Zmiany klimatyczne na Ziemi wywołują coraz większy niepokój. Czy istnieją skuteczne sposoby zapobiegania im? Ulrich Beck twierdzi, że w obliczu braku globalnej polityki ekologicznej czynnikiem poprawy sytuacji mogłaby stać się "zielona polityka" Unii Europejskiej. UE ma wystarczające narzędzia instytucjonalne, by spełnić to zadanie. W dłuższej perspektywie mogłoby ono stać się również spoiwem nowego porozumienia transatlantyckiego.
p
Czyim właściwie zadaniem jest przeciwdziałanie zmianom klimatycznym? Przez jakiś czas wydawało się, że jest to wyzwanie, które muszą podjąć wszyscy, wszyscy jako jednostki. W ten sposób walka przeciwko zmianom klimatu przeistoczyła się w - często wyśmiewany - zielony wzorzec stylu życia (rower zamiast samochodu, wędrówki po kraju ojczystym zamiast lotów do ciepłych krajów itp.). Ale uwaga: zmiany klimatyczne są zbyt wielkim problemem, by mogły go rozwiązać najliczniejsze nawet jednostki. Tutaj muszą zadziałać rządy. Ale nawet one, w sytuacji, gdy "indywidualizacja" czyni coraz większe postępy, są raczej bezradne.
Powiedzenie, że dwutlenek węgla nie zna granic państwowych, stało się już truizmem, podobnie jak twierdzenie, że każda próba ograniczenia jego emisji skazana jest na niepowodzenie, o ile nie będziemy działać na skalę globalną. Jako że upłynie jeszcze sporo czasu, nim ludzkość dojdzie w tym zakresie do porozumienia, potrzebne jest rozwiązanie tymczasowe o średnim zasięgu. Nawet najbardziej zagorzali eurosceptycy muszą przyznać, że Unia Europejska jest idealnym kandydatem, gdy chodzi o wypracowanie polityki przeciwdziałającej zmianom klimatycznym. Tę właśnie szansę wykorzystał teraz przewodniczący Komisji Europejskiej José Manuel Barroso, ordynując krajom europejskim "postprzemysłową rewolucję". Już sam budżet UE idący w miliardy euro może ożywić system technologicznych innowacji. Można zawiązać nowe przymierze między państwami a gospodarką. Unia może także za pomocą swoich prawnych instrumentów skutecznie karać tych, którzy pogarszają sytuację w dziedzinie środowiska.
W tym momencie czytelnika najdzie z pewnością heretycka myśl: rządy nie mogą przecież niczego takiego zrobić, jako że od dawna nie kontrolują już decyzji ekonomicznych. Oczywiście można zaufać "cudownej sile rynku". Ale na tej drodze, nawet przy założeniu, że nasze działania odniosą największy możliwy sukces, wszystko potrwa bardzo długo. A czasu jest dramatycznie mało. "Deadline" - jak bez osłonek określa to angielszczyzna - wyznaczają tu nie rządy, lecz przyroda. Nie ma oczywiście powrotu do gospodarki planowej, zwłaszcza w Unii Europejskiej. Ale jeżeli kiedykolwiek "niezależność rynku" mogła powodować śmiertelne zagrożenie, dzieje się to właśnie teraz - w obliczu grożącej nam katastrofy klimatycznej i niewyobrażalnych kosztów, jakie z niej wynikną. W konsekwencji rządy, które odrzucałyby nową politykę energetyczną i klimatyczną w Europie, po raz kolejny dałyby sygnał, że jako państwa narodowe nie są zdolne do działania w obliczu globalnego - a więc także i narodowego - zagrożenia.
Kwestia roli państwa i rynku w globalnym społeczeństwie ryzyka zaczęła - po 11 września, w konsekwencji huraganu "Katrina" z 2005 roku, a także w wyniku rozpętanej na nowo debaty dotyczącej zmian klimatycznych - ciążyć na wizerunku Amerykanów. W każdym z tych trzech przypadków pojawiła się lub właśnie się pojawia dyskusja na temat tego, w jaki sposób należy oceniać sprzeciw wobec neoliberalnej teorii minimalnej ingerencji państwa. Krystalizuje się tutaj nowa opozycja lewicy i prawicy. Jedna strona twierdzi, że zadaniem federalnego rządu USA jest minimalizowanie zagrożeń i ryzyka, na jakie narażone są jednostki; po drugiej stronie taka definicja państwa odrzucana jest jako fałszywa i błędna.
Polityka ekologiczna jako nowy rodzaj polityki geostrategicznej odkrywana jest obecnie - równolegle do debaty na temat polityki klimatycznej w Europie - także w USA. "Jednym z powodów, dla których prezydentowi Bushowi nie udało się zostać przywódcą Zachodu - napisał Thomas L. Friedman, jeden z czołowych komentatorów politycznych w USA - jest jego brak umiejętności myślenia i działania ekologicznego, które stały się bardzo ważne dla wszystkich sojuszników Ameryki. Wątpię, by Bushowi udało się przedefiniować politykę amerykańską podczas ostatnich dwóch lat własnej prezydentury. Ale problemy dotyczące zmian klimatycznych i oszczędzania energii tak radykalnie zyskały na znaczeniu, że niemożliwe jest, by jego następca (ktokolwiek nim będzie) zignorował je i nie uczynił centralnym elementem swojej polityki. A kiedy to się stanie, wówczas z całą pewnością nowym spoiwem sojuszu atlantyckiego będzie zielone życie, myślenie i działanie - zamiast niegdysiejszej walki z czerwonym".
Zdecydowana polityka klimatyczna Unii Europejskiej mogłaby w rzeczy samej przyczynić się do zmiany wizerunku własnego Zachodu. Wraz z upadkiem muru berlińskiego państwa pozbawione nieprzyjaciół udały się na poszukiwanie nowych wrogów. Niektóre z nich mają nadzieję, że w procesie jednoczenia Zachodu wróg w postaci terroryzmu zastąpi wroga, jakim był komunizm. Ale ta nadzieja okazała się płonna już w momencie fiaska wojny irackiej. Jednocześnie pojawiła się historyczna alternatywa, czyli nowe spoiwo mogące łączyć w przyszłości Zachód. Byłoby nim wspólne zagrożenie i działanie wynikające z konieczności zapobieżenia kryzysom ekologicznym. Nie istnieje bowiem większe niebezpieczeństwo dla zachodniego stylu życia niż kombinacja złożona z przemian klimatycznych, zniszczenia naturalnego środowiska, problemów z dostawami energii i wynikających z tego ewentualnych wojen. Frank-Walter Steinmeier, niemiecki minister spraw zagranicznych, sformułował to następująco: "Bezpieczeństwo energetyczne będzie w sposób decydujący określało bezpieczeństwo globalne w XXI wieku".
Pojawia się tutaj wzorzec bardzo nowoczesnej polityki światowej, który mógłby zastąpić stary model państwowej polityki międzynarodowej. To wzorzec ponadnarodowy, wielobiegunowy, ekonomiczny, całkowicie pokojowy we wszystkich aspektach, głoszący wzajemną zależność na wszelkich możliwych płaszczyznach, poszukujący przyjaciół we wszystkich zakątkach. W tym nowym modelu "interesy narodowe" pozostają dyskretnie ukryte za zasłoną, w którą wplecione są nowe symboliczne pojęcia, takie jak "zmiana klimatu", "prawa człowieka" i "pokojowe interwencje". Czy Immanuel Kant w ironicznym tytule swego dzieła "O wiecznym pokoju" nie miał tego właśnie na myśli?
p
, ur. 1944 w Słupsku. Jest najbardziej znanym niemieckim socjologiem. Dyrektor Instytutu Socjologii na uniwersytecie w Monachium. Profesor London School of Economics. Jego najważniejsze książki to "Społeczeństwo ryzyka" (wyd. polskie 2002) oraz "Was ist Globaliesierung". W Polsce ukazała się także jego "Władza i przeciwwładza w epoce globalizacji" (1997) - pierwszy tom trylogii poświęconej globalizacji i projektowi ładu kosmopolitycznego. Ostatnio w "Europie" nr 47 z 25 listopada 2006 r. opublikowaliśmy jego tekst "Jedyna nadzieja lewicy".