Dziennik Gazeta Prawana logo

"Tony stali leżały na ludziach"

12 października 2007, 15:19
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Od tragedii w zawalonej hali MTK mija rok. Bliscy ofiar i ratownicy wciąż pamiętają tych, którzy zginęli, gdy podczas wystawy gołębi runął dach katowickiej hali. "Masa ludzi pokrwawionych, panika. To zostanie w człowieku do końca" - opowiada jeden z uczestników akcji ratunkowej.

W tragedii zginęło 65 odwiedzających wystawę, a ponad 140 zostało rannych. Wśród zabitych było dwóch synów pani Heleny Malcher. Jeden miał 51 lat, drugi 37. Trzeci syn kobiety - pielęgniarz - ratował ofiary. Gdy tylko usłyszała, że runął dach hali, zamarła. I "jako matka poczuła", że jej dzieci nie wrócą.

Pani Helena dokładnie pamięta poranek tego dnia, gdy synowie szykowali się w pośpiechu na wystawę. "Chłopcy, wy byście za te gołębie życie oddali, mówiłam. I te słowa się wypełniły" - ze łzami w oczach wspomina Helena Malcher. Dziś żałuje, że je wtedy tak powiedziała. Choć wychowała 12 dzieci, od chwili gdy straciła synów czuje jakby jej ktoś odrąbał dwa palce.

Tragedia targów katowickich to również dramat ratowników, którzy uczestniczyli w akcji wyciągania ofiar. Gdy przyjechali na miejsce ogarnęło ich przerażenie. "Do końca życia zostanie mi w pamięci ciemność, krzyki ludzi, latające ptaki i straszna bezsilność wobec mrozu i ton stali leżących bardzo często na ludziach, których wydobycie było po prostu fizycznie niemożliwe" - wyznaje naczelnik jurajskiej grupy GOPR-u Piotr van der Coghen

Dramat wyrył swoje piętno i na innym ratowniku. "Masa ludzi pokrwawionych, panika. Przeraziło mnie najbardziej to, że tam zginęła masa niewinnych ludzi" - wspomina ratownik górniczy Jan Jafernik. Uratował wtedy z kolegami cztery osoby. I wyciągnął 14 ciał.

Choć wcześniej brał udział w akcjach ratowniczych podczas wypadków w kopalniach, tej katastrofy nie zapomni do końca życia. "Na kopalni jest czas, żeby oswoić się z tragedią, bo trzeba dojść w zagrożony rejon. Tutaj w ciągu kilku minut ratownicy zderzyli się z dramatem" - opowiada.

Ogromnie poruszył pana Jana również pierwszy poranek po tragedii. Gdy razem z kolegami nasłuchiwali, czy z ruin ktoś nie woła pomocy. Wtedy zapiał kogut. "Wielu ratowników się rozpłakało. Jakby ten kogut dał sygnał: tu już nie ma życia" - mówi wzruszony. I, jak przyznaje, te wspomnienia już go nie opuszczą. Gdy przejeżdża obok miejsca tragedii mimowolnie odwraca głowę.

Dziś bliscy i ratownicy uczcili pamięć ofiar tragedii podczas mszy świętej. Poświęcono także miejsce tragedii, w przyszłości stanie tam pomnik w hołdzie zabitym.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj