Dziennik Gazeta Prawana logo

Pochwała niewyraźnych liberałów

5 listopada 2007, 12:11
Ten tekst przeczytasz w 27 minut

Komentując niedawną debatę "Europy" na temat rewolucyjnych ideologii i konsensu liberalno-demokratycznego, Andrzej Szahaj zadaje przeciwnikom owego konsensu proste pytanie: jeśli nie liberalna demokracja, to co? Odpowiedzieć na nie musi każdy, kto nawołuje do rewolucji i budowania zupełnie nowego ustroju. "Ciekaw jestem bardzo, czymże owo zupełnie nowe miałoby być? Ustrojem rad robotniczo-chłopskich? Władzą partii zawodowych rewolucjonistów uświadamiających klasę robotniczą? Federacją komun anarchistycznych? Ustrojem całkowitej sprawiedliwości i równości? Dyktaturą proletariatu? Wszyscy, którym marzy się >>rewolucja u bram<< - zarówno ci stojący po lewej, jak i po prawej stronie (ta ostatnia też ma swoje wyśnione raje ustrojowe, jak na przykład państwo korporacyjne czy państwo wyznaniowe) - muszą na te pytania odpowiedzieć, jeśli nie chcą zostać potraktowani jak dzieci bawiące się zapałkami".

p

Na łamach "Europy" z 13 stycznia tego roku odbyła się niezwykle interesująca dyskusja dotycząca problemu tzw. konsensu liberalno-demokratycznego w Polsce. Pretekstem do jej przeprowadzenia była publikacja tekstów Lenina opatrzonych komentarzem "giganta z Lublany" - jak się go nazywa na Zachodzie - czyli Slavoja Zizka. W dyskusji tej zarysował się przedziwny, choć przy bliższym przyjrzeniu zrozumiały sojusz. Chodzi o stanowisko Kingi Dunin i Wojciecha Kunickiego - oboje opowiedzieli się po stronie polityki radykalnej, która pozwoliłaby "wyjść z tej liberalnej brei, w której wszyscy siedzimy, do prawdziwej, ostrej polityczności" (Kunicki). I choć bohaterem Dunin jest Lenin, a bohaterem Kunickiego Carl Schmitt, wróg jest wspólny - liberalizm. Wspólna jest też pochwała istnienia wroga jako takiego. Kunicki powiada: "Pani (Kinga Dunin) sytuuje wroga, sytuuje przyjaciela. To są pewne odwieczne prawdy, odwieczne prawa - zarówno w polityce wewnętrznej, jak i zewnętrznej. Ten, kto definiuje wroga, jest suwerenny, ten, kto posługuje się kategorią wroga, jest również polityczny. Wróg jest nam potrzebny - niekoniecznie do tego, byśmy go zabili. Tylko antagonizm, tylko spór pozwala się społeczeństwu rozwinąć". W wypowiedziach Dunin i Kunickiego pojawia się też inny wspólny wątek: narzekanie na to, że liberalizm sprzyja traktowaniu siebie w sposób niepoważny i powoduje "niewyraźność" postaw i poglądów, ich obrzydliwą chwiejność. W tej sytuacji Kinga Dunin wprost postuluje zerwanie z "hegemonią konsensusu liberalno-demokratycznego" w Polsce.

Nie podoba mi się ta retoryka. Uważam, że jest niebezpieczna i w tym sensie podzielam w całej rozciągłości obawy wyrażone w dyskusji przez Cezarego Michalskiego. I to nie tylko wtedy, gdy przytomnie zauważa on, że "my tu jeszcze nie mamy liberalizmu, a już się go obala". Nie spieszmy się tak bardzo z krytyką owego konsensu liberalno-demokratycznego w Polsce (i gdzie indziej). Cóż bowiem miałoby go zastąpić? Jak można w ogóle odpowiedzialnie chcieć obalać jego hegemonię? Zastąpić liberalną demokrację? Czym? Pora chyba na rozgrzane głowy wylać trochę zimnej wody. Liberalną demokrację obalano kilkakrotnie. Czyniono to zarówno pod wpływem ideologii lewicowych, jak i prawicowych. Rezultat zawsze był ten sam: powstawało coś o wiele gorszego niż owa tak znielubiona przez niektórych liberalna demokracja. Za każdym razem pewną rolę odgrywały idee filozoficzne utożsamiające liberalizm z całkowitą degrengoladą człowieka i społeczeństwa. Jestem pewien, że nie trzeba tych faktów przypominać. Jak po wszystkich tych lekcjach można chcieć obalać konsens liberalno-demokratyczny, wiedząc przy tym, że nie dysponuje się niczym lepszym? Bo przecież owym lepszym nie jest rewolucja i ustrój proponowany po jej zwycięstwie przez Lenina. Nie jest też nim ustrój proponowany przez Schmitta, w którym państwo tylko dlatego stanowi jedyną i ostateczną instancję decydującą o porządku prawnym, że po jego stronie jest siła rozstrzygająca w ostateczności o tym, co dobre, a co złe, zaś "demokracja" polega na tym, że - jak powiada Schmitt - "rządzący są tożsami z rządzonymi", a więc parlament i parlamentarna walka polityczna są zbędne. Skutki potraktowania Lenina i Schmitta poważnie okazały się żałosne. Skąd zatem to nawracające pragnienie, by ponownie do nich sięgnąć i potraktować to, co piszą, ze śmiertelną powagą? Skąd to zapotrzebowanie na wroga, które zaczyna niebezpiecznie zbliżać do siebie radykalną prawicę i radykalną lewicę? Pachnie mi to próbą zanegowania istotnego fragmentu demokratyczno-liberalnej kultury politycznej, a mianowicie milczącego przekonania, że choć polityka jest walką, a konflikt jest w niej czymś naturalnym, to jednak walka owa ma charakter cywilizowany i odbywa się na gruncie wcześniejszej zgody co do wielu zasad i wartości. Zgoda ta powoduje, że w pewnym sensie dobrze urządzone społeczeństwo liberalno-demokratyczne jest arystotelesowską republiką przyjaciół. W republice takiej nikt nikogo nie próbuje zniszczyć, tak jak z reguły próbuje się zniszczyć wroga, lecz raczej stara się pokonać w walce, która, choć nie jest na niby, to jednak - trochę jak sportowa walka bokserska - kończy się uznaniem przez zwycięzcę i pokonanego, że najważniejsze było odbycie jej w sposób zgodny z regułami, na jakie przystali wszyscy.

