Sprawa jest skomplikowana. Na długo przed pojawieniem się komunizmu Rosja dokonała trzech rozbiorów Polski i władała znaczną częścią jej terytorium. W XX wieku polityka ZSRR dyktowana była ideologią komunistyczną. I nawet jego działania imperialne, czyli podboje poszczególnych krajów, agresywne wojny, łączyły się właśnie z ideologią, a nie z rosyjskim interesem narodowym. Rosyjskiej racji stanu nie było ani w Afganistanie, ani na Kubie, ani w krajach afrykańskich. Wszędzie tam ZSRR usiłował narzucić swój reżim.
Nie zgadzam się z tym. Stalin kontynuował politykę Lenina. I jego cele miały charakter ideologiczny. Tyle że oparcia dla swoich planów upatrywał w wojnach, a nie w rewolucjach. Dlatego przygotowywał II wojnę światową i poprzez nią próbował zrealizować podbój Europy, aby zmienić ją w świat komunistyczny. Polityka prowadzona w czasach komunistycznych nie była imperialna w tym sensie, że Rosja z powodu tych podbojów ponosiła ogromne straty. W rezultacie zbankrutowała. A przecież, gdy imperiom posiadanie kolonii przestaje się opłacać, rezygnują z nich.
W Związku Sowieckim nie dokonała się żadna ewolucja ideologii komunistycznej. Ona miała miejsce wśród komunistów zachodnich. Moskwa mogła co najwyżej podejmować pewne kroki
taktyczne obliczone na usypianie Zachodu. Pojawiały się np. głosy o współistnieniu dwóch systemów, chociaż komuniści sowieccy znakomicie zdawali sobie sprawę, że o współistnieniu
socjalizmu i kapitalizmu mowy być nie może. Jednocześnie - dowiedziałem się o tym, przeglądając dokumenty Biura Politycznego KPZR - stopniowo dojrzewało przekonanie, że Polska nie stała
się krajem socjalistycznym. Z tego płynął wniosek, że bardzo trudno jest ją utrzymać w sowieckiej strefie wpływów. I dlatego w okresie "Solidarności" znaczących
oczekiwań wobec PZPR nie było. Świetnie to pamiętam. To był bardzo dobry dokument, zawierający mocne przesłanie. Różnie go odbierano. Nawet w samej "Solidarności" nie brakowało krytyków,
którzy uważali, że takiego prowokacyjnego orędzia nie warto formułować. Ale ja się z tym nie zgadzam. Uważam, że był to akt dojrzałości politycznej, który przyniósł efekty. Posłanie
to było znane i w Związku Sowieckim, i w innych krajach wschodnioeuropejskich. Zresztą samo Biuro Polityczne KPZR to dostrzegło. Na jego posiedzeniach - widziałem protokoły - dyskutowano o tym
jako o zagrożeniu. Kiedy rozmawiałem wtedy z dysydentami, oceniali oni "Solidarność" jako ruch przyjazny nam. Wszyscy ją wspieraliśmy w miarę naszych sił. Owszem, specyfika państwa
sowieckiego - olbrzymiego państwa wielonarodowościowego - nie pozwalała na wyłonienie się czegoś podobnego. W każdej z republik związkowych występowały napięcia na tle etnicznym i - by tak
rzec - antyimperialnym. To było wszystko znacznie bardziej skomplikowane. Polska jako państwo narodowościowo jednolite nie miała takich problemów. Zresztą w okresie
"Solidarności" także w ZSRR były już strajki. Ale trwały one krótko i brakowało im koordynacji. To było tak jak w Polsce przed "Solidarnością". Tyle że
w Związku Sowieckim przyczyną strajków były nie kwestie polityczne, lecz sprawy socjalne: niewypłacanie pensji czy brak zaopatrzenia w sklepach. To wszystko mogło nabrać rozpędu i przyjąć
większe rozmiary dzięki polskiemu doświadczeniu. Władze sowieckie miały tego świadomość. W "Solidarności" funkcjonowało wiele nurtów. Ale nastrojów wrogich wobec samej Rosji sobie nie przypominam. Gdy kontaktowałem się z polskimi opozycjonistami,
okazywało się, że oni, tak jak ja, wspólnego wroga upatrują w komunizmie. Oczywiście zdarzały się w Polsce przypadki profanacji cmentarzy żołnierzy sowieckich. Ale przecież dotyczyło to
właśnie żołnierzy sowieckich, którzy - owszem - wyzwolili Polaków od nazizmu, lecz w zamian przynieśli im komunizm: obozy koncentracyjne i zagładę społeczeństwa polskiego po II wojnie
światowej. Oczywiście było w tym sporo naiwności. Przykład Stoczni Gdańskiej jest w tym kontekście szczególnie jaskrawy - mimo że "Solidarność" się w niej narodziła, to
jednak po upadku komunizmu zakład ten nie przynosił już zysków, lecz straty. Ale socjalny program "Solidarności" był mało istotny w czasach, w których chodziło o coś
znacznie ważniejszego, co zresztą udało się osiągnąć: zjednoczenie całej ludności Polski przeciwko komunizmowi.
