"Nie czuję się winny! Tylko stałem i patrzyłem. Bili koledzy. Tego faceta ani razu nie kopnąłem" - mówi z uśmiechem na ustach Łukasz Witkowski. Koledzy zmasakrowali przechodnia, a on nie zrobił nic, by go ratować. Dziś cieszy się wolnością.
Nie ma żadnych wyrzutów sumienia. Tak, jakby nic się nie stało. Nie dociera chyba do niego, że jego koledzy kilka dni temu zabili w Kołobrzegu przechodnia. Kompletnie pijani, zaatakowali 35-letniego mężczyznę, powalili go na ziemię i brutalnie pobili. Przechodzień nie miał szans. Zmarł. Osierocił dwoje dzieci.
Policja szybko złapała pięciu napastników. Jednak prokuratura uznała, że jeden z nich - Łukasz Witkowski - nie bił przechodnia. I wypuściła go na wolność. Pozostali czekają w areszcie na rozprawę. Za pobicie na śmierć grozi im 10 lat więzienia.
Łukasz Witkowski ma inne zmartwienia. "Niech mi gliniarze ciuchy oddadzą, co je wzięli do analizy, bo to były markowe i bardzo drogie rzeczy" - denerwuje się w rozmowie z "Faktem".
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|