Kacperek, upragniony synek Danuty Kacprzyk, miał się urodzić 20 grudnia. Trzy tygodnie przed porodem kobieta źle się poczuła, zgłosiła się więc późnym popołudniem do szpitala.
"Zrobili mi USG, badali też tętno i pracę serca dziecka. Po tych badaniach powiedzieli, że dziecko nie żyje i skierowali mnie na salę, obiecując, że poród wywołają następnego
dnia" - płacze kobieta.
Jednak następnego dnia nic takiego się nie stało. Kolejni lekarze przychodzili na dyżur i jedyne, co mieli do zaoferowania załamanej i zrozpaczonej kobiecie, to pytanie: jak się czuje.
"Pytałam, kiedy to zrobią, a oni mi opowiadali, że mają zamknięte USG i trzeba czekać. Przecież to jest oddział położniczo-ginekologiczny!" - denerwuje się
kobieta.
Pani Danuta na sali leżała sama. Nie mogła spać ani jeść. Cały czas głaskała martwe maleństwo w swoim brzuchu. Nie była w stanie ani przez chwilę pomyśleć o czymś innym.
"Miałam myśli samobójcze. Leżałam tam sama. Pies z kulawą nogą do mnie nie zajrzał, a męża nie wpuszczali" - opowiada. " Nie mogłam uwierzyć, że taka tragedia
dotknęła właśnie mnie. Czekaliśmy na Kacperka tyle czasu. Tak długo się o niego staraliśmy" - mówi zdruzgotana kobieta. Wysyłała rozpaczliwe SMS-y do męża, by przyszedł do
szpitala i wsparł ją.
"Ale lekarze nie chcieli mnie wpuścić. Mówili, że wieczorem i w nocy nie wolno być na oddziale. Przekonywałem, że żona mnie potrzebuje. Że jesteśmy w dramatycznej sytuacji. Ale ich
to kompletnie nie obchodziło" - wspomina Edward Kacprzak. Dopiero trzeciego dnia ordynator oddziału wywołał poród.