Takie analogie są nieuzasadnione. Rzecz w tym, że Pinochet nigdy nie ingerował w gospodarkę. Jego zadanie było inne: sprostać wyzwaniu, jakim było staczanie się kraju w chaos i socjalizm.
Czarę goryczy dopełniła decyzja ekipy Allende o uzbrojeniu armii chilijskiej w broń sowiecką, co uzależniłoby Chile od ZSRR. I właśnie dlatego wojsko się zbuntowało, a nie z powodu
jakichś zmian o charakterze socjalnym. Tymczasem Jaruzelski był gauleiterem Polski z nominacji Moskwy, i pozostawał jej posłuszny. Pinocheta nikt nie nominował do objęcia władzy w Chile.
Wreszcie Jaruzelski nie wyprowadził Polski z zapaści gospodarki planowej, natomiast Pinochet, stojąc na straży wolnego rynku, przyczynił się do boomu ekonomicznego w swoim kraju.
p
Komunizm był czynnikiem znaczącym. To nie była czysta geopolityka. W latach 20. Rosja Radziecka prowadziła swoistą "akcję afirmatywną". Dążyła do wyrównania historycznych krzywd, których doznały uciśnione w przeszłości narody. Gdyby nie osobliwy, związany z komunizmem, typ świadomości, nie powstałyby radzieckie republiki socjalistyczne w Azji Środkowej. To jest konsekwencja pewnej aksjologii, niewyobrażalnej na gruncie kultur pozaeuropejskich. Dzielenie się bogactwami z innymi narodami jest z perspektywy geopolityki zwyczajną głupotą. Lenin nie był imperialistą w tradycyjnym sensie tego słowa. Nie interesował się terytorialnym rozszerzeniem państwa w ogóle. Interesowała go ekspansja ideologiczna, a nie geopolityczna. Lenin traktował Polskę jako korytarz do Niemiec, ale nie był to korytarz podboju terytorialnego, lecz eksportu rewolucji. Chodziło o budowę czerwonego bloku w środku Europy. Przypuszczam, że w roli wiodącej siły tego bloku Lenin widział nie Rosję, ale właśnie Niemcy. W Polsce komunizm też miał swoją bazę. To była rzecz jasna baza mniejszościowa, ale stale obecna. Na przestrzeni dziesięcioleci w społeczeństwie polskim nie brakowało intelektualistów zafascynowanych tym, co można określić mianem komunistycznej wersji globalizmu. Współczesna globalizacja miała swój komunistyczny, marksistowski prototyp. I wielu polskich intelektualistów było jego reprezentantami, lecz bynajmniej nie z powodu lojalności wobec Moskwy. Można tu przywołać polską szkołę marksizmu, w tym takich myślicieli jak Leszek Kołakowski, Adam Schaff, a nawet Adam Michnik, choć ten ostatni pewnie nie chce o tym pamiętać. Stalin był już reakcją na komunistyczną ideologię. On był, paradoksalnie, po części komunistą, a po części antykomunistą. Ujawniał się w nim stopniowo tradycyjny rosyjski geopolityk. Ale trzeba zaznaczyć, że stalinowska polityka zagraniczna była odzwierciedleniem przemocy - wobec komunizmu, wobec partii bolszewickiej - w samej Rosji. To pogrzebało szanse swobodnego rozwoju jakichś alternatywnych idei w obrębie bloku wschodniego. Z tego powodu komunizm państwowy także w Polsce przybrał postać daleką od pierwotnych założeń ideologicznych. W Rosji niewątpliwie nastąpiło zerwanie z dziedzictwem Lenina. Intelektualny marksizm został na początku lat 30. poddany przez Stalina sterylizacji. I w jakimś sensie umiarkowanym antykomunistom żyło się w ZSRR łatwiej niż niezależnym komunistom. Idee lewicowe trzeba było właściwie importować z innych krajów bloku wschodniego, w tym - o dziwo - z Polski. Oczywiście wewnątrz "Solidarności" pojawiała się chęć historycznego rewanżu wobec Rosji. Ale w jakimś sensie Moskwa narzucała opcję antyrosyjską w postaci jedynej formy mobilizacji społecznej w Europie Wschodniej. Po 1968 roku, po inwazji na Czechosłowację, Kreml zamknął wszelkie inne możliwości. I to Kreml zapędził różnorakie i bardzo ciekawe alternatywy w antyrosyjski kanał. A potem, kiedy sam zaczął się reformować, przyszło mu za to zapłacić słoną cenę. Ona była zjawiskiem złożonym. Niewątpliwie pod pewnym względem występowała jako ruch narodowy, upominający się o wolność swojego kraju. Ale jeśli spojrzymy na nią w kontekście europejskim, a nawet światowym, zobaczymy, że jej działalność zawierała elementy poszukiwania trzeciej drogi. Jednak ten aspekt działalności nie mógł osiągnąć jakichś dojrzałych form. W jakimś sensie reżim komunistyczny zapędzał "Solidarność" do wąskiego kanału antykomunizmu. Oczywiście towarzyszył temu protest przeciwko przejawom biurokratycznej przemocy i w ogóle panowaniu biurokracji nad procesem produkcyjnym. I to był określony nurt lewicowy, który już się potem nie rozwinął. Sytuację pierwszej "Solidarności" można porównać z sytuacją Salvadora Allende. Prezydent Chile też nie miał perspektyw w obliczu stojących naprzeciw siebie dwóch bloków. Poszukiwaniom trzeciej drogi stanęła na przeszkodzie konieczność wyboru między Waszyngtonem a Moskwą. Przy takim stanie rzeczy nic nie mogło się normalnie rozwijać. Ale przecież polityka Gorbaczowa również była próbą szukania trzeciej drogi. Nie lubię snuć rozważań nad historią alternatywną, ale można postawić hipotezę, że gdyby Wałęsa w Polsce, Allende w Chile i Gorbaczow w ZSRR działali jednocześnie, to wynik końcowy mógłby wyglądać znacznie ciekawiej od tego, jaki przyniósł krach komunizmu i kres zimnej wojny. Nie zgadzam się. Tamten ruch polityczny nie przetrwał lat 80. Pozostał po nim wyłącznie szyld służący konsolidacji klasy politycznej. Gdy konsolidacja nastąpiła, szyld przestał już być potrzebny. Ono było ważnym wydarzeniem, ukazało się nawet u nas w samizdacie. Jednak język tego orędzia był obcy ówczesnym środowiskom dysydenckim w ZSRR. Zwracanie się ku robotnikom nie mogło stanowić w Związku Radzieckim podstawowego dyskursu politycznego. Posłanie było odbierane jako stylizacja na frazeologię klasową. Pojawiały się głosy, że mamy do czynienia z naiwną propagandą. To było orędzie nie do nas. Wiadomo, że jego adresatem nie mógł być Kreml. Z kolei inteligencja w ZSRR nie odwoływała się do interesu klasy robotniczej, lecz do praw człowieka. Problemy socjalne były kwestią wtórną, podobnie zresztą jak narodowościowe. Solidarność" ujawniła nasze mankamenty. Na wiele rzeczy nie byliśmy przygotowani. Nie potrafiliśmy omawiać problemów narodowościowych ZSRR. Zresztą wraz z objęciem przywództwa państwa przez Gorbaczowa trudność ta się zaostrzyła. Nasza retoryka była w porównaniu z retoryką "Solidarności" infantylna. Dodajmy też, iż język "Solidarności" okazał się wystarczający do osiągnięcia wewnętrznego narodowego konsensusu, lecz utrudnił dialog z inteligencją radziecką. Wobec wydarzeń w Polsce dysydenci z obu państw nigdy nie wypracowali wspólnego stanowiska. Sympatyzując z "Solidarnością", jednocześnie ze zrozumieniem przyjęliśmy decyzję Jaruzelskiego o wprowadzeniu stanu wojennego. To była jednak próba powstrzymania rozłamu w Układzie Warszawskim - rozłamu, który mógł spowodować użycie sił zbrojnych. Ten niejednoznaczny stosunek do polityki Jaruzelskiego różnił nas od opozycji polskiej.
p
, ur. 1942, rosyjski pisarz i publicysta, jeden z najsłynniejszych radzieckich dysydentów, wielokrotnie więziony. W 1976 roku został wydalony z ZSRR. Mieszka w Wielkiej Brytanii. Znany z krytycznych wypowiedzi pod adresem dzisiejszych władz Rosji. Po polsku ukazały się m.in. książki: "Pacyfiści kontra pokój" (1983), "I powraca wiatr..." (1985), "Moskiewski proces" (1999). Kilkakrotnie gościł na łamach "Europy" - w nrze 22 z 31 maja br. opublikowaliśmy wywiad z nim "Rosji grozi rozpad".
, ur. 1951, politolog, profesor Uniwersytetu Moskiewskiego. W latach 70. dysydent związany z wychodzącym w Rosji i na emigracji pismem "Poiski" (Poszukiwania). Jest uważany za nieformalnego doradcę prezydenta Władimira Putina. W 2004 roku kierował na Ukrainie kampanią prezydencką prorosyjskiego kandydata Wiktora Janukowycza. W "Europie" nr 23 z 7 czerwca br. opublikowaliśmy wywiad z Pawłowskim "Rosjanie nie chcą być Żydami XX wieku".