Wróćmy do Lenina i Zizka. Rozumiem poniekąd wściekłość młodych gniewnych na lewicy, sięgających po tych pisarzy, aby wyrazić swoją frustrację. Wahadło intelektualne i polityczne w Polsce wychyliło się zdecydowanie w prawo. Być może jest coś na rzeczy w przypisywaniu prawej stronie pewnego monopolu w sferze idei. Z pewnością środowiska prawicowe okazały się ostatnio znacznie prężniejsze w swojej aktywności intelektualnej i wydawniczej. Zalały rynek dziesiątkami książek i artykułów, w których prawicowa wizja świata uległa wręcz sakralizacji. Rozumiem także chęć wywołania skandalu, albowiem w dzisiejszym świecie, w którym panuje kakofonia idei i głosów, można się przebić głównie za sprawą skandalu, tym bardziej że media stały się skandalożerne i skandalotwórcze zarazem. I tak jak w horrorach jeszcze niedawno straszyły nas poczciwe zombi, a dziś straszą przemyślne potwory ociekające krwią i tnące piłą mechaniczną wszystko, co wpadnie im w ręce, tak i w świecie idei, gdzie jeszcze niedawno rumieniec podniecenia wywoływało przywołanie w tekście Marksa jako klasyka myśli społecznej, dziś trzeba sięgać po Lenina, aby kogokolwiek poruszyć (tylko patrzeć jak opublikowany zostanie "Krótki kurs historii WKP (b)" albo dzieła Wielkiego Językoznawcy...). Rozumiem też inny powód owej publikacji. Idzie o ową tytułową "rewolucję u bram". Jej potrzeba ma pewnie wynikać z przekonania, że dosyć już patrzenia na sztuczki systemu, który gładko przełknie każdą myśl krytyczną, zamieniając wszystko w towar na liberalnym rynku idei. Ta dialektyka jest dobrze znana, podobnie jak jej skutki. Wystarczy przypomnieć sobie dorobek Herberta Marcusego, dużo zresztą ciekawszego filozofa niż Lenin, o którym Cezary Michalski słusznie powiada, że "jeśli przymierzyć do niego kryteria porządnej filozofii politycznej - jest raczej idiotą". To Marcuse kilkadziesiąt lat temu pisał o "represywnej tolerancji", o systemie, który jest w stanie zneutralizować i unieważnić każdą krytykę poprzez uczynienie jej jeszcze jedną ofertą na rynku produktów kulturowych. Przyjęcie do wiadomości tez Marcusego przy jednoczesnym rozczarowaniu rewoltą studencką lat 60. doprowadziło niektórych co bardziej zapalczywych zwolenników rewolucji do odrzucenia jakichkolwiek działań wewnątrzsystemowych i do stosowania otwartej przemocy. Jeśli bowiem systemu nie można zreformować, to trzeba go obalić, a można to zrobić jedynie siłą. Na końcu drogi rozpoczynającej się od narzekań na hegemonię konsensu liberalno-demokratycznego znajduje się więc jedynie przemoc. Podobną dialektykę można odnaleźć po prawej stronie sceny politycznej, gdzie totalne rozczarowanie do "liberalnej brei" i zniesmaczenie słabością państwa demokratycznego doprowadziło do pojawienia się ruchów gloryfikujących przemoc jako jedyny środek zmiany status quo. Nie twierdzę, że czytanie Lenina i pochwał pod jego adresem wyrażanych przez jakiegoś filozofa, na przykład Zizka (łączącego bełkotliwy język swego mistrza Lacana z popfilozoficznym efekciarstwem), prowadzi bezpośrednio do przemocy, a czytanie i popularyzowanie Schmitta - do faszyzmu. Uważam jedynie, że lansowanie tego typu postaci i ich idei nie jest działalnością niewinną i trzeba sobie z tego zdawać sprawę. Szczególnie, jeśli w grę wchodzą młode umysły, które nie mają cierpliwości do tego, by zmierzyć się ze złożonością tego świata, lecz poszukują prostych formułek, które nade wszystko wskażą im, gdzie jest wróg, a gdzie przyjaciel, albo zachęcą do rewolucji. Tymczasem z pewnością nie potrzebujemy żadnej rewolucji - ani lewicowej, ani prawicowej. Rewolucja to bowiem gwałtowne i bezwzględne zerwanie z zasadami rządzącymi dotychczasowym światem, zerwanie politycznej i kulturowej ciągłości oraz próba budowy na gruzach starego czegoś zupełnie nowego. Ciekaw jestem bardzo, czymże owo zupełnie nowe miałoby być? Ustrojem rad robotniczo-chłopskich? Władzą partii zawodowych rewolucjonistów uświadamiających klasę robotniczą? Federacją komun anarchistycznych? Ustrojem całkowitej sprawiedliwości i równości? Dyktaturą proletariatu? Wszyscy, którym marzy się "rewolucja u bram" - zarówno ci stojący po lewej, jak i po prawej stronie (ta ostatnia też ma swoje wyśnione raje ustrojowe, jak na przykład państwo korporacyjne czy państwo wyznaniowe) - muszą na te pytania odpowiedzieć, jeśli nie chcą zostać potraktowani jak dzieci bawiące się zapałkami. Nade wszystko przestrzegałbym przed hurtowym odrzucaniem liberalizmu czy tym bardziej demokracji liberalnej, dopóki nie dysponuje się czymś naprawdę lepszym. A owo "coś" naprawdę trudno sobie wyobrazić.

Często szydzi się z Francisa Fukuyamy piszącego o końcu historii, traktując go jak naiwnego durnia, któremu ubzdurało się, że nic już w dziejach się nie zdarzy. Tymczasem Fukuyamie nie chodziło wcale o to, że dzieje zatrzymają swój bieg i utracą swą nieprzewidywalność, ale o to, że zachodnia kultura polityczna, po wiekach bolesnego procesu uczenia się, doszła do wniosku, że ustrój liberalno-demokratyczny jest najlepszy ze wszystkich dotąd znanych i nie sposób sobie wyobrazić lepszego. Mam wrażenie, że Fukuyama ma rację. I choć byłbym ostatnim, który przeciwstawiałby się radykalnym reformom, to jakoś nie mogę sobie wyobrazić, by mogły one wykroczyć poza ów liberalno-demokratyczny konsens, który tak bardzo nie podoba się Kindze Dunin (a po prawej stronie także nie budzi entuzjazmu, delikatnie rzecz ujmując). Słowem, opowiadam się za reformami, nawet radykalnymi, ale jednak reformami, nie zaś rewolucją. Reformę od rewolucji różni to, że nie jest ona próbą zniszczenia tego, co stare, i rozpoczęcia wszystkiego zupełnie od początku (wykreowania Nowego Społeczeństwa i Nowego Człowieka) na gruzach starego świata, ale raczej próbą dokonania częściowych, choć czasami radykalnych zmian przy zachowaniu tego, co na takie zachowanie zasługuje. Do takich reform namawiam. W tym też sensie uważam, że zamiast hurtowo odrzucać liberalizm czy kapitalizm, lepiej dążyć do ich detalicznej korekty, a stąd też zamiast szukać źródeł inspiracji u Lenina (czy Schmitta), lepiej szukać ich u takich umiarkowanych myślicieli lewicowych jak Jürgen Habermas, Michael Walzer, Richard Rorty, John Rawls, John Kenneth Galbraith, Gunnar Myrdal czy Jacques Maritain i Emmanuel Mounier (prawicy polecałbym nade wszystko lekturę Michaela Oakeshotta). Warto także sięgnąć do takich klasyków myśli liberalnej jak John Stuart Mill, Leonard Hobhouse czy T.H. Green, aby zrozumieć, że liberalizm nie musi mieć jedynie twarzy Miltona Friedmana czy Ludwiga von Misesa. Namawiam lewicę polską (a i prawicę też), by zamiast roić o rewolucji, zastanowiła się, jak uczynić Polskę państwem opiekuńczym w stylu skandynawskim. Śmiem twierdzić, że obecnie nic lepszego osiągnąć się nie da. Nade wszystko namawiam zaś do tego, by nie dać się nabrać na wizje życia heroicznego, zgodnie z którymi posiadanie jakiejś silnej tożsamości ma przesądzać o zerwaniu z "niepowagą liberalnego bytowania", w obrębie którego rzekomo nikt nikogo ani niczego nie bierze poważnie (jak twierdzi w cytowanej dyskusji Wojciech Kunicki). Jak bowiem pisze Michael Walzer, mój ulubiony lewicujący liberał wiecznie niezadowolony z liberalizmu: "Posiadanie przekonań jest rzeczą chwalebną, ale równie chwalebne jest nie być ich zbytnio pewnym. >>Bez entuzjazmu nie osiągnięto nigdy niczego wielkiego<< pisał Ralph Waldo Emerson. Stwierdzenie to da się zweryfikować empirycznie, a dowodów na jego słuszność jest bez liku. Niestety, prawdziwe jest również stwierdzenie - i równie wiele jest na nie dowodów - że niczego straszliwego nie dokonano nigdy bez entuzjazmu". Umiejętność dostrzeżenia różnych stron medalu, zdolność zachowywania sceptycznego dystansu, zdolność do krytyki, która nie pozwala przyjąć niczego na wiarę bez rozważenia za i przeciw - nie od dziś uchodzą w kulturze zachodniej (i nie tylko w niej) za cnotę. Bez nich łatwo popaść w coś, co Walzer nazywa "drobnomieszczaństwem życia intelektualnego". O ludziach nim dotkniętych pisze: "Wyuczyli się wiary, ale nie poznali sceptycyzmu. (...) brak im naturalnej skromności najlepszych, którzy w głębi duszy wyobrażają sobie, że mogą się mylić, i dzięki długiemu rozważaniu tej możliwości przyswoili sobie cnoty ambiwalencji i tolerancji" (por. M. Walzer, "Polityka i namiętność. O bardziej egalitarny liberalizm", Warszawa 2006, s. 168-174). Chwalę więc niewyraźnych, tych, którzy nauczyli się dzielić włos na czworo. Permanentne wątpliwości, jakie nimi rządzą, powodują, że dla śniących o "mocnej tożsamości" i "ostrej polityce" wydają się pozbawieni jakichkolwiek właściwości. Z pewnością nie nadają się za bardzo na polityków, ale też nikt na szczęście nie każe im nimi być. Gdy już jednak biorą się za politykę, są z reguły mniej niebezpieczni niż posiadający mocną tożsamość wyznawcy jakiejś wyraźnej doktryny. Szczególnie tej, która z utęsknieniem wygląda rewolucji u bram...

p

, ur. 1958, filozof, historyk idei, dyrektor Instytutu Filozofii UMK w Toruniu. Zajmuje się przede wszystkim filozofią współczesną oraz filozofią polityki. Jest autorem m.in. książek: "Krytyka, emancypacja, dialog. Jürgen Habermas w poszukiwaniu nowego paradygmatu teorii krytycznej" (1990), "Ironia i miłość. Neopragmatyzm Richarda Rorty'ego w kontekście sporu o postmodernizm" (1996), "Jednostka czy wspólnota? Spór liberałów z komunitarystami a >>sprawa polska<<" (2000), "Zniewalająca moc kultury" (2004), "E pluribus unum? Dylematy wielokulturowości i politycznej poprawności" (2004). Jego teksty kilkakrotnie publikowaliśmy na łamach "Europy" - ostatnio w nrze 30 z 26 lipca ub.r. ukazał się artykuł "Relatywizm i fundamentalizm".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj