Robert Kagan przygląda się amerykańskiej debacie na temat Iraku. Jego zdaniem spora część jej uczestników trwa w złudzeniu, że wycofanie amerykańskich sił z tego kraju rozwiąże cały problem. Tymczasem "fakty są takie, że Stany Zjednoczone nie uciekną od kryzysu irackiego - czy raczej kryzysu bliskowschodniego, którego ten pierwszy jest częścią - i to przez wiele lat. A jeśli sytuacja w Iraku do reszty się załamie, nie będzie to koniec naszych problemów, lecz początek nowych, dużo poważniejszych".
p
Cóż za kontrast! W Iraku amerykańscy żołnierze nareszcie zaczynają trudne zadanie, jakim jest przywrócenie względnego spokoju, bezpieczeństwa i porządku w strategicznych dzielnicach Bagdadu - co stanowi niezbędny warunek trwałego rozwiązania politycznego, którego rzekomo wszyscy pragną. Wojskowi atakują mateczniki sunnickich rebeliantów i zaczynają rozprawiać się z milicją Muktady as-Sadra. Przystąpili do tych operacji w oczekiwaniu, że wkrótce przybędą posiłki: ponad 20 tys. żołnierzy wysłanych przez George'a W. Busha do Iraku i nowy dowódca, którego prezydent mianował po to, by walczył z powstaniem w sposób bardziej zdecydowany, niż to się działo kiedykolwiek od początku wojny.
Tymczasem w Waszyngtonie demokratyczni i republikańscy kongresmani szukają innego rodzaju rozwiązania politycznego: rozwiązania problemów związanych z prawyborami prezydenckimi i samymi wyborami, które odbędą się za dwa lata. Po obu stronach powstają coraz to nowe uchwały potępiające zwiększanie liczby wojsk w Iraku. Wielu autorów tych uchwał szczerze, wręcz z dumą przyznaje, że reagują na bieżące nastroje polityczne - tak jakby po to właśnie wysłano ich na Kapitol. Ci, którzy sądzą, że zostali wybrani po to, by czasem przewodzić, a nie tylko podążać za swoim elektoratem, znajdują się w mniejszości. Większość uchwał po prostu sprzeciwia się zwiększeniu liczby żołnierzy i nie zawiera wskazówek, co należy zrobić zamiast tego - niekiedy tylko proponuje się powrót do mglistego planu stopniowej ewakuacji wysuniętego przez komisję Bakera i Hamiltona. Senator Hillary Clinton chce, by liczba żołnierzy w Iraku wyniosła 137 500. Nikt nie tłumaczy, dlaczego akurat tyle, dlaczego nie o 20 tysięcy więcej lub mniej. Ale przecież nie o to chodzi.
Inni krytycy twierdzą, że takie żądania są wyrazem politycznego kunktatorstwa (i mają niewątpliwie rację).
Ci rzekomo odważniejsi krytycy domagają się obcięcia funduszy na wojnę i rozpoczęcia ewakuacji wojsk w ciągu kilku miesięcy. Ale oni też nie są uczciwi, bo odmawiają odpowiedzi na najbardziej oczywiste pytania: co miałyby zrobić Stany Zjednoczone, gdyby w wyniku naszej rejterady Irak eksplodował i doszło tam do czystek etnicznych na makabryczną skalę? Jaka powinna być nasza reakcja, gdyby cały region stał się strefą wojny, gdyby Al-Kaida i inne organizacje terrorystyczne założyły w Iraku bazy, z których atakowałyby państwa sąsiednie i Stany Zjednoczone? Nawet Iraq Study Group przyznała, że są to prawdopodobne konsekwencje przedwczesnego wycofania wojsk. Ci, którzy wzywają do "zakończenia wojny", nie chcą rozmawiać o tym, że wojna w Iraku i w regionie wcale się nie skończy, lecz stanie się bardziej niebezpieczna. Czy proponują, byśmy nic nie robili, niezależnie od konsekwencji? Czy też może są gotowi publicznie zadeklarować, tu i teraz, że poprą wysłanie amerykańskich wojsk z powrotem do Iraku, żeby walczyły z tymi nowymi zagrożeniami? Gdyby odpowiedzieli na te pytania, wtedy naprawdę moglibyśmy mówić o uczciwości i odwadze.
Rzecz jasna dyskusja o Iraku w większości w ogóle nie dotyczy Iraku. Ta wojna stała się abstrakcyjnym hasłem politycznym, służącym do wyrabiania sobie pozycji na krajowej scenie politycznej. Jeśli ludzie w ogóle myślą o Iraku, to wielu zdaje się sądzić, że jest to problem, który możemy od siebie odsunąć. Kiedy wojska amerykańskie wyjadą, Irak przestanie być naszym kłopotem. Joseph Biden, jeden z senackich weteranów wypowiadających się w sprawach polityki zagranicznej, zarzucił Bushowi, że wysyła więcej wojsk tylko po to, by przekazać wojnę iracką w spadku swojemu następcy. Senator zakłada więc, że jeśli Bush pójdzie za jego radą i odwoła swoją decyzję, to w 2009 roku, kiedy w Białym Domu rozgości się prezydent Biden, sytuacja iracka jakimś cudem przestanie być kryzysowa... Jest to złudzenie, ale bynajmniej nie ulegają mu wyłącznie Demokraci. Wielu konserwatystów i Republikanów, w tym także niegdysiejszych zwolenników wojny, załamuje ręce ze złości na naród i rząd iracki.
Oni również wydają się sądzić, że jeśli Amerykanie wyjdą z Iraku - bo Irakijczycy "nie zasługują" na naszą pomoc - to problem sam się rozwiąże albo po prostu zniknie. To się nazywa bogata wyobraźnia... Fakty są takie, że Stany Zjednoczone nie uciekną od kryzysu irackiego - czy raczej kryzysu bliskowschodniego, którego ten pierwszy jest częścią - i to przez wiele lat. A jeśli sytuacja w Iraku do reszty się załamie, nie będzie to koniec naszych problemów, lecz początek nowych, dużo poważniejszych.
Wydawałoby się, że każdy, kto liczy na to, że w styczniu 2009 roku zostanie prezydentem, powinien modlić się o to, by zwiększenie liczby żołnierzy w Iraku przyniosło efekt. Niezależnie od tego, co się dzisiaj powie lub zrobi, w 2009 roku Stany Zjednoczone w ten czy inny sposób będą miały Irak na swojej głowie. Pytanie tylko, czy będzie to Irak wciąż jeszcze nadający się do uratowania, czy też Irak pogrążający się coraz głębiej w chaosie i destrukcji i ciągnący z sobą na dno Amerykę. Odpowiedź w znacznym stopniu zależy od tego, jak potoczy się bitwa o Bagdad. Politycy obu partii powinni sobie uświadomić, że powodzenie tej misji jest w ich własnym interesie, jak również w interesie całego kraju. Mam taką zwariowaną propozycję: zapomnijcie o politycznym pozerstwie, bądźcie odpowiedzialni i udzielcie naszym wojskom moralnego i materialnego wsparcia, którego potrzebują i oczekują. Następny prezydent wam podziękuje.
p
, ur. 1958, neokonserwatysta, ekspert w Carnegie Endowment for International Peace oraz w German Marshall Fund. Autor m.in. bestselleru "Potęga i raj. Ameryka i Europa w nowym porządku świata" (wyd. pol. 2003). W czasie prezydentury Ronalda Reagana pracował w Departamencie Stanu. Publikuje w "The New Republic", "Washington Post" i "Weekly Standard". Mieszka w Brukseli. W "Europie" nr 52 z 30 grudnia ub.r. zamieściliśmy tekst napisany przez niego wspólnie z Williamem Kristolem "Ameryka kapituluje".