Książka Rymkiewicza proponuje konsekwentną "do granic obsesji" refleksję o niemożliwości politycznego liberalizmu w Polsce - twierdzi Cezary Michalski. Dla autora "Wieszania" Polska to kraj od wieków pozbawiony suwerenności, zamieszkany przez naród niemogący zyskać prawdziwie podmiotowego charakteru. Taki kraj może albo stać się "podziemną organizacją, zarządzaną przez małe jakobińskie >>kierownictwo<<, albo rozpłynąć się w apolityczności". Czy Polskę czeka taki właśnie los?
p
"
Rewolucja w Polsce? To brzmi jak oksymoron. Rewolucyjna przemoc, wewnętrzny konflikt podkreślający różnicę społecznych interesów w kraju, którego królową jest Matka Boska, a królem Chrystus? Gdzie wszystkie rewolucje trzeba było przywozić z zewnątrz - nawet tę niepodległościową, której dokonał Józef Piłsudski uwolniony przez niemiecką rewolucję z niemieckiego więzienia i jadący do Warszawy niemieckim pociągiem, jak jakiś Lenin... W kraju nieskalanym ponoć przez bratobójczą przemoc? W kraju od jakichś 300 lat nieskalanym nawet przez świadomą politykę i przez podmiotowe uczestnictwo w historii? A jednak właśnie rewolucję w Polsce uczynił Jarosław Marek Rymkiewicz tematem swojej najnowszej książki zatytułowanej "Wieszanie" i będącej kontynuacją jego kolejnych "Encyklopedii", najważniejszych książek o naturze Polaków i polskich elit, jakie ukazały się w ciągu ostatniej dekady. To symptomatyczne, że w kraju zamieszkiwanym przez tuziny historyków idei, filozofów politycznych, socjologów i politologów jedyną ważną książkę o naturze politycznej Polaków napisał poeta i historyk literatury. Widać klątwa (i zarazem szansa) literaturocentryzmu, przygniatająca nas od czasów romantyzmu, wciąż nie przestała obowiązywać.
Książka stawia podstawowe pytanie odnośnie politycznej natury Polaków. Powtarzane już przez Marksa i Engelsa, których trapiło ono z racji lektury Hegla i dość wyrywkowej znajomości polskiej historii: czy Polacy są narodem historycznym? Innymi słowy, czy przetrwamy jako naród, czy zasłużyliśmy na takie przetrwanie. Pytanie to w Polsce powtarzał Mochnacki, a później także Brzozowski, którego Rymkiewicz tak bardzo kiedyś nie lubił. Dziś powraca ono przy okazji globalizacji, którą przeżyją wyłącznie narody historyczne.
Rymkiewicz stawia kategoryczną tezę - nawet jeśli w jego stylistyce jest ona ukryta pod postacią nieustannie powracającego pytania - że Polska mogłaby stać się narodem historycznym wyłącznie za cenę utraty niewinności, za cenę królobójstwa dokonanego na Stanisławie Auguście Poniatowskim, tym - jak go nazwał ks. Kitowicz - "śmierdziuchu bezwstydnym", który na powieszenie zdaniem Rymkiewicza najzupełniej zasługiwał. Obecność w historii powszechnej Anglików zagwarantowała im Chwalebna Rewolucja, Francuzów - Rewolucja 1789 roku. W insurekcji kościuszkowskiej Polacy tylko się o taką możliwość otarli, a Rymkiewicz po swojemu tłumaczy, dlaczego rewolucji jednak nie zrobili. Zdaniem części polskich konserwatystów - tych najmniej refleksyjnych - a także niektórych najbardziej nieporadnie politykujących polskich katolików, Polacy zasłużyli na obecność w historii poprzez swoją niewinność, antypolityczność. Rymkiewicz szydzi z tej tezy bezlitośnie. Pokazuje jej początki - u Wybickiego, który, wspominając wieszanie zdrajców z 28 czerwca 1794 roku, napisze, że ten dzień "rzucił pierwszą plamę na odwieczną czystość narodowego charakteru". Ale Rymkiewicz musi też pamiętać, że w całej okazałości owa teza ujawni się w romantyzmie, w monstrualnym Mickiewiczowskim obrazie Polski jako Chrystusa narodów. Teza fałszywa, bo zdejmująca z Polaków ciężar podmiotowości. My nie jesteśmy podmiotowi. My nawet nie myślimy. Nie wolno nas o takie "francuskie bezeceństwa" oskarżać. O grzech artykulacji, celowego działania, zajmowania stanowisk ideowych w sporze o kształt Polski albo o jej bezkształt. Rzecz jednak w tym, że takich świętoszków, takie niewiniątka i tak zmiażdżą narody, których elity odważyły się wystarczająco wcześnie i wystarczająco precyzyjnie spierać o idee.
Rymkiewicz porzuca tezę o niewinności Polaków jako naszej przepustce do historii. Stawia zupełnie inną tezę - że ową przepustką mogło się stać królobójstwo. Mogła nim być prawdziwa polska rewolucja, podobna do rewolucji francuskiej. Mogła, ale się nie stała. Opisane przez niego wieszanie zdrajców w czasie insurekcji kościuszkowskiej to akcja pełna hipokryzji, niepotrafiąca z siebie samej wyciągnąć politycznych czy filozoficznych wniosków. Zaczynająca się i kończąca na rewolucyjnej piosence: "My krakowiacy nosiem guz u pasa, powiesim sobie króla i prymasa". Rymkiewicz, znający doskonale naturę "krakowiaków" i ich zerową - jeśli nie liczyć mieszkańców Nowej Huty i paru studentów - skłonność do radykalnych działań politycznych, wie, czemu akurat w Krakowie nikogo podczas insurekcji nie powieszono.
Książka Rymkiewicza jest rzetelnie udokumentowaną, konsekwentną do granic obsesji, refleksją o niemożliwości politycznego liberalizmu w kraju od wieków pozbawionym suwerenności, w narodzie od wieków niepodmiotowym. Taki kraj może albo stać się podziemną organizacją, zarządzaną przez małe jakobińskie "kierownictwo", albo rozpłynąć się w apolityczności. Spośród rządzących Polską książkę Rymkiewicza zrozumieją Jarosław Kaczyński i Ludwik Dorn, choć drżę (z lęku, ale i z ciekawości) na myśl, jaki morał z niej mogą wyciągnąć. Z opozycjonistów pojmie ją Jan Rokita, który bezskutecznie domagał się przed rokiem sojuszu "sarmatów i reformatorów" oraz wzywał do upolitycznienia polskiego liberalizmu. Odrzuci wnioski Rymkiewicza Donald Tusk, który - jak sądzę - już u progu swej kariery politycznej świadomie wybrał liberalizm - szczególnie liberalizm ekonomiczny - jako substytut antypolityczności. I konsekwentnie się tej linii trzyma, uważając (być może nie bez racji), że Polacy jako naród wcale się do ryzykownej podmiotowej polityki nie garną. Po stronie starej lewicy zrozumie Rymkiewicza Leszek Miller. W środowisku "Krytyki Politycznej" - co najwyżej Sławomir Sierakowski. Bo już jego autorzy zadowalają się wyłącznie teoretycznymi brzękadełkami, jałowymi świecidełkami w rodzaju Z.iz.ka, zaangażowanej politycznie postmoderny czy teoretycznego feminizmu. Nie wiedzą, że prawdziwa rewolucja - i ta Wielka Francuska, i ta niedoszła, niemożliwa rewolucja polska, to nie skomplikowana teoria, ale chytrość rozumu przejawiająca się w nieartykułowanym wyciu tłumu pragnącego na ślepo zrealizować swoje najbardziej konkretne interesy, emocjonalne i ekonomiczne. I to właśnie taki nieartykułowany gniew tłumu poszukuje liderów i języka, bo bez nich pozostanie wyłącznie tumultem i nigdy nie stanie się rewolucją. Rymkiewicz, kiedy chce znaleźć autentyczny głos niedoszłej Kołłątajowskiej rewolucji, odnajduje go u pewnego "konowała, specjalisty od kastrowania koni", który wieszając zdrajców 28 czerwca, prawdopodobnie pijany, tłukł połamanymi pałeczkami w bęben wyrwany z rąk królewskiego dobosza i wył spod szubienicy do tłumu pieśń, z której potomni zapamiętali jedynie słowa "Dalej, wiara! Dalej! dalej!". Biorąc pod uwagę okoliczności, w jakich wykonywano tę pieśń, jest ona bez porównania bardziej rewolucyjna niż Z.iz.ek, Agamben i Laclau czytani na uniwersyteckich kampusach.
Mnie osobiście książka Rymkiewicza pomaga także zrozumieć dzisiejszy konflikt o stanowiska dla Polaków we władzach Unii Europejskiej. Albo chcemy dla reprezentanta Polski stanowiska szefa komisji spraw zagranicznych, bo chcemy współkształtować politykę Unii, albo zadowalamy się stanowiskami, które pozwolą nam dzielić unijny budżet, a władzę nad Europą - w zakresie polityki międzynarodowej, obronnej itp. - pozostawiamy narodom naprawdę historycznym.
Książka Rymkiewicza drażni mnie i podnieca właśnie dlatego, że mimo wszystko jestem liberałem - nawet jeśli z mocnym republikańskim wkładem. Nie chcę Polski jako podziemnej organizacji, rządzonej metodami stanu wyjątkowego przez jakobińskich spiskowców. Nie ufam Polsce, która zamiast na prawie i instytucjach opierać się będzie na dobrej woli charyzmatycznego przywódcy. Ale nie chcę też rozpłynięcia się Polski w antypolitycznej radości z europejskiej jałmużny. I właśnie dlatego lektura Rymkiewicza nastraja mnie pesymistycznie, wręcz katastroficznie. Autor "Wieszania" pokazuje Polskę jako bez końca wzniecaną i upadającą insurekcję albo jako trwający o wiele dłużej martwy spokój gwarantowany przez własne elity sprzymierzone z obcymi mocarstwami. Miejsca na Polskę zarazem polityczną i liberalną w portrecie Rymkiewicza po prostu nie ma. A jest to portret przerażająco realistyczny; portret, który powinien się stać tematem wielkiej debaty świadomych polskich elit, gdyby takie elity w dzisiejszej Polsce istniały. Ale ponieważ trudno je znaleźć, książka Rymkiewicza pozostanie nieprzeczytana i nieprzemyślana. Nawet nie zostanie poddana krytyce. Albo też będzie z niej zrobiony użytek najgłupszy. Koledzy Rymkiewicza z Instytutu Badań Literackich, powiedzmy Marek Zalewski albo Michał Głowiński (autor genialnej książki "Czarne sezony", zupełnie jednak bezradny w swoich komentarzach na temat bieżącej polityki), zaczną się na łamach "Gazety Wyborczej" rytualnie przerażać jego radykalizmem. On sam, znając niechęć swoich kolegów i koleżanek do myślenia politycznego, świadomie ich w swojej książce prowokuje. Przenosi obrazy wieszania z XVIII wieku w warszawskie pejzaże wieku XXI. Każe swoim polemistom z IBL-u obserwować tłum stawiający szubienice naprzeciwko okien IBL-owskiej czytelni.
Rymkiewicz wie doskonale, że polska inteligencja jest przygotowana wyłącznie na prowokacje, lubi wtedy wydawać swoje chóralne ochy i achy. Ale nie jest przygotowana na myślenie. Rymkiewicz nawet na to nie liczy. A może byśmy go zaskoczyli? Może byśmy przeczytali i przemyśleli jego książkę? Ważniejszego tematu do dyskusji współczesna polska inteligencja na pewno nie stworzy. Nie tylko "wykształciuchy", ale także dumna, zaangażowana inteligencja IV RP w uporządkowanej artykulacji jakoś za bardzo nie gustuje. Chętniej wybiera pokrzykiwanie "Dalej, wiara! Dalej! Dalej!", które bardziej przecież przystoi końskim konowałom czy szewskim czeladnikom. Nie wiemy, czy nawet na słynnych spotkaniach w Lucieniu jest pod tym względem lepiej.
Może więc skorzystamy z pretekstu, jaki dał nam Rymkiewicz. Spróbujmy na przykład znaleźć argumenty, które pozwolą nam odrzucić jego tezę, że tylko rewolucja mogła uczynić z Polaków naród historyczny, ocalić naszą suwerenność i godność. Rewolucja to rzecz zbyt dla narodu kosztowna, byśmy mogli bez walki, bez podjęcia intelektualnego wysiłku, zgodzić się po prostu z tezą Rymkiewicza: że albo będziemy mieli Polskę jakobińską, Polskę w formie podziemnej organizacji, albo nie będziemy mieli jej wcale. By Rymkiewicza przekonać, na pewno nie wystarczą świadomie cyniczne - czyli polityczne - argumenty Michnika o konieczności spacyfikowania krwiożerczego polskiego "ciemnogrodu" (ironista Rymkiewicz złośliwie cytuje sformułowanie Kołłątaja, że "lud ten (polski) dobry jest", w której to formule pobrzmiewa pogarda Bertolta Brechta wobec "dobrych ludzi", którzy nie zasługują na uczestnictwo w historii, bo wybrali antypolityczną niewinność). Po przeczytaniu Rymkiewicza nie będziemy też mogli dalej powielać bredni niektórych polskich katolików, co właśnie w narodowej nieudolności widzieli przepustkę Polaków-wiecznych ofiar do historii powszechnej.
Jeśli chcemy stawić czoła bezlitosnej logice Rymkiewicza, musimy zdobyć się na poważniejszy intelektualny wysiłek. Zapraszam do niego, wręcz wzywam, polską inteligencję. Szczególnie tę liberalną: Marcina Króla, Aleksandra Smolara, Pawła Śpiewaka, Ireneusza Krzemińskiego..., ale także tę solidarną, o ile jeszcze do końca nie obraziła się na liberalizm. Jeszcze jeden wysiłek, Obywatele - tym razem intelektualny! Przekonajcie nas, że jest możliwa (choćby teoretycznie...) Polska jednocześnie i polityczna, i liberalna.