Dziennik Gazeta Prawana logo

Pilot odpowie za katastrofę śmigłowca z Millerem

12 października 2007, 14:48
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Najpierw uznany za bohatera, teraz w roli oskarżonego. Prokuratura wojskowa postawiła podpułkownikowi Markowi Miłoszowi zarzut nieumyślnego spowodowania katastrofy śmigłowca Mi-8, którym leciał m.in. premier Leszek Miller. Maszyna runęła 4 grudnia 2003 roku.

"Akt oskarżenia wobec ppłk. Marka M. wysłaliśmy już do Wojskowego Sądu Okręgowego w Warszawie" - poinformował rzecznik prokuratury wojskowej, major Ireneusz Szeląg. Miłosz przyznał się do winy i złożył wyjaśnienia. Wciąż lata w specjalnym pułku lotniczym, którego maszynami podróżują członkowie rządu.

Błąd pilota polegał na niewłączeniu instalacji antyoblodzeniowej w maszynie. Ta co prawda działa automatycznie, jednak instrukcja użytkowania Mi-8 przewiduje przymusowe włączenie ogrzewania silników ręcznie, gdy temperatura przy starcie wynosi od -5 do +5 stopni. Tryb automatyczny wtedy nie wystarcza.

Feralnego dnia Mi-8 z rządowego Pułku Specjalnego, zajmującego się przewozem najważniejszych osób w państwie, leciał późnym popołudniem z Wrocławia z załogą i pasażerami. Premier Leszek Miller wracał z uroczystości otwarcia nowego odcinka autostrady pod Gliwicami. Po starcie śmigłowiec wzniósł się bez żadnych problemów na wysokość 2150 m. Pogoda była jednak nie najlepsza. Padał śnieg i zacinał porywisty wiatr.

Po locie trwającym ponad godzinę maszyna zaczęła zmierzać w kierunku lotniska na Okęciu. Pilot, na rozkaz z wieży kontroli lotów, musiał w powietrzu czekać na swoją kolejkę do lądowania. Przed nim było pięć innych maszyn. Ze względu na pogodę Marek Miłosz musiał polegać tylko na przyrządach pokładowych.

Na wysokości ok. 800 m Mi-8 znalazł się w chmurach. Gdy w nich leciał, na 600 m pilot usłyszał huk i poczuł wibracje, po czym zatrzymał się prawy silnik. Miłosz rozpoczął manewr lądowania awaryjnego, o czym poinformował wieżę kontroli lotów.

Tylko dzięki mistrzowskiemu opanowaniu maszyny udało się pilotowi wylądować cało. Kadłub maszyny zsunął się po drzewach, przewracając na prawy bok. Dzięki temu wyjście ze śmigłowca znalazło się po odsłoniętej stronie. Nikt nie zginął. Premier Leszek Miller miał złamane dwa kręgi piersiowe. Wielokrotnie podkreślał wtedy, że Marek Miłosz uratował mu życie. W podobnym tonie wypowiedział się także dzisiaj.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj