokonane raczej wybierają silnych ludzi z prawicy - vide Francja po Algierii czy USA po Wietnamie.

Historia Ameryki uczy, że opozycja nawet wobec przegranej lub niepopularnej wojny może być zgubna dla partii politycznej. Partia federalistów przestała istnieć po wojnie w 1812 roku, której sprzeciwiała się większość jej członków. Podobny los spotkał Partię Wigów, bardzo krytyczną wobec wojny meksykańskiej z lat 1846-48. Fakt, że obie te partie, podobnie jak dzisiejsi antywojenni Demokraci, miały swoją główną bazę wyborczą w Nowej Anglii, nie wróży dobrze amerykańskim liberałom. Prawica już odkurza powietnamską legendę o "nożu w plecy" celem zrzucenia winy za porażkę iracką na liberałów w mediach i mniejszość demokratyczną w Kongresie. To oczywiście absurd, ale równie niedorzeczna próba obarczenia dziennikarzy i ruchu antywojennego winą za fiasko wietnamskie zakończyła się politycznym sukcesem w latach 70. i 80.

Retrospektywnej gloryfikacji nieudanej wojny w Iraku może jednak towarzyszyć znacznie ostrożniejsza polityka militarna kilku kolejnych prezydentów. Niewykluczony jest powrót do doktryny Powella: USA powinny wysyłać wojska jedynie w ostateczności i tylko tam, gdzie działania wojskowe są najodpowiedniejszym rozwiązaniem, a przewaga sił po stronie amerykańskiej przygniatająca. Można sądzić, że następnych paru prezydentów będzie naśladowało Ronalda Reagana, łącząc ostrą retorykę z ostrożnością w działaniu. Reagan został nazwany podżegaczem wojennym za swój język - na przykład za nazwanie Związku Radzieckiego "imperium zła". W praktyce jednak unikał kosztownego zaangażowania wojskowego. Fiasko neokonserwatywnej strategii hegemonii USA na Bliskim Wschodzie i na całym świecie nie oznacza automatycznie sukcesu jakiejś poważnej alternatywy. Dla zadufanego w sobie demokratycznego establishmentu - chociaż nie dla zniecierpliwionych wyborców tej partii - preferowaną alternatywą wobec strategii administracji Busha wciąż pozostaje neoliberalizm. Neoliberałowie zgadzają się z neokonserwatystami co do celu amerykańskiej polityki zagranicznej - celem tym jest globalny wolny rynek w świecie, w którym na straży bezpieczeństwa stoi dobry amerykański hegemon. Różnice dotyczą wyłącznie szczegółów. Neoliberałowie w praktyce są równie zażartymi co neokonserwatyści przeciwnikami wielobiegunowego ładu światowego, przekonują jedynie, że należy uczynić hegemonię USA bardziej akceptowalną dla innych krajów, przestrzegając prawa międzynarodowego i działając za pośrednictwem takich instytucji międzynarodowych jak ONZ i NATO. I jeszcze jedna różnica: chociaż wielu neoliberałów - na przykład Kenneth Pollack, Ivo Daalder i Peter Beinhart - poparło pomysł "zmiany reżimu" w Iraku drogą militarną, większą sympatią wśród zwolenników neoliberalizmu cieszy się idea interwencji humanitarnych w takich krajach jak Kosowo czy Sudan celem przerwania rzezi etnicznych.

Kiedy brytyjska Partia Konserwatywna wygrała wybory w 1997 roku, Tony Blair i Bill Clinton ogłosili neoliberalny program pod hasłem "trzeciej drogi". Na arenie krajowej oznaczało to poparcie dla wolnego rynku przy jednoczesnym unowocześnieniu państwa opiekuńczego i przywróceniu mu dobrego imienia. W polityce zagranicznej neoliberałowie mieli wizję euroamerykańskiego partnerstwa, które będzie wysyłało wojska z misjami humanitarnymi wszędzie tam, gdzie wystąpi taka potrzeba. Neoliberalizm opierał się na utopijnej wizji dziejów jako przejścia od nowoczesnego świata suwerennych państw narodowych do ponowoczesnego świata, w którym prawa człowieka zastępują suwerenność państw jako zasada organizująca globalnej polityki. Idea euroamerykańskiej ententy interweniującej pod hasłami praw człowieka w dawnych zachodnich koloniach w Afryce, na Bliskim Wschodzie i gdzie indziej wyglądała na zakamuflowany neokolonializm. Szczytne aspiracje neoliberalnych "humanitarnych jastrzębi" i "liberalnych imperialistów" nie doczekały się jednak realizacji, ponieważ społeczeństwa zachodnie nie miały ochoty finansować takiej kosztownej polityki, nie dostrzegając w niej żadnych pożytków strategicznych.

Nawet gdyby w Stanach Zjednoczonych pojawiło się poparcie polityczne dla ambitnej neoliberalnej polityki interwencji humanitarnej, instrumenty takiej polityki po prostu nie istnieją. Skala amerykańskiego zaangażowania wojskowego w Iraku sprawia, że większe interwencje pod hasłami budowy demokracji lub przywrócenia czy utrzymania pokoju są niemożliwe. Aby sprostać napiętej sytuacji kadrowej, armia musiała cofnąć w wielu jednostkach przepustki oraz obniżyć kryteria wykształcenia i ilorazu inteligencji dla poborowych. Podobnie jak w przypadku Wietnamu, odbudowa morale armii amerykańskiej potrwa co najmniej 10 lat.

Co gorsza dla "liberalnych imperialistów" w Partii Demokratycznej porażka iracka, podobnie jak wietnamska, pokazuje, że amerykańska kultura militarna jest z gruntu niedostosowana do prodemokratycznych misji pokojowych, na których miałaby się opierać polityka zagraniczna USA zgodna z wyobrażeniami "humanitarnych jastrzębi". Również polityka gospodarcza Busha skazuje na porażkę ewentualne próby realizacji przez jego następców neoliberalnej wizji polityki zagranicznej zaproponowanej przez Blaira i Clintona. Niektórzy neoliberałowie wzywają do stworzenia wielkiego programu inwestycji w krajach rozwijających się, a zwłaszcza na Bliskim Wschodzie. Można mieć wątpliwości, czy nowy plan Marshalla rozwiązałby problemy tych krajów. Pierwotny plan jedynie dopomógł w ponownym uruchomieniu fabryk oraz otwarciu rynków w Niemczech Zachodnich i innych krajach zachodnioeuropejskich, czyli uprzemysłowionych państwach narodowych, które nie musiały modernizować zacofanych obszarów będących przedmiotem sporu między różnymi grupami etnicznymi.

Zresztą tego typu eksperyment nie zostanie powtórzony, bo nie ma na to pieniędzy. Bush i republikański Kongres wydali je na wojnę w Iraku oraz na cięcia podatkowe korzystne dla nielicznej grupy bogaczy, dociągając deficyt budżetowy do najwyższego poziomu od czasów Reagana. W drugiej dekadzie XXI wieku priorytetem Waszyngtonu przypuszczalnie będzie zmniejszenie deficytu w okresie wzrostu kosztów utrzymania państwa z powodu przechodzenia na emeryturę pokolenia powojennego wyżu demograficznego. Pomoc zagraniczna USA raczej nie wzrośnie, a może nawet zostanie zredukowana, chociaż Chiny i takie państwa naftowe jak Rosja czy Iran wzmacniają swoje wpływy za pomocą subsydiów i sprzedaży broni.

Niezależnie od przyszłego rozwoju wydarzeń nie ulega wątpliwości, że "długie lata 90." nareszcie dobiegły końca, a wiązane z nimi utopijne nadzieje okazały się nierealne. Neokonserwatywna wizja jednego wielkiego globalnego rynku pilnowanego przez hegemoniczne Stany Zjednoczone w jednobiegunowym świecie teraz cokolwiek trąci myszką, podobnie jak neoliberalna wizja sojuszu północnoatlantyckich demokracji odrzucających powojenne koncepcje suwerenności państw, aby umożliwić wysyłanie żołnierzy i demokratycznych misjonarzy w miejsca konfliktów, egzekwowanie praw człowieka oraz zaprowadzenie demokracji i wolności na Bliskim Wschodzie i w Afryce. Wielobiegunowy, merkantylistyczny świat, który powstaje wokół nas, wygląda zupełnie inaczej niż jednobiegunowy ład wolnorynkowy zaprojektowany przez Clintona, Blaira i Busha - choć wydałby się znajomy Richardowi Nixonowi i Charles'owi de Gaulle'owi.

Neokonserwatywna fantazja o jednobiegunowej globalnej hegemonii została skompromitowana, a neoliberalne marzenie o porządku międzynarodowym strzeżonym przez ONZ okazało się iluzją. Współpraca najważniejszych państw pod kierunkiem USA daje największą nadzieję na pogodzenie pokoju międzynarodowego z liberalnym porządkiem w świecie, w którym doskonałe wciąż pozostaje wrogiem dobrego.

p

, amerykański historyk, pisarz i dziennikarz. Publikuje w najbardziej wpływowych i prestiżowych amerykańskich czasopismach: "New York Times", "Washington Post", "The Atlantic Monthly" i "The National Interest". Jest autorem książek "The Next American Nation" (1995), "Up From Conservatism" (1996) oraz "What Lincoln Really Believed" (2004).

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj