Dziennik Gazeta Prawana logo

Mao zdemaskowany

5 listopada 2007, 12:11
Ten tekst przeczytasz w 19 minut

Alain Besancon omawia biografię Mao Tse-tunga "Mao. The Unknown Story" pióra Jung Chang - chińskiej dysydentki, dziś mieszkającej na Zachodzie - i brytyjskiego sinologa Jona Hallidaya. Wyłania się z niej przerażający obraz chińskiego przywódcy - urodzonego zbrodniarza, dla którego krwawa przemoc była najbardziej oczywistym sposobem politycznego działania. W zestawieniu z wielkimi tyranami XX wieku Mao zdaniem Besancona wypada najgorzej. Stworzył najbardziej okrutny totalitarny reżim, który najaktywniej wciągał własnych obywateli w dokonywane przez siebie zbrodnie: "Najbardziej uderzającym rysem maoizmu w porównaniu do nazizmu i leninizmu jest publiczny charakter zbrodni i powszechne uczestnictwo w niej >>ludu<<. Mao ofiarował społeczeństwu chińskiemu możliwość bycia - masowo, publicznie - kolejno katem i ofiarą. Dał zwierzęciu, które tkwi w każdym człowieku, możliwość wyjścia z ukrycia i niepohamowanego działania".

p

Chinka Jung Chang, zanim rozpoczęła studia anglistyczne na Uniwersytecie w Syczuanie, w wieku lat 14 wstąpiła do Czerwonej Gwardii, a następnie pracowała w polu i w fabryce. Opuściła Chiny w roku 1978 i uzyskała doktorat na Uniwersytecie w York. Jej mąż Jon Halliday, sinolog, był profesorem w King's College na Uniwersytecie Londyńskim. Razem opublikowali monumentalne dzieło "Mao. The Unknown Story" ("Mao. Nieznana historia").

Książka Chang i Hallidaya to biografia. Towarzyszymy Mao od samych narodzin w licznej rodzinie średniozamożnych chłopów, w której czuła matka kochała syna bezwarunkową miłością, a pełen oddania - choć znienawidzony - ojciec wypruwał sobie żyły, by swej latorośli dać choćby powierzchowne wykształcenie; aż po śmierć zniedołężniałego, ślepego i sparaliżowanego starca, który nadal pozostał niegodziwy, niebezpieczny, żądny zabijania i niszczenia ludzi.

Natura Mao jest do głębi zbrodnicza. Odkrył ją w sobie w 1926 roku podczas "inspekcji" we wsiach Hunanu. Tam objawiło się jego zamiłowanie do "krwawej brutalności i bliskiej sadyzmu instynktownej rozkoszy, jaką ta brutalność wywoływała. To zamiłowanie połączyło się ze skłonnością do leninowskiej przemocy. To jednak Mao był pierwszy. Nie nawrócił się na przemoc za sprawą żadnej teorii. Ta skłonność była emanacją jego głębokiej natury". Mściła się ona na jego bliskich, na żonach, konkubinach, dzieciach. Na starych towarzyszach - na Czou En-laju, którego Mao uprzednio zniszczył i który stał się jego niewolnikiem. Kiedy zachorował na raka, Mao - choć sam stary i chory - nie chciał, by Czou żył dłużej od niego, zabronił więc chirurgom wykonania operacji. Mściła się na towarzyszach walki - na armii, którą zniszczył, grzebiąc wiele tysięcy żołnierzy i oficerów, na partii i narodzie, którego około 10 proc., czyli 70 milionów ludzi, doprowadził do śmierci. Omawiane dzieło przedstawia zbrodniarza, który został tak wielkim tyranem, że nie wiadomo, do jakiej postaci z chińskiej historii można by go przyrównać (choć przecież istnieli chińscy cesarze słynący z okrucieństwa) ani do jakiej postaci z historii XX wieku.

Czy należy się pokusić o typologię czterech wielkich przywódców ideologicznych z czasów Mao? Lenin nie był osobiście zły, choć nie był także dobry. Jego system, jego utopia zawładnęły nim do tego stopnia, że był zdolny doprowadzić do niemal całkowitego zniszczenia własnego kraju.

