Dziennik Gazeta Prawana logo

Zaproszenie dla diabła

5 listopada 2007, 12:11
Ten tekst przeczytasz w 25 minut

Jerzy Sosnowski, czytając "Wojnę pokoleń", zwraca uwagę na faktyczną płytkość ideowego zaangażowania, którą owo pokolenie wykazało. Spoza artystycznych prowokacji i konserwatywnych zwrotów w kierunku religii wkrótce zaczęła wyzierać banalna chęć zdobycia władzy czy hegemonii w intelektualnym dyskursie. "Autorzy zaproszeni do opublikowania tekstów w >>Wojnie pokoleń<< wyznają to z zaskakującą szczerością. Konserwatyzm przedstawiają jako sztandar, pod którym zamierzali >>zabić ojca<< (najdobitniejszym chyba wyrazem tej chęci była pogróżka, rzucona pod koniec lat 90. przez Roberta Tekielego: >>To my będziemy pisać encyklopedie<<). Zostać konserwatystą znaczyło: uchwycić wolną >>komórkę do wynajęcia<<, a mówiąc językiem marketingu: przeprowadzić błyskotliwe >>pozycjonowanie<<".

p

Kiedy historyk literatury napotyka słowo "pokolenie", pyta o funkcję, w jakiej użyto tego terminu. Nie wyklucza, że ma do czynienia z próbą opisu post factum, rodzajem nałożenia na zastaną rzeczywistość społeczną porządkującej siatki w celach li tylko poznawczych. Bardziej prawdopodobna wydaje mu się jednak inna motywacja: chodzi nie tyle o to, by opisać przeszłość, ile by oddziałać na teraźniejszość.

Klasycznym przykładem tego pierwszego użycia słowa jest "pokolenie Kolumbów". Przykładów na użycie drugie mamy bez liku, a najbardziej pouczający pod tym względem był może okres lat 70., gdy krytyka co chwila kreowała nowe "pokolenie", starając się ukryć tą nadprodukcją "pokoleń" nieobecność w oficjalnym obiegu ostatniego bezdyskusyjnie wielkiego pokolenia literackiego PRL - "pokolenia '68".

Te właśnie kompromitujące sam termin praktyki krępowały nas trochę, gdy w latach 90. znalazłem się w kręgu krytyków towarzyszących "tak zwanemu pokoleniu >>brulionu<<". Wyrażenie "tak zwane" stanowiło sygnał, że w naszej rewolcie używamy narzędzia mocno stępionego i merytorycznie wątpliwego. Zwłaszcza że nie o prostą konkurencję roczników starszych i młodszych nam szło, choć ona też miała miejsce. Konflikty metrykalne były jednak wtórne wobec głębokiego sporu kulturowego. Postrzegałem go w ten sposób (choć precyzyjnie wyartykułować umiem to chyba dopiero dziś): zdjęcie z polskiego życia blokad cenzuralnych i politycznych prowokowało do działań w dwóch odmiennych kierunkach. Pierwszy polegał na uznaniu, że zasadniczą kwestią jest naprawienie szkód, które poczynił w narodowej świadomości komunizm, to znaczy przede wszystkim upowszechnienie idei, dzieł i hierarchii dokonań, które nie wydostały się poza wąski krąg odbiorców drugiego obiegu i piśmiennictwa emigracyjnego. Zakładał zatem, że kultura stanowi zastany i zarazem słabo rozpoznany przez ogół świat, którego aksjologicznej skuteczności dowodził fakt, iż ludzie obcujący z nim nie ulegli zsowietyzowaniu. W tym świetle nowe idee i nowe teksty sugerujące konieczność restrukturyzacji, a niekiedy wręcz zmiany pola kulturowego jeszcze przed skutecznym upowszechnieniem wiedzy o nim, traktowane były jako zawiązki rozkładu i chaosu.

Drugi kierunek wynikał z rozpoznania faktu, że w okresie zamrożenia kultury polskiej zachodni krąg cywilizacyjny stanął przed nieznanymi nam wyzwaniami - przez co szlachetne i nieraz znakomite dokonania rodzime skażone zostały (cóż z tego, że niesprawiedliwie) piętnem anachronizmu. Kultura widziana była w tej perspektywie jako całość dynamiczna, której żywotność zapewni przede wszystkim rewizja pojęć i wartości ukształtowanych w minionej epoce. Nie chodziło o "oddanie sprawiedliwości" twórcom, dzięki którym cieszyliśmy się z wolności, ale o bezczelne ponowienie ich gestu, czyli zadanie poważnych pytań w nowych warunkach historycznych. Nie o spopularyzowanie gotowej mapy pojęć i wartości, ale o próbę wyrysowania nowej.

Dodatkowe okoliczności zaostrzały spór tych dwóch koncepcji. Po pierwsze, pojawił się kontekst rynkowy. Publiczność zachłysnęła się tłumaczeniami trzeciorzędnej literatury Zachodu, a nie wybitnymi (lub tylko zacnymi) dziełami, wydobytymi z wydań podziemnych i emigracyjnych. Sytuacja rysowała się tak dramatycznie, że Kinga Dunin pytała zupełnie serio: "Literatura polska czy literatura w Polsce?". Upieram się, że wybór, jaki proponowała: ">>Janko Muzykant<< czy Ursula K. Le Guin" był wyostrzony poza granice absurdu, ale zagrożenie polegające na tym, że znajomość polskiej literatury zaniknie za sprawą niedopasowania rodzimej klasyki literackiej (również tej nowszej niż nowela Sienkiewicza) do wyzwań ponowoczesności, przedstawione było trafnie. Odpowiedzią miało być w moim przekonaniu właśnie forsowne popularyzowanie literatury naszych rówieśników.

Po drugie, problem, którego chyba wówczas nie doceniliśmy - być może dlatego, że nie widzieliśmy go od zewnątrz, ale sami byliśmy jego nosicielami - polegał na tym, że Polak przestał lubić Polaka w sobie. Z komunizmu naród nasz wychodził pokiereszowany na dwa sposoby: albo zamknięty w samouwielbieniu (które dziś dyskontuje Radio Maryja), albo zniechęcony do samego siebie, przeczuwający niejasno, że widocznie sam sobie jest winien, skoro innym narodom lepiej się powiodło. W tych warunkach uporządkowanie i upowszechnienie tradycji wydawało się skazane na niepowodzenie. Pisarze z tzw. pokolenia "brulionu", obciążeni tym samym kompleksem, nie podjęli się wprawdzie nazwania go i uleczenia, ale przynajmniej nie drażnili rodaków i pośrednio godzili ich z własną tożsamością.

Co zostało po tamtej rewolcie? Niewiele. Na lokalny Parnas dopuszczono kilka osób, lecz już nie myśli - a przecież to o nie chodziło. Tak zwane pokolenie "brulionu" udało się skorumpować. Tymczasem mechanizmy kultury polskiej, utożsamiającej własny anachronizm z tożsamością, pozostały niewzruszone. Wczorajsi uczestnicy konfliktu przeobrazili się pospołu w czcicieli zaścianków (w jednym wielbi się Sarmatów, w drugim skamandrytów, ale prowincjonalne są obydwa). Miejsce naszego buntu zajęła zaś gorączkowa praca massmediów, by najszybciej, jak to tylko możliwe, przyswoić sobie najgłupsze z mód, jakimi żyje dzisiaj Europa.

W tym, co napisałem powyżej, parokrotnie powracało słówko "my". Powinienem się nad nim zastanowić, skoro mój tekst jest reakcją na książkę pod tytułem "Wojna pokoleń", która próbuje odbudować więź generacyjną. Od dawna nie myślę o sobie w kategoriach grupowych. Prawdę mówiąc, po zerwaniu ze środowiskiem "Gazety Wyborczej", w której publikowałem często w pierwszej połowie lat 90., uległem w znacznej mierze "desocjalizacji" - krąg ludzi, z którymi wymieniam myśli i czuję jakąś wspólnotę, jest więcej niż skromny. Doszła do tego zmiana mojego statusu w życiu literackim: w chwili, kiedy rewolta "brulionu" odchodziła w przeszłość, porzuciłem krytykę na rzecz powieściopisarstwa i odkryłem ze zdziwieniem, że życzliwy krytyk ma wśród autorów znacznie więcej przyjaciół, niż inny autor.

Niedawno przeżyłem jednak doświadczenie, na które lektura wspomnianej książki rzuciła nieoczekiwane światło. Na łamach "Rzeczpospolitej" opublikowałem gorzki tekst w rocznicę stanu wojennego. Zwierzyłem się tam z myśli, która od dawna mnie prześladowała: że nie jest prawdą, jakoby po 13 grudnia naród solidarnie podjął walkę z umierającym komunizmem. Ze stanu wojennego pamiętam głównie zagubienie, marazm i brak rozumnej koncepcji, co dalej. To wspomnienie spotkało się najpierw z ostrą reprymendą mojego kolegi (studiującego rok wyżej) Andrzeja Horubały, a gdy dyskusję przeniosłem na swoją stronę internetową - starszego od nas obydwu Macieja Strzembosza. Tymczasem w "Wojnie pokoleń" autorzy, przeważnie odrobinę młodsi ode mnie, opisują dokładnie to, o co mi chodziło: ówczesną bierność społeczeństwa i nieustanne poczucie własnej zbędności. Wygląda na to, że istniała wspólna perspektywa, z której dostrzegliśmy to samo.

Znam również z autopsji wspominane przez autorów poczucie, że starsi uczestnicy życia publicznego mają dziś skłonność do traktowania młodszych od siebie z irytującą protekcjonalnością. Opisana w wierszu Świetlickiego anegdota o Czesławie Miłoszu, który zadzwoniwszy do "Tygodnika Powszechnego" i usłyszawszy, że rozmawia ze Świetlickim, odpowiada: "To ja poproszę z kimś innym", jest charakterystyczna; i jeśli mogę zrozumieć tę reakcję w przypadku Miłosza, to już w wykonaniu odrobinę mniej zasłużonych ludzi ma ona w sobie coś z trudnej do wybaczenia impertynencji. Sądząc po "Ferdydurke", nie jest to zjawisko nowe - echo zawołania profesora Pimki "cip, cip, autorek" słychać od dawna; a ponadto płacimy za dogmat "wiecznej młodości", którego nikt z nas nie jest pomysłodawcą. Współcześni starcy - skoro "młodość" definitywnie przestała być im dostępna - zamierzają do śmierci pozostać przynajmniej w obszarze "dojrzałości" (ludzi dojrzałych doń nie dopuszczając), by potem od razu skoczyć w nieśmiertelność.

Czy zatem to właśnie mam na myśli, używając słówka "my"? Nie - ponieważ wykluczenie przeżywam dziś pojedynczo. Natomiast w okresie rewolty "brulionu" chętnie podniecałem się "my" rewolucyjnym - i do takiego pojęcia wspólnoty odwołuję się, gdy wspominam swoją działalność krytyka. Nie jestem jednak przekonany, czy w istocie była to wspólnota generacyjna. Chodziło raczej o grupę ludzi, którzy w podobny sposób przeżyli dwa zakręty historii, rok 1981 i 1989, a przeżyli je w podobny sposób, ponieważ charakteryzował ich podobny sposób uczestniczenia w kulturze: traktowanie tradycji jako wyzwania raczej niż jako obiektu narodowej mszy oraz uznanie kontr- i popkultury jako równoprawnego elementu umysłowego pejzażu. Kiedy w zamieszczonym w "Wojnie pokoleń" szkicu Agaty Bielik-Robson znajduję autocharakterystykę dzieci "real-socjalizmu i jego pseudozachodniej maskultury, z Klossem, Zwierzyńcem, Reksiem i >>Ekranem z bratkiem<<", a przede wszystkim z "Pancernymi", to po dorzuceniu jeszcze kilku ważnych elementów (z rockiem na czele) mam wrażenie, że jestem w domu. Być może zresztą to właśnie popkultura wyzwoliła w nas gotowość do podjęcia działań kulturotwórczych: człowiek trochę się krępuje wejść w dialog z dziedzictwem Mickiewicza, ale z "Joy Division" i "Stawką większą niż życie" - czemu nie. Choć znamienne, że aluzje do Mickiewicza były w "brulionowej" poezji tyleż ukryte, co rozsiane dość gęsto. Moje "my", z którego próbuję się tu wytłumaczyć, nie odwoływało się natomiast nigdy do tożsamości konserwatywnej. Włączenie elementów konserwatywnych w mój liberalizm odbyło się późno i na własny rachunek. W środowisku "brulionu" to pojęcie zdawało mi się czymś obcym i oswajałem je z myślą, że chodzi jedynie o to, by "épater le bourgeois" (a właściwie: "épater Michnik", który zdawał się nie przyjmować do wiadomości, że po Barańczaku mógł się urodzić jeszcze jakikolwiek poeta), lub o formę pogodzenia się z tradycjonalnym katolicyzmem, który od jakiegoś momentu zaczął fascynować głównego inicjatora całego ruchu Roberta Tekielego. Szukałem zatem przyczyn w obrębie estetyki lub psychologii. Okazuje się, że znów byłem naiwny - chodziło bowiem o władzę.

Autorzy zaproszeni do opublikowania tekstów w "Wojnie pokoleń" wyznają to z zaskakującą szczerością. Konserwatyzm przedstawiają jako sztandar, pod którym zamierzali "zabić ojca" (najdobitniejszym chyba wyrazem tej chęci była pogróżka rzucona pod koniec lat 90. przez Roberta Tekielego: "To my będziemy pisać encyklopedie"). Zostać konserwatystą znaczyło: uchwycić wolną "komórkę do wynajęcia", a mówiąc językiem marketingu: przeprowadzić błyskotliwe "pozycjonowanie", gdyż ten wybór ideowy był w Polsce postawą egzotyczną. Podstawowy konflikt toczył się przecież między komunistami (bardzo już, co prawda, wypranymi z ideowości) a wielobarwną "opozycją", w obrębie zaś tej ostatniej przede wszystkim między polską mutacją ideałów maja '68 a tradycją neoendecką. Co ważniejsze zaś (choć w książce "Walka pokoleń" przemilczane): konserwatyzm przydawał swemu wyznawcy charakter człowieka dojrzałego. Starsi z powodu swego starszeństwa nie chcieli podzielić się wpływami? No to niech mają: nawet młody konserwatysta jest stary starością wieków. Był to wszakże kostium wyciągnięty bez przekonania z rekwizytorni, co zresztą podejrzewałem już, pisząc przed laty na łamach "Frondy" recenzję z książki Cezarego Michalskiego "Powrót człowieka bez właściwości". Porównywałem wtedy jej autora do Artura z "Tanga", który chce przywrócić w świecie konserwatywny ład, ale nie dostrzega, że Edek nie jest do tego celu najlepszym sojusznikiem. Rolę Edka odgrywały w moich oczach środowiska prymitywnie neoendeckie, które dziś zaczytują się "Naszym Dziennikiem". Nie sądziłem wtedy jeszcze, że ów alians znajdzie swoją polityczną inkarnację w rządzącej koalicji, i że E(n)dek może okazać się relatywnie znośny na tle Edka w krawacie w biało-czerwone paseczki (być może zresztą przyjaźń konserwatystów z neoendekami rozbije dopiero spór o lustrację Kościoła).

Cóż to jednak za ironia losu! Konserwatyzm nie tylko nie doprowadził moich rówieśników do choćby skromnego rządu dusz, ale pozbawił ich - jak sądzę - tego, co stanowiło o naszej wyjątkowości, a więc sile. Z pozoru zastąpienie rewolucji artystycznej rewolucją konserwatywną było nieźle uzasadnione: wszak literatura nie powinna być wyizolowanym polem gry estetycznej, ma sprawdzać się w oddziaływaniu na świadomość swoich odbiorców i ich aktywność życiową. Tyle że refleksja o kulturze jako całości została zdominowana przez myślenie sprowadzające wszystko do polityki. Doskonale widać to w sposobie, w jaki młodzi konserwatyści poczynali sobie z problematyką religijną: przy całym ich - z dobrej woli na pewno płynącym - zaangażowaniu, na palcach jednej ręki można policzyć wypowiedzi, które nie zapoznają źródłowego doświadczenia duchowego (mam na myśli niektóre wypowiedzi Dariusza Karłowicza czy Pawła Lisickiego). Na ogół religia traktowana jest jako mechanizm regulujący zachowania społeczne i zapewniający zbiorową tożsamość, a wszystko, co temu nie służy, kwalifikowane jest jako "progresizm", ewentualnie "neognoza" lub wreszcie "rozmaite ezoteryzmy". Tymczasem to, co po odgarnięciu warstwy prowokacji było najciekawsze u debiutantów z lat 90., i co wielu z nas wciąż animuje, polega na szukaniu pod pokładami rozmaitych społecznych wmówień doznania, bez którego jakakolwiek religijność stanowi jedynie kombinację sentymentów z dzieciństwa i zbiorowego spektaklu.

Pisarze otoczeni recenzentami, którzy potrafią co najwyżej złościć się, że książka, którą przeczytali, inna jest niż ta, której się domagali, zaczęli dryfować. Są jak aktor, który nie słyszy reakcji widowni. Najlepsi sobie poradzą, to jasne - o ile widownia, zniechęcona przez recenzentów, nie opuści gremialnie teatru. Tymczasem cała nasza rzeczywistość kulturowa nastawiona jest na to, co zewnętrzne, socjalizujące. Doświadczenie źródłowe, na tyle głębokie, że brak tam jeszcze rozróżnień na ortodoksję i heterodoksję, podobnie zresztą jak na sacrum i metafizykę, traktowane jest jako zabawa dla przerafinowanych umysłów. A przecież to stamtąd bije jedyne źródło sensu tego, co staramy się robić także w życiu społecznym. Bez niego - uprawiamy mniej lub bardziej zdegenerowaną grę, z doraźnie skrzykniętymi drużynami: np. "lewacy" kontra "kryptofaszyści", "lustratorzy" versus "obrońcy konfidentów", "agenci Brukseli" kontra "prawdziwi Polacy" itd.

Można to wyrazić inaczej, stroniąc od terminologii religijnej. Otóż "rewolucja konserwatywna" oznaczała zakwestionowanie inteligenckiego etosu środowisk opozycyjnych, uzasadniane zresztą tym, że po 1989 roku etos ten został przez nie zdradzony. Mogło to zaowocować skupieniem uwagi na indywidualnym doświadczeniu człowieka, przez co dałoby się może przezwyciężyć wreszcie coś, co Norwid ujął w złośliwym powiedzeniu: "Polak w Polaku jest olbrzym, a człowiek w Polaku - karzeł". Niestety w desperackim poszukiwaniu nieskażonego nosiciela tradycji powołano do życia widmo "prostego ludu", który rzekomo nie dał się oszołomić komunizmem i instynktownie odrzuca miazmaty postmodernizmu. Trafne skądinąd spostrzeżenie, że państwo jest tym lepiej rządzone, im mniej obywateli czuje się wykluczonych, doprowadziło do tego, że zaniedbano edukację (na wszystkich frontach), a zaczęto kokietować środowiska, w których dostrzeżono "prostych ludzi", choć w większości były to jedynie produkty rodzimej mutacji buntu mas. Nie ma powodu pytać o duchowe skutki tej pomyłki, skoro doraźne skutki polityczne wystarczająco przygnębiają.

Ale czytając "Wojnę pokoleń" pomyślałem sobie z niepokojem, że przypisywanie sobie "konserwatyzmu" zaczyna mieć jeszcze jedną funkcję - szczególnie istotną w sytuacji, gdy cały czas rosną nowe pokolenia. Otóż jeszcze w 1989 roku pojawiło się w debacie publicznej - i szybko, jakby wstydliwie, znikło - pytanie, czy ktokolwiek ukształtowany nolens volens w komunizmie ma szansę na współtworzenie "normalnego" państwa. Tę wątpliwość zgłaszają dziś coraz częściej ludzie urodzeni w latach 80. Bycie konserwatystą ma sugerować, że komunizm nawet nas nie drasnął. A to nieprawda.

Po co jednak ludzie w okolicach czterdziestki próbują wskrzesić trupa swojego pokolenia? - oto pytanie, które wciąż towarzyszyło mi podczas lektury książki. W latach 90. używanie kategorii pokolenia miało dwojaki sens. Po pierwsze: mieliśmy za sobą na tyle jeszcze krótką drogę życiową, że indywidualny los - wraz z zadawanymi przezeń ranami - jeszcze nas do końca nie wyrzeźbił. Byliśmy naprawdę do siebie podobni. Po drugie: grupa szybciej zwraca na siebie uwagę niż rozproszone jednostki. Ale dziś? Z wielkim zainteresowaniem przeczytałem zamieszczone w zbiorze teksty autorstwa Agaty Bielik-Robson i Dariusza Gawina, powstałe w roku 1996. Te zupełnie współczesne wydały mi się natomiast przeniknięte jakąś zdumiewającą zgodą na pupę (nie mówię rzecz jasna o zaproszonych do udziału w całym przedsięwzięciu autorach starszych i przekornych wobec jego idei - jak Tadeusz Sławek czy Zygmunt Bauman). W ten sposób, niby buntując się przeciwko beneficjentom obecnej sytuacji w kulturze, spełniamy tak naprawdę ich najskrytsze marzenie: infantylizujemy się. Przeczuwam w tym również niezgrabną operację, której próbuje się poddać czas. Ludziom przekraczającym właśnie czterdziestkę zostało go jeszcze sporo, ale mniej niż wtedy, gdyśmy skrzykiwali "młodą prasę" przeciwko "starej". Sztukowanie czasu przez wskrzeszanie jakiegoś pokoleniowego frontu wydaje mi się niegodną ucieczką przed eschatologią.

Istota przedsięwzięcia Piotra Nowaka wiąże się z rozpoznaniem, które warte jest uwagi. Ujmę je tak: pozostajemy od wielu lat, od chwili wygaśnięcia rewolty "brulionu", w obrębie zmistyfikowanego dylematu: tradycjonalizm albo roztopienie tożsamości w wyniku złowrogich procesów globalizacyjnych. Ów dylemat działa i blokuje naturalny "metabolizm" kultury, polegający zarówno na wymianie idei (tekstów) ze światem zewnętrznym, jak na ciągłej ich reinterpretacji wewnątrz własnego obszaru czy wreszcie - last but not least - na stopniowym wymienianiu autorytetów organizujących tę wymianę i reinterpretację. Skoro ten proces nie zachodzi, naszą kulturą, naszą zbiorową wyobraźnią rządzą od dawna trumny, starcy oraz ich obsesje (w tym także spór o teczki, ważny, ale przeceniany). Należałoby sobie życzyć, by procesy wymiany i reinterpretacji wreszcie ruszyły, jak w organizmie poddawanym od dawna zabiegom reanimacyjnym.

Ale żeby w tym celu zwoływali się pod sztandar pokolenia czterdziestolatkowie? Czyż to właśnie w książce "Wojna pokoleń" nie pada przestroga, że "my" które pożera "ja", to zaproszenie dla diabła? I mądre pouczenie Tadeusza Sławka, że nie umieć żyć osobno oznacza - przynajmniej od momentu osiągnięcia pewnego wieku - żyć w niespełnieniu?

p

, ur. 1962, pisarz, publicysta. W pierwszej połowie lat 90. współpracował z "Gazetą Wyborczą". Obecnie dziennikarz radiowej "Trójki". Autor powieści i tomów opowiadań "Apokryf Agłai" (2001), "Wielościan" (2001), "Linia nocna" (2002), "Prąd zatokowy" (2003). Opublikował także zbiory esejów: "Śmierć czarownicy! Szkice o literaturze i wątpieniu" (1993) oraz "Ach" (2005). Ostatnio nakładem Wydawnictwa Literackiego ukazała się jego powieść "Tak to ten" (2006). Strona internetowa: www.jerzysosnowski.com. W "Europie" nr 55 z 20 kwietnia 2005 r. opublikowaliśmy jego tekst "Dzieje polskiego niby-liberalizmu (krótki kurs)".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj