Dziennik Gazeta Prawana logo

To nie koniec świata

5 listopada 2007, 12:11
Ten tekst przeczytasz w 11 minut

Mimo alarmistycznych prognoz sytuacja na świecie wcale nie wygląda tragicznie - twierdzi Francis Fukuyama. Można nawet przypuszczać, że negatywne zjawiska, z jakimi mamy dziś do czynienia, wynikają z naszych nieprzemyślanych działań spowodowanych przesadnymi obawami. Odnosi się to zarówno do problemu surowców energetycznych, jak i do kwestii międzynarodowego terroryzmu. "Są powody, by sądzić, że konsekwentnie przecenialiśmy czynniki destabilizacyjne po 11 września i że to właśnie nasza przesadna reakcja wywołała nowe zagrożenia. Nadmierny pesymizm niesie ze sobą realne niebezpieczeństwa. Ta logika - jesteśmy przyparci do muru - doprowadziła do fiaska irackiego. Uznanie najgorszego scenariusza za najbardziej prawdopodobny może z niego uczynić samospełniające się proroctwo".

Łatwo ulec zniechęceniu, przyglądając się obecnej sytuacji na świecie. Niewielu Amerykanom trzeba przypominać o chaosie w Iraku, mocarstwowych i nuklearnych ambicjach Iranu czy możliwości rozprzestrzenienia się konfliktu sunnicko-szyickiego na cały region Zatoki Perskiej. Do tego dochodzi fakt, że Rosja przeżywa polityczny regres, stosuje straszak energetyczny wobec Białorusi, źle traktuje zachodnie koncerny naftowe, które inwestują w rosyjskie złoża, i stosuje gangsterskie metody do uciszania krytyków w kraju i za granicą. W północno-wschodniej Azji odradza się nacjonalizm, młodsze pokolenia Japończyków, Chińczyków i Koreańczyków skaczą sobie do gardeł na tle zbrodni popełnionych przed ponad 50 laty. To z kolei blokuje współpracę związaną z północnokoreańskim zagrożeniem atomowym.

Na naszej półkuli antyamerykańscy populiści doszli do władzy w Wenezueli, Boliwii i Ekwadorze, by pracowicie centralizować władzę i odwracać dominujący w latach 90. trend liberalizacji i integracji gospodarczej. Na całym świecie autorytarne reżimy nawzajem uczą się od siebie metod represji. "Trzecia fala" demokratyzacji, jak to nazwał politolog Samuel Huntington, zapoczątkowana w latach 70. w Hiszpanii i Portugalii, rozlała się potem na Amerykę Łacińską i Azję, a jej kulminacją był upadek komunizmu. Teraz jednak widać wyraźnie, że fala się załamała. Nie życząc sobie powtórki z takich wydarzeń jak pomarańczowa rewolucja na Ukrainie, Rosja, Egipt, Syria i Wenezuela zakazały zagranicznego finansowania prodemokratycznych organizacji pozarządowych.

U podłoża tych niepokojących tendencji leży ogromny spadek prestiżu modelu amerykańskiego, którego symbolem nie jest już Statua Wolności, lecz zakapturzony więzień w Abu Ghraib. Widoczna destabilizacja sytuacji światowej skłoniła autorów "Bulletin of Atomic Scientists" do przesunięcia wskazówek "zegara zagłady" na za pięć dwunasta - dwie minuty bliżej do symbolicznego kresu cywilizacji. Nawet pozytywny skądinąd fakt, że setki milionów ludzi dźwiga się z nędzy, jest jednym z czynników globalnego ocieplenia.

Ale zanim zanadto się zniechęcimy sytuacją światową na początku 2007 roku, powinniśmy rozważyć szerszy kontekst, w którym sprawy wyglądają znacznie bardziej optymistycznie. Najbardziej znaczącym, lecz niedostrzeganym pozytywnym faktem jest szybki rozwój globalnej gospodarki, podnoszący poziom życia i zmniejszający dystans między Pierwszym i Trzecim Światem. Gospodarki dwóch najludniejszych krajów świata, Indii i Chin, rosną w ostatnich latach w tempie zbliżonym do 10 proc. Dziesięć lat po kryzysie finansowym z lat 1997-98 Azja Wschodnia powróciła na ścieżkę dynamicznego wzrostu.

Reszta świata również systematycznie się rozwija. Ameryka Łacińska, mimo destabilizacji w Andach i reakcji przeciwko neoliberalizmowi, osiąga 4-5 proc. wzrostu w oparciu o eksport. Afryka subsaharyjska po trzech dekadach zastoju notuje wzrost 5-procentowy i wyższy, a Bliski Wschód nie zostaje daleko w tyle. Te tendencje w świecie rozwijającym się są w coraz większym stopniu napędzane przez handel między krajami Południa - przede wszystkim przez zakupy południowoamerykańskich i afrykańskich towarów oraz surowców naturalnych, których dokonują Indie i Chiny. Zaowocowało to powstaniem światowych potentatów z krajów rozwijających się, takich jak indyjski Mittal, meksykański Cemex czy brazylijski Embraer. Nawet w Europie, na przekór niechęci wielu jej intelektualistów do globalizacji pod przewodem Ameryki, bezrobocie spadło do bezprecedensowo niskiego poziomu, co jest skutkiem ekspansji Unii Europejskiej i jej integracji z globalną gospodarką.

Jeszcze bardziej zaskakujący od wysokiego wzrostu gospodarczego jest fakt, że wzrost ten osiągamy w mało sprzyjających warunkach. Pierwsze lata XXI wieku nie były przecież zbyt spokojne. Mieliśmy zamachy z 11 września, bomby w Londynie, Madrycie, Stambule i na Bali, dwie wojny na Bliskim Wschodzie i jedną w Afganistanie, a do tego ogromny wzrost cen surowców energetycznych. W latach 70. podobne szoki dławiły globalną gospodarkę, wywołując recesję i inflację w USA, kryzys finansowy w Ameryce Łacińskiej i stagnację w Europie. Tymczasem w ostatniej dekadzie nie mieliśmy w USA recesji nawet w sensie ściśle technicznym (spadek PKB przez dwa kwartały z rzędu).

No tak, powiecie, ale różowa sytuacja ekonomiczna kamufluje potężne problemy strukturalne w postaci amerykańskiego deficytu handlowego i budżetowego oraz lawinowego wzrostu dolarowych rezerw walutowych w zagranicznych bankach centralnych. Deficyty i zjawiska nierównowagi, które się za nimi kryją, rzeczywiście są niepokojące i na dłuższą metę nie do utrzymania, ale ludzie błędnie rozumieją ich przyczyny. Nie wynikają one przede wszystkim z rozrzutności Amerykanów, lecz z decyzji innych krajów, by zbudować rezerwy dolarowe i zabezpieczyć się w ten sposób przed ryzykiem kryzysu finansowego. Dekada po upadku muru berlińskiego odznaczała się nieustannym brakiem stabilności finansowej, ale od czasu kryzysu azjatyckiego wiele państw uniezależniło się od napływu kapitału krótkoterminowego i zwiększyło rezerwy walutowe dzięki wzrostowi opartemu na eksporcie. Międzynarodowy Fundusz Walutowy przeżywa dzisiaj kłopoty, ponieważ zabrakło klientów na jego ratunkowe usługi. Jak zasugerował kiedyś prezes Fedu Ben Bernanke, ewidentnie mamy do czynienia z globalną nadpodażą kapitału, która sprawia, że przy wysokim wzroście realne stopy procentowe utrzymują się na niskim poziomie.

Sam rozwój ekonomiczny nie zagwarantuje stabilizacji, tak jak proces globalizacji przed 1914 rokiem nie zapobiegł wybuchowi I wojny światowej. Są jednak powody, by sądzić, że konsekwentnie przecenialiśmy czynniki destabilizacyjne po 11 września i że to właśnie nasza przesadna reakcja wywołała nowe zagrożenia. W chwili zamachów na świecie było zapewne nie więcej niż kilkadziesiąt osób, które miały motywację i potencjalne możliwości do tego, by zafundować Stanom Zjednoczonym apokalipsę. Odkąd nasz potężny aparat bezpieczeństwa został skierowany na ten odcinek, prawdopodobieństwo skutecznego zamachu drastycznie spadło. Uznawszy, że musimy "dać światu czytelny sygnał" i najechać Irak, ściągnęliśmy sobie na głowę kolejny kłopot, budując nową przystań dla terrorystów i zmieniając układ sił w regionie na korzyść Iranu.

Działają jednak rozmaite siły równoważące. Świat sunnicki nie patrzy z założonymi rękami na wzrost wpływów Iranu, lecz mobilizuje się przeciwko temu zagrożeniu. Na gruncie krajowym możemy podjąć wiele kroków zabezpieczających nas przed terrorystycznymi katastrofami - na przykład uszczelniając porty czy lepiej przygotowując służbę zdrowia do walki z konsekwencjami ataku biologicznego. Znacznie bardziej prawdopodobne niż ataki z użyciem broni masowego rażenia są jednak zamachy bombowe, porwania samolotów, zabójstwa pojedynczych osób i tak dalej - tragiczne wydarzenia, z których skutkami potrafimy się jednak uporać.

Mamy oczywiście wszelkie powody, aby dążyć do zapobieżenia nuklearyzacji takich państw bandyckich jak Iran i Korea Północna, ale państwa - w przeciwieństwie do bezpaństwowych grup terrorystycznych - mają wiele do stracenia i nie widać powodów, dla których strategia odstraszania odwetowego miałaby przestać działać. Mimo przerażającej retoryki irańska polityka zagraniczna od rewolucji islamistycznej w 1979 roku pozostaje względnie ostrożna wszędzie tam, gdzie w grę wchodzą podstawowe interesy narodowe. Największe zagrożenie związane z proliferacją broni atomowej jest takie, że jakieś państwo przeszacuje ryzyko wynikające ze zdobycia przez inne państwo atomu i zdecyduje się na prewencyjny atak.

Gdy chodzi z kolei o bandę naftowych tyranów, to ich zachowanie daje wprawdzie powody do zmartwień, ale dzisiejsze niepokojące tendencje polityczne na dłuższą metę raczej się nie utrzymają. Rosja, Wenezuela i Iran - liderzy antydemokratycznej reakcji - mogą sobie pozwolić na lekceważenie normalnych praw ekonomii dzięki wysokim cenom nośników energii. Ale ceny ropy spadły od zeszłorocznego maksimum na poziomie 75 dol. za baryłkę do 57 dol. w piątek 2 lutego. Jest to odzwierciedlenie działania procesów rynkowych: wysokie ceny stymulują inwestycje w nowe złoża, a z drugiej strony skłaniają konsumentów do oszczędzania energii lub przestawiania się na jej alternatywne źródła. Wydaje się mało prawdopodobne, by w przewidywalnej przyszłości Wenezuelę stać było na wydanie kolejnych 25 mld dol. na zakup miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Nawet pesymizm co do Iraku jest przesadzony. Administracja Busha rzeczywiście spartaczyła sprawę, doprowadzając do powstania nowej bazy terrorystycznej w prowincji Al-Anbar oraz przyczyniając się do wzrostu wpływów Iranu i szyitów w regionie Zatoki. Ale nie dostrzegamy faktu, że w irackiej wojnie domowej uczestniczą przede wszystkim dwie antyamerykańskie radykalne organizacje islamistyczne, które są coraz bardziej zainteresowane walką ze sobą nawzajem, a nie ze Stanami Zjednoczonymi. To nie rozgrzesza Waszyngtonu z moralnej odpowiedzialności za spowodowanie tej sytuacji, ale oznacza, że w regionie działają siły równoważące, które ograniczą szkody dla amerykańskich interesów po wyjściu stamtąd naszych wojsk.

Nadmierny pesymizm niesie ze sobą realne niebezpieczeństwa. Coraz więcej ludzi w USA i Izraelu uważa, że Iran stwarza zagrożenie dla istnienia ich państw, że będzie się zachowywał irracjonalnie i dlatego nic go nie powstrzyma - nie mamy zatem innego wyboru, jak tylko dokonać uderzenia wyprzedzającego. Ta sama logika - jesteśmy przyparci do muru - doprowadziła do fiaska irackiego. Uznanie najgorszego scenariusza za najbardziej prawdopodobny może z niego uczynić samospełniające się proroctwo.

Mimo licznych potknięć z ostatnich kilku lat Stany Zjednoczone pozostają bogatym i silnym krajem, ze sporym marginesem pozwalającym amortyzować ciosy i naprawiać błędy. Ta część świata, która skutecznie się modernizuje, bez nas nie utrzyma obecnego tempa wzrostu i być może dlatego jest znacznie mniej antyamerykańska niż regiony tonące w konfliktach i stagnacji. Na świecie występują realne zagrożenia, ale dobrze byłoby wziąć głęboki wdech i na spokojnie ocenić sytuację. Terroryści dlatego używają narzędzi terrorystycznych, że są słabi i nie mają innych środków oddziaływania. My, Amerykanie, musimy pamiętać, że jesteśmy 400-kilogramowym gorylem: mamy różne możliwości wyboru, ale nie możemy się miotać, bo kogoś uszkodzimy.

p

, ur. 1952, amerykański filozof, ekonomista, politolog, były wicedyrektor Zespołu Planowania Politycznego Departamentu Stanu USA, profesor George Mason University w Waszyngtonie. Sławę przyniósł mu opublikowany w 1989 roku esej "Koniec historii", w którym wieszczył ostateczne zwycięstwo liberalnego ładu na świecie. W Polsce ukazały się m.in. "Koniec historii i ostatni człowiek" (1997), "Koniec człowieka" (2004), a ostatnio "Budowanie państwa" (2005). W "Europie" nr 50 z 16 grudnia ub.r. opublikowaliśmy jego głos w ankiecie "Początek końca komunizmu?".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj