Zawsze uśmiechnięty, sympatyczny, lubiany przez dzieci z krakowskiej podstawówki, które uczył skoku w dal, przewrotów w przód i gry w siatkówkę. W rzeczywistości Ireneusz K. był sadystą katującym zastraszone kobiety - pisze "Fakt".
Stręczycielstwo to był jego sposób na zarabianie pieniędzy, a też i styl życia. On to lubił. Jego rewirem było ścisłe centrum Krakowa - okolice ulic
Warszawskiej, Filipa, Szlak i placu Matejki. Tam ustawiał swoje dziewczyny, które od jesieni minionego roku werbował w wyjątkowo perfidny sposób.
Wyszukiwał je w krakowskich dyskotekach, stawiał naiwnym dziewczętom drinki, następnie wywoził je do domku za miastem, rozbierał i robił kompromitujące zdjęcia. Potem groził, że jeśli nie będą pracować dla niego na ulicy, pokaże fotki rodzinie. Ten szantaż niekiedy wystarczał, ale wiele kobiet trzeba było postraszyć lub pobić. To ostatnie zawsze działało. A na dodatek Ireneusz K. bardzo to lubił.
"To sadysta. Dobrze wiedział, jak bić, by bardzo bolało i nie było śladów. Kiedy katował kobietę, uśmiechał się zadowolony. Widać było, że bicie sprawia mu niebywałą przyjemność" - opowiada jedna z dziewczyn.
Brutalne bicie było też sposobem na wymuszanie wszystkich pieniędzy, które zastraszone prostytutki zarabiały dla Ireneusza K. Katowane kobiety panicznie bały się sadysty. Jeszcze teraz większość z nich nie ma odwagi głośno wymawiać imienia swego oprawcy. Patrzą tylko na siebie przerażonym wzrokiem i milczą. Ale dwie zdobyły się na to, by milczenie przerwać, by położyć kres okrucieństwu Ireneusza K., który coraz bardziej się w nim rozsmakowywał. W końcu mógł którąś z nich zakatować na śmierć.
Policjanci najpierw z niedowierzaniem, a później z rosnącą grozą wysłuchali ich przerażających opowieści o dwulicowym, sadystycznym nauczycielu, kacie i sutenerze. Potem pojechali po Ireneusza K. do jego domu.
Wyszukiwał je w krakowskich dyskotekach, stawiał naiwnym dziewczętom drinki, następnie wywoził je do domku za miastem, rozbierał i robił kompromitujące zdjęcia. Potem groził, że jeśli nie będą pracować dla niego na ulicy, pokaże fotki rodzinie. Ten szantaż niekiedy wystarczał, ale wiele kobiet trzeba było postraszyć lub pobić. To ostatnie zawsze działało. A na dodatek Ireneusz K. bardzo to lubił.
"To sadysta. Dobrze wiedział, jak bić, by bardzo bolało i nie było śladów. Kiedy katował kobietę, uśmiechał się zadowolony. Widać było, że bicie sprawia mu niebywałą przyjemność" - opowiada jedna z dziewczyn.
Brutalne bicie było też sposobem na wymuszanie wszystkich pieniędzy, które zastraszone prostytutki zarabiały dla Ireneusza K. Katowane kobiety panicznie bały się sadysty. Jeszcze teraz większość z nich nie ma odwagi głośno wymawiać imienia swego oprawcy. Patrzą tylko na siebie przerażonym wzrokiem i milczą. Ale dwie zdobyły się na to, by milczenie przerwać, by położyć kres okrucieństwu Ireneusza K., który coraz bardziej się w nim rozsmakowywał. W końcu mógł którąś z nich zakatować na śmierć.
Policjanci najpierw z niedowierzaniem, a później z rosnącą grozą wysłuchali ich przerażających opowieści o dwulicowym, sadystycznym nauczycielu, kacie i sutenerze. Potem pojechali po Ireneusza K. do jego domu.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz