(1951-1992)
Ten urodzony w Lublanie poeta należy do grona ekscentryków, na poły legendarnych i z pozoru cieszących się - jak nasz Wojaczek - sporą popularnością. Niestety ich biografia przesłania całkowicie twórczość i właściwie ją zastępuje. Mimo to przytoczmy kilka biograficznych anegdot. Detela był wojującym pacyfistą, obok zaś kwestii zniesienia kary śmierci i demilitaryzacji Słowenii (podówczas należącej jeszcze do federalnej Jugosławii) zajmowało go również wyzwolenie zwierząt - słynne są jego wyprawy do lublańskiego zoo, gdzie nocą otwierał klatki, pozwalając pensjonariuszom zaznać wolności. Podczas występów recytował z pamięci obcojęzyczne wiersze, tłumacząc je a vista. Zmarł prawdopodobnie z głodu, redukując skład przyjmowanych pokarmów.
Wydał dwa tomy wierszy: "Mapy" ("Zemljevidi", 1978) oraz "Srebro i mech" ("Mah in srebro", 1983). W jego wierszach dostrzec można niesłychaną intensywność metafizycznych napięć oraz niezbyt może bogatą, ale jedyną w swoim rodzaju rekwizytornię surrealistycznej wyobraźni.
p
z cyklu "Okloniusz"
Umarły na śmierć, żywy jak sen
szczęśliwy żyłę otwiera,
z rozpołowioną głową, przed zwierciadłem odłamaną
w świetle, ale w świetle.
Jeśli jest taki, po co przychodzi?
Ja myślę zawsze na dwoje;
oko jak bańka w mętnym szkle,
policzek jak drucik w żarówce
Sam jak żałość, sam jak noc,
gwiazda - żagiew bez ognia,
okno bez powietrza, sól bez twarzy,
obrus przez trupie morze
Z upływu krwi rodzi się Okloniusz.
Z mojej myśli ugniata swoje oko,
jego niezmierzone szaleństwo
i moja niezmierzona ślepota.
Teraz sobie każdy żyły zamyka,
na łodziach gasną lampki,
nikt sobie nie wyobraża ruchu meteorów,
żyję dla cudzej śmierci.
Liśćmi słonecznika zakryje sobie twarz
i wgryzie się w czarne ziarna.
Jeżeli ktoś zagrzebie dłoń w rozżarzonych węglach,
wyobraża sobie cudze życie.
Już iskra, która szmyrgła nocą z komina lokomotywy,
jest czymś więcej niż myśl może unieść.
Palce odpoczywają na chłodnej glinie,
nad morzem dojrzewają banany.
Pestka rusza się w ustach jak motyl w poczwarce.
Dłonie nie poznają twarzy.
Kiełkowanie, szalone jak wspinaczka:
smutek pękniętej ziemi.
Nad czarnymi świerkami zbierają się chmury.
Nogi czują ziemię jak ogień.
Dziupla wydrążona w ziarnku słonecznika
będzie dla żywych ust obca i jedyna.
Nigdy nie śpią roznosiciele ognia,
nie ma godziny, którą wybija pióro,
nie ma czarnego feniksa po drugiej stronie żaru,
nie ma księżyca przy zaćmieniu słońca
Czarna nieobecność na martwej twarzy,
kropla roztopionego ołowiu
gasi ziarenko prochu w nienarodzonym oku
Tak pozostanie Okloniusz żywy aż do końca
Nie płaci za czarny szereg chwil,
choć życie myśli.
Mówię do Okloniusza: "Przecież niebo tak samo jest moje jak i twoje".
Odpowiada: "MNIE nie weźmiesz".
W morzu są nieodczuwalne ruchy,
meduza pulsuje jak słońce,
muruję skałę dla swojej śmierci,
żeby pozostać przejrzystym.
Kropla krwi rozłupie się na dwoje,
w grudce zgniecionego wosku
widzę bańkę, co nie jest śladem zgaszonego knota,
Okloniusz patrzy na mnie z bliska.