To kandydat prawicy Nicolas Sarkozy reprezentuje dziś prawdziwe wartości francuskiego lewicowego humanizmu - twierdzi André Glucksmann. Lewica tkwi w ideowej pustce i nie jest w stanie przedstawić żadnego alternatywnego projektu. "Kisząc się we własnym narcystycznym sosie, jest mocno zaskoczona, kiedy wbrew prawicowym tradycjom Sarkozy powołuje się na zbuntowanych i uciśnionych. W dyskursie prawicowego kandydata odnajduję Hugo, Jaure`sa, Mandela, Chabana, Camusa... Czuję się trochę jak u siebie".
Przeżyliśmy we Francji zaskoczenie związane z wyborami prezydenckimi. Przed pójściem do urn Francuzi przechodzą mentalną przemianę. Sondaże się zmieniają, ostateczny wynik trudno przewidzieć, ale wszędzie można dostrzec, że odrzucony został wizerunek kraju skostniałego, kraju będącego muzealnym szpitalem wydanym na żer infekcji: egoizmów, dyskryminacji, wściekłości, depresji.
Ségolene Royal i Nicolasa Sarkozy'ego poza wiekiem łączy niewiele, jednak oboje zostali wybrani przez Francuzów, którzy odrzucili tradycyjne polityczne podziały i przebrzmiałe doktryny. Głosy nie są już oddawane na socjalistów czy gaullistów - wyborcy chcą poprzeć jakiś zryw. Bezdomni w Paryżu marzną od ćwierćwiecza. Nagle stali się widoczni, nagle kłują w oczy. Czemu nie wcześniej? Tak jak w lutym 1954 roku, kiedy przemówił do nich abbé Pierre, Francuzi czują, że nie można już dłużej zwlekać. Francja osiągnęła ten gaullistowski moment, w którym trzeba myśleć - choćby wbrew własnym przekonaniom - a następnie działać.
Wojna poglądów jest faktem dokonanym... Dziwnym trafem dokonał się on na prawicy. Debata Sarkozy-Villepin to więcej niż sprzeczka dwóch osobowości; pokazuje ona, jak stawiają sobie czoła dwie wizje Francji i świata.
Sarkozy zrywa z tą prawicą, która przyzwyczaiła się do ukrywania własnej pustki za wielkimi, namaszczonymi formułami. Czyni tak, głosząc pozytywną dyskryminację, która jest zaprzeczeniem Równości jedynie wirtualnej i zmierza do zniesienia rzeczywistych nierówności związanych z kolorem skóry, miejscem zamieszkania i nazwiskiem, oraz domagając się dotacji państwowych przeznaczonych na budowę meczetów, tak by wyznawcy drugiej religii we Francji nie musieli modlić się w piwnicach albo lokalach użyczonych im przez bogatych integrystów.
Zmiana tonu na prawicy dotyczy w równym stopniu polityki międzynarodowej, co polityki wewnętrznej. Konserwatywny fetyszyzm, owo interesujące wcielenie "gaullizmu", kultywuje nadrzędną rolę państwa niezależnie od faktycznych działań tegoż państwa. Ta "Realpolitik" wyżej od naszej historii i naszego oddziaływania stawia krótkowzroczne interesy, handel bronią i kontrakty na sprzedaż ropy. Kiedy upadł mur berliński, nasi przywódcy się nadąsali, a potem udzielili wsparcia swoim sprzymierzeńcom-ludobójcom z Rwandy oraz udekorowali Władimira Putina Wielkim Krzyżem Legii Honorowej. Ciekawa ewolucja, która z "ojczyzny praw człowieka" uczyniła apostoła ustalonego porządku.
Jednak pewna szlachetna część Francji nie zapomniała o uciśnionych: o wietnamskich boat-people uciekających przed komunizmem, uwięzionych działaczach związkowych z "Solidarności", "wariatkach z placu Mayo" (pod faszystowskimi rządami w Argentynie), o narażonych na terroryzm Algierkach, ludziach torturowanych w Chile, rosyjskich, bośniackich, kosowskich i czeczeńskich dysydentach... W żadnym innym kraju nie mówiono tak wiele o tych potwornościach i o oporze, jaki im stawiono.
Jedynym kandydatem, który idzie dziś śladem tej Francji pełnej serca, jest Nicolas Sarkozy. Ujawnia męczeństwo bułgarskich pielęgniarek skazanych na śmierć w Libii i masakry w Darfurze, a potem ogłasza swoje zasady rządzenia, bardzo odległe od zasad Jacques'a Chiraca: "Nie wierzę w tak zwaną Realpolitik, która sprawia, że rezygnujemy z naszych zasad, ale nie zyskujemy żadnych kontraktów. Nie godzę się na to, co dzieje się w Czeczenii, ponieważ 250 tys. zabitych albo prześladowanych Czeczenów to nie jest jakiś drobiazg w historii świata. Generał de Gaulle chciał wolności dla wszystkich narodów, a oni również mają do tej wolności prawo... Zachowanie milczenia jest wspólnictwem, a ja nie chcę być wspólnikiem żadnej dyktatury" (14 stycznia 2007 roku).
Co na to odpowiada lewica? Niestety niewiele. Gdzie się podziała walka ideowa, która tak długo była jej domeną? Gdzie zgubiono sztandar międzynarodowej solidarności, niegdyś dumę francuskiego socjalizmu? Nie chodzi o oskarżanie kandydatki, którą szanuję - nawet jeśli nie mogę przełknąć tego, że traktuje chiński wymiar sprawiedliwości jako wzór sprawności działania. Zmaga się ona z pustką, której sama nie spowodowała. Lekcja z kwietnia 2002 roku - kiedy socjalistyczny kandydat, Lionel Jospin, dostał mniej głosów niż przywódca skrajnej prawicy, Jean-Marie Le Pen - nie przyczyniła się do żadnej odnowy. Oficjalna lewica we Francji nadal uważa, że jest moralnie niezwyciężona, a pod względem umysłowym nietykalna. Było to dość bliskie prawdy aż do 1945 roku. Lewica odważyła się na odnowę i prowadziła boje, z których narodziła się nasza laicka socjalna demokracja. Ale od 1945 roku - kiedy kolaboracja z nazistowskim okupantem pogrzebała konformizm prawicy - zawodowa lewica spoczęła na laurach. Zlekceważyła dyskusje prowadzone w Niemczech czy w Anglii, zignorowała duchową eksplozję ruchów dysydenckich na Wschodzie, nie przejęła się aksamitnymi rewolucjami - od Pragi po Kijów i Tbilisi.
Kisząc się we własnym narcystycznym sosie, jest mocno zaskoczona, kiedy wbrew prawicowym tradycjom Nicolas Sarkozy powołuje się na zbuntowanych i uciśnionych, na młodego członka Ruchu Oporu, komunistę Guy Môqueta, na maltretowane muzułmanki, na brata Christiana zamordowanego w Tibhirin (Algieria) i na hiszpańskich republikanów. Zamiast krzyczeć o przejmowaniu spuścizny (jak to czyni Partia Socjalistyczna), pozwólcie, że wyrażę swą radość. W dyskursie prawicowego kandydata odnajduję Hugo, Jaure`sa, Mandela, Chabana, Camusa... Czuję się trochę jak u siebie.
W czasie długiego, pełnego zaangażowania życia nigdy nie opowiedziałem się publicznie za żadnym kandydatem (z wyjątkiem Chiraca przeciw Le Penowi w maju 2002 roku). Jestem synem austriackich Żydów, którzy walczyli z nazistami we Francji - ten kraj to mój wybór, a lewica to moja rodzina. To za nią się biję, mimo jej ideologicznej petryfikacji.
Przez pewien czas brałem pod uwagę kandydaturę Bernarda Kouchnera (założyciela Lekarzy bez Granic), która francuskiej lewicy przywróciłaby jej utracony wymiar międzynarodowy. Weto postawiła jednak Partia Socjalistyczna przerażona zuchwalstwem tego wolnego elektronu. Chciałbym pary Sarkozy-Kouchner. Opowiadając się za pierwszym z nich, stracę przyjaciół. Moja decyzja jest przemyślana - wpłynęły na nią dawne cierpienia i nowe perspektywy. Nie podzielam wszystkich wyborów kandydata Unii na rzecz Ruchu Ludowego (UMP). Na przykład w kwestii nielegalnych imigrantów wolałbym szerszą legalizację, opartą na ściślejszym przestrzeganiu kryteriów humanitarnych. Głosowanie na kogoś nie jest jednak przyjęciem jakiejś religii - to optowanie za projektem, który jest najbliższy własnym przekonaniom.
Humanizm w XXI wieku nie narzuca żadnej doskonałej idei człowieka. Jest barierą, która chroni przed tym, co w nas i wokół nas nieludzkie; nie może poprzestać na opłakiwaniu ofiar, zliczaniu zabitych i pozostawionych na pastwę losu. Odrzucając karygodną obojętność i doktrynerską manię, humanista upiera się, by "stawiać opór szaleństwu ludzi i nie dać mu się porwać" (przemówienie Sarkozy'ego z 14 stycznia 2007 roku). "Szept niewinnych dusz", jaki Sarkozy usłyszał w Yad Vashem, dyktuje mu taką definicję polityki. W tym szepcie od zawsze zawierała się moja filozofia.
p
, ur. 1937, jeden z najważniejszych współczesnych filozofów europejskich. Uczeń Sartre'a i Arona. Początkowo bliski radykalnej lewicy, od której stopniowo zaczął się dystansować. W ostatnich latach głośne stały się jego książki analizujące stan ducha ludzi Zachodu w XXI wieku: "Dostojewski na Manhattanie" (wyd. polskie 2003) oraz "Ouest contre Ouest" (2003). W zeszłym roku we Francji ukazała się autobiografia intelektualna Glucksmanna: "Une rage d'enfant". W "Europie" nr 2 z 13 stycznia br. zamieściliśmy jego tekst "Bilans przyszłości".