Hitler to uboga, wybrakowana osobowość. On również był owładnięty diabolicznym pragnieniem doprowadzenia do końca swego szalonego projektu, który realizował w sposób konwulsyjny i przypadkowy. Nie wydaje się, by ten artysta nieudacznik miał temperament sadysty. Kochał swego psa, Evę, Himmlera, Speera... Stalin przypominał Mao. Obaj zresztą od razu należycie się ocenili. Stalin był bardziej "intelektualny" - seminarium w Tyflisie dało mu solidniejsze wykształcenie. Był prawdziwym marksistą w wersji leninowskiej. Wierzył w komunizm. Tak jak Mao miał wspaniały dar dochodzenia do władzy i trwania przy niej. Zachowywał pewną ostrożność. Nie rozumiał, dlaczego Hitler mógł zerwać tak korzystne i racjonalne przymierze - jego błąd polegał na tym, że uważał Hitlera za równie inteligentnego jak on sam. Posunął się daleko w zbrodni, ale nie jest pewne, czy był zdecydowany poświęcić połowę narodu rosyjskiego - chyba że w ostatnich latach swego życia rzeczywiście zastanawiał się nad nową czystką i III wojną światową. Niewątpliwie w Stalinie tkwi urodzony morderca, jest w nim rozkosz zabijania, upokarzania, łamania ludzi. Ale u Mao wszystko wydaje się powiększone, zwielokrotnione, niemal nieograniczone. Tym bardziej że - jeśli wierzyć naszym autorom - wydaje się niezbyt przesiąknięty ideologią. Nie czytał Marksa ani Lenina. Przyswoił sobie stalinowski katechizm, aby pisać eseje językiem betonu, jakim się wówczas posługiwano. Z czterech potworów Mao był prawdopodobnie najbardziej nieokrzesany, mimo że bardzo lubił czytać i pisać złe wiersze.

W sumie w każdym z tych liderów ideologia i zbrodnia tworzą inną kompozycję. Lenin jest czystym ideologiem. Hitler również, ale jego ideologia daleka jest od spójności, solidności i uniwersalności leninizmu. Stalin tworzy zrównoważoną kombinację przekonań ideologicznych i realizmu zbrodniarza. Jest sprytny i skryty, zdolny do racjonalnej oceny stosunku sił, zdaje sobie też sprawę, jak wygląda rzeczywistość. Leninowska wizja świata otumaniła go tylko połowicznie. Mao wydaje się troszczyć wyłącznie o władzę, poza nią nie ma żadnego celu. "Władza polityczna - tę dość napuszoną formułę wygłosił Lin Biao (który był przez długi czas jego wspólnikiem) - polega na ciemiężeniu innych". Dlaczego? W jakim celu? Nie jest to jasne. Aby Chiny były wielkie? Tak, ale wielkie tylko wielkością Mao. Czysta zbrodnia popada w końcu w ten sam nihilizm, co czysta ideologia.

Jak wiadomo, Długi Marsz [przemarsz komunistycznych oddziałów przez Chiny w latach 1934-35 - przyp. red.] jest tylko legendą. Czang Kaj-szek wyraził zgodę na tę podróż. Nie było żadnych walk, jeśli nie liczyć starć między frakcjami Czerwonej Armii, w których Mao za każdym razem zwyciężał i dokonywał eksterminacji przeciwników. W rzeczywistości nacjonalistyczny lider chciał zyskać władzę nad wszystkimi chińskimi prowincjami, a kontrolę nad wieloma z nich mieli wojskowi dowódcy. "Czang nie chciał otwarcie wystąpić przeciw dowódcom. Chciał pchnąć Czerwoną Armię do tych opornych prowincji i tak nastraszyć dowódców, by ci wpuścili jego własną armię, która wygoniłaby komunistów". Dobry przykład pokrętnej taktyki rodem z chińskiej tradycji spod znaku Sun Tsy. Historia wojny domowej w całości składa się z takich manewrów. Długi Marsz nie był heroicznym torowaniem sobie drogi, ale długą, ponurą wojną wewnętrzną, podczas której Mao ostatecznie objął absolutną władzę nad chińską Czerwoną Armią, aż nadto zdziesiątkowaną dzięki jego własnym staraniom.

Kiedy przy wydatnej pomocy Czanga Mao założył Yenan, swoje autonomiczne królestwo na peryferiach, wprowadził w nim rządy totalitarne; panujące tam okrucieństwo osiągnęło natężenie nieznane nawet w Rosji, antycypując okrucieństwa w Korei Północnej. Idealistycznie nastawionych komunistów, nacjonalistów, którzy przybywali tam, by wraz z Mao podjąć walkę z Japończykami, całymi tysiącami zabijano, torturowano, przekształcano w żywe roboty - wszystko to było prawdziwym zamiarem Mao. Nie było mowy o walce z Japończykami, chodziło jedynie o przygotowanie ataku na Czanga i o podbój Chin.

Uderzająca jest zasadnicza rola, jaką w chińskiej rewolucji odegrała sowiecka Rosja. Już w 1918 roku wysłała do Chin potężną misję kominternowskich bojowników, zawodowych szpiegów, doradców wojskowych, specjalistów w dziedzinie policji politycznej i organizatorów gułagów. Stalin i jego ekipa aż do końca wspierali Mao, choć zdawali sobie sprawę, że jest niesforny i że gotów ich zdradzić. Wiedzieli jednak, że jest najbardziej zdeterminowany, najbardziej bezwzględny i najokrutniejszy - uważali, że takiego właśnie człowieka potrzebuje chińska rewolucja. Póki żył Stalin, Mao w większym lub mniejszym stopniu realizował wytyczone przez niego cele. Moskwa usiłowała na przykład trzymać Japonię jak najdalej od własnej granicy. Japończycy parli naprzód w Chinach, ale nie mieli zamiaru kontrolować całego kraju, a Czangowi nie spieszyło się z wypowiadaniem im wojny. Trzeba było zadziwiającej prowokacji zorganizowanej w Szanghaju przez Mao, Sowietów i nacjonalistycznego generała, który był ich agentem, by wymusić w 1937 roku przystąpienie Chin do wojny. Stalin liczył, że Japonia ugrzęźnie w tej okrutnej wojnie i nie będzie już w stanie z nim walczyć. Mao marzył o tym, że podzieli się Chinami ze Stalinem, tak jak Stalin podzielił się właśnie Polską z Hitlerem.

Jedną z rewelacji omawianej książki jest ukazanie roli podwójnych agentów i wtyczek. Dowódca sztabu Chang Kaj-szeka był wtyczką, a cały jego wyższy personel wojskowy wręcz naszpikowany był uśpionymi lub aktywnymi agentami Mao. Nieliczni eksperci, na których opinii opierał się Zachód, chcąc uzyskać jakiś obraz wydarzeń w kraju tak trudnym do zrozumienia jak Chiny, zyskiwali niesłychane znaczenie - szczególnie wtedy, gdy siali dezinformację.

Generał Marshall - człowiek niewątpliwie wielki (czego dowiodła jego kariera) - został wysłany przez Trumana do Chin w 1945 roku, by uzyskać jasny obraz tego, co się tam działo. Nie dokonał on jednak żadnego wglądu w sytuację albo niczego nie zrozumiał. Nie pojął bliskich związków, jakie łączyły Mao z Sowietami. Kiedy Mao był już przyciśnięty do muru i miał zostać wyparty z Mandżurii, Marshall wymusił piętnastodniowe zawieszenie broni, uratował przegraną partię i sprawił, że Mao pozostał panem Mandżurii - która miała połączenie kolejowe ze Związkiem Sowieckim i mogła stamtąd otrzymywać tyle broni, ile dusza zapragnie. Jednocześnie Stalin "wypożyczył" Mao japońskich więźniów wojennych, którzy jako dowódcy z jego słabo wyszkolonymi oddziałami przeprowadzili ćwiczenia z nowoczesnej wojny. Truman z Marshallem za wszelką cenę pragnęli pojednania Chin Mao i Chin Czanga.

Mao wyemancypował się po podboju Chin i śmierci Stalina i próbował stanąć na czele międzynarodowego ruchu komunistycznego. Jednym z głównych punktów jego planu było zdobycie bomby atomowej. Udało mu się ją uzyskać od Malenkowa i Chruszczowa za pomocą dwóch zabiegów.

Najpierw kupił od ZSRR kolosalne dostawy płodów rolnych. Założenie "komun ludowych" zawsze i wszędzie jest częścią komunistycznego programu. Władza nie może nie kontrolować chłopów, nie może im pozostawić nawet najmniejszej autonomii. Jednak w Chinach tworzenie komun posłużyło również odebraniu chłopom środków do życia. W ten sposób Mao wywołał największy głód w historii świata: jego ofiarą padło 38 milionów ludzi. Był tego doskonale świadom i nie dostrzegał w tym katastrofy, lecz cenę, jaką należało zapłacić, by osiągnąć cel, który był jej wart. Autorzy omawianej książki zauważają, że ofiarami chińskiej bomby atomowej padło tyle ludzi, ile w normalnej wojnie atomowej - na której wywołanie Mao był zresztą gotowy. Ponieważ ogłosił, że się przed nią nie cofnie, że gotów jest poświęcić nie 38, lecz 300 milionów ludzi, mógł wprowadzić w życie swój sprytny plan i zdobyć w końcu technologię, której tak bardzo pragnął. Manewr polegał na wmówieniu wszystkim, że rozpęta wojnę światową o Tajwan. Poczynił przygotowania i rozpoczął trwające dzień i noc bombardowania Xiamen i Kinmen. Potem oznajmił przerażonym wizją powszechnego konfliktu Sowietom, że Chiny same zajmą się wojną, ale że zwolniony z sojuszu ZSRR musi dostarczyć środków koniecznych do jej prowadzenia: czyli bomby i właściwej technologii wojskowej. Plan się powiódł.

Nie było łatwo zmylić Sowietów, którzy wiedzieli, czego się spodziewać po Chinach, znali komunistyczne metody i znali Mao. O ileż łatwiej było oszukać naiwny Zachód! Gorąco polecam opisy spotkań Kissingera, Nixona, Czou En-laja i Mao. Nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać. Biedny Kissinger, pogrążony w metternichowskich marzeniach o równowadze mocarstw, poniósł porażkę w starciu z Mao, tak jak poniósł porażkę w starciu z Breżniewem. Ofiarowywał mu gratis coraz to nowe prezenty, w nadziei, że podzieli oba od dawna już podzielone imperia. Czou En-laj kazał sobie jeszcze płacić za przyjmowanie Amerykanów.

Nasz zachodni świat ukształtowany jest przez dyscyplinę przysięgi, której nie można bezkarnie pogwałcić, oraz kontraktu, którego należy dotrzymać. Często więc popada w zakłopotanie przy okazji w kontaktów z Rosją, Bliskim Wschodem czy Chinami. To kraje, gdzie w kłamstwo wkłada się całą duszę, gdzie stanowi ono podstawową formę kontaktu, sposób na uzyskanie wstępnej przewagi nad partnerem, gdzie kultywowane jest jako sztuka; gdzie staje się doskonałe w momencie, kiedy nie jest już nawet przeciwieństwem prawdy, lecz prawdą - równie szczerą co ta druga, właściwa. Charakterystyczna dla komunistycznego systemu "ontologiczna" dwulicowość wynosi na wyżyny tę starożytną wirtuozerię w stosowaniu oszukańczych metod, nadaje jej dodatkowy szlif. Staje się ona czymś w rodzaju upojnego sportu. Przywołuję tu okoliczności łagodzące, by nie oceniać zbyt surowo tych spotkań, które nie różnią się w sposób zasadniczy od spotkań Stalina z Churchillem, Rooseveltem i de Gaullem. Zachodnia dyplomacja mogłaby jednak poczynić jakieś postępy. Czy od tamtej pory rzeczywiście jakieś poczyniła?

Według naszych autorów Mao doprowadził do egzekucji 28 milionów Chińczyków. Te masowe egzekucje były rutyną przez cały czas jego panowania, z kilkoma okresami szczytowego nasilenia - jak ten po podboju Chin (kiedy chodziło o natychmiastową likwidację nieomal całej dawnej elity intelektualnej i gospodarczej) czy później w czasie absurdalnego Wielkiego Skoku i rewolucji kulturalnej. Dodać należy, że większość egzekucji poprzedzały straszliwe tortury; a przede wszystkim, że egzekucje były publiczne. Tu ponownie trzeba dokonać porównania z nazizmem i sowieckim komunizmem. Widać bowiem pewien postęp.

Jednym z rezultatów czy też - należałoby raczej powiedzieć - jednym ze środków działania wszystkich trzech reżimów oraz ich wspólnym metafizycznym celem było wydobycie z człowieka tego, co w nim najgorsze. Przekształcenie go w potwora. To zadanie nie powiodło się Hitlerowi w takim stopniu, w jakim by sobie życzył. Utworzył on armię ludzi przenikniętych moralnością, którą im wpajał, ale armia ta miała jednak ograniczoną wielkość: SS, Einsatzgruppen, część Wehrmachtu na froncie wschodnim... Jej ofiary najczęściej nie należały do narodu niemieckiego albo uważano je za nienależące w ogóle do rodzaju ludzkiego. Masakr dokonywano poza granicami kraju, okrywała je pewna tajemnica. Naród niemiecki - uległy, bierny, zmuszony do milczenia - nie był skłaniany do aktywnego uczestnictwa w nich. Kiedy strach minął, społeczeństwo powróciło do normalnego życia. W swej masie nie zostało zdeprawowane.

Reżim sowiecki próbował wzywać społeczeństwo do uczestnictwa w swych morderczych działaniach, i często mu się to udawało. Były oczywiście "tygodnie nienawiści", entuzjastyczne spotkania w fabrykach, wsiach i biurach, podczas których wyklinano wrogów ludu. Jednak egzekucje odbywały się na terenie zamkniętym, organizacja Gułagu nie była publicznie znana, większość obozów znajdowała się na drugim krańcu imperium - szczególnie te, które były obozami powolnej śmierci. W sowieckim obozie kończyło się komunistyczne wychowanie. Częściowe uczestnictwo zatruło jednak liczne dusze. W przeciwieństwie do tego, co działo się w Niemczech, po upadku reżimu hańba nie została w pełni wyartykułowana. Została wyparta w ten sam sposób, w jaki uśpiono pamięć. Była zbyt trudna do zniesienia. Moralne zniszczenia są zawsze bardziej długotrwałe.

Chiński Laogai z pewnością dorównuje sowieckiemu Gułagowi, jednak sytuację pogarsza fakt, że jest on szkołą, w której edukacja nigdy się nie kończy. Najbardziej uderzającym rysem maoizmu w porównaniu do nazizmu i leninizmu jest publiczny charakter zbrodni i powszechne uczestnictwo w niej "ludu". Uczestnictwo przymusowe? Bez wątpienia, ale nie tylko. Miejmy odwagę to przyznać: Mao ofiarował społeczeństwu chińskiemu możliwość bycia - masowo, publicznie - kolejno katem i ofiarą. Dał zwierzęciu, które tkwi w każdym człowieku, możliwość wyjścia z ukrycia i niepohamowanego działania. Kaskadowe czystki dawały rozkosz torturowania, długiego upokarzania tych, którzy wcześniej sami upokarzali i torturowali.

Nie chciałbym spekulować, bo nie mam wystarczającej wiedzy. Czasem wydaje mi się, że wspólna moralność (grecko-rzymska, chrześcijańska, postchrześcijańska) została w Europie i w Rosji przyswojona jako wewnętrzny, trwały kościec. Tymczasem tradycja konfucjańska przypomina raczej czysto zewnętrzny pancerz. Po rozbiciu tej zewnętrznej skorupy całe zło, do jakiego zdolny jest człowiek, wychodzi na zewnątrz, a jego działanie nie napotyka żadnych przeszkód. Byłbym szczęśliwy, gdyby jakiś znawca Chin oświecił mnie w tym temacie i zaprzeczył moim domysłom.

Po uważnej lekturze 800 stron poświęconych zbrodniczym intrygom, przebiegłym zabiegom (skutecznym lub nie) i okrucieństwom drobiazgowo opisanym przez Chang i Hallidaya, odczuwa się coś w rodzaju kaca. Przez całe lata czytałem literaturę na temat komunizmu, ale nigdy nie spotkałem niczego podobnego. Ta książka zmienia całościowy ogląd komunizmu jako zjawiska. Środek ciężkości tego zjawiska ulega przemieszczeniu. Zmienia się też jego skala. Komunizm w stanie czystym należy badać na Wschodzie - w Chinach, w Korei, w Kambodży. Po zamknięciu książki nie można nie zastanowić się nad przyszłością Chin. Na Zachodzie panuje w tej kwestii optymizm. Rzeczywiście wydaje się, że gospodarcza dynamika tego kraju jest zjawiskiem rzadkim w historii, może nawet niepowtarzalnym. Wydaje się również, że ahistoryczny charakter chińskiej myśli w porównaniu z zachodnim historyzmem sprzyja wymazywaniu przeszłości. Idealna chińska harmonia często była zakłócana katastrofami o rozmiarach nieznanych na Zachodzie. Przejście od dynastii Tang do dynastii Sung w X wieku sprawiło, że populacja zmniejszyła się o połowę. Powstanie tajpingów w XIX wieku mogło bezpośrednio lub pośrednio (głody, epidemie...) spowodować taką samą liczbę ofiar, co czasy panowania Mao. Jednak w Chinach te katastrofy postrzegane są raczej jak zmienna pogoda, nie jak historia. Harmonia została zburzona, ale powróciła - jak po powodzi czy trzęsieniu ziemi. Takie jest hasło obecnego rządu. Na dodatek ściśle kontroluje on wiedzę na temat historii.

Nie potrafię sobie jednak wyobrazić, w jaki sposób ta przerażająca przeszłość mogłaby nie pozostawić trwałych śladów. Mao sprawił, że w niewiarygodnych męczarniach zginęła jedna dziesiąta ludności Chin. To w przybliżeniu ten sam odsetek co w ZSRR. Co prawda naród ten charakteryzuje "odporność", do jakiej nasze europejskie rasy nie byłyby chyba zdolne. Chińczyk, zanim umrze z głodu, zjada liście z drzew, insekty, gryzonie, robactwo. Europejczycy już dużo wcześniej daliby się pogrzebać. Za panowania Mao Chińczycy nie przestali się rozwijać i rodzić dzieci - to tajemnica, którą należałoby wyjaśnić. Jednak ta wielka i świetna cywilizacja straciła częściowo swoje tradycje, swoje wartości i struktury, swoje pomniki i zabytki. Rodzina, podstawowa komórka chińskiego społeczeństwa, została zniszczona. Dobiła ją polityka demograficzna z okresu postmaoistowskiego. Rodzice nie cieszą się szacunkiem, jeśli nie mają dzieci. Świadectwa podróżników czy chrześcijańskich misjonarzy przedstawiają mi obraz społeczeństwa bez czci i wiary. Ostatnie spoiwo społeczeństwa stanowi nacjonalizm. Dlatego też fiksacja, której obiektem jest odzyskanie Tajwanu, pozostaje tak użyteczna: spaja naród wokół pewnego projektu. Ale czy należy sądzić, że w bliskiej przyszłości kraj ten stanie się demokratyczny lub że powstaną choćby jakieś zaczątki państwa prawa? Nie wiem, ale omawiana tu książka nie skłania do optymizmu. Tak wielkie zadane i przeżyte cierpienia popychają ku powszechnej niegodziwości. W połączeniu z potęgą ekonomiczną, techniczną i wojskową nie wróży to nic dobrego.

p

, ur. 1932, filozof, historyk idei, politolog. Członek Institut de France i profesor paryskiej École de Hautes Études en Sciences Sociales. Jeden z najważniejszych francuskich znawców historii Rosji i ZSRR - w latach 80. wiele jego prac sowietologicznych (m.in. "Krótki kurs sowietologii", "Anatomia widma") wydano w Polsce poza zasięgiem cenzury. Zajmuje się także historią religii - opublikował na ten temat m.in. "L'image interdite (1994) oraz "Trois tentations dans l'eglise" (1996). Ostatnio ukazał się w Polsce dwutomowy zbiór jego esejów "Świadek wieku" (2006). Alain Besan?on gościł na łamach "Europy" od samego początku jej istnienia; ostatnio w nrze 50 z 16 grudnia ub.r. opublikowaliśmy wywiad z nim "Polska mogła osiągnąć więcej".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj