Kolejne głosy intelektualnych liderów globalnej lewicy i neokonserwatyzmu zaczynają nieco nużyć swą przewidywalnością. Potwierdzają tylko przekonanie o nieubłaganej dystrybucji władzy i krytyki społecznej. Ci, którzy budują świat i sprawują w nim władzę (dziś to Bush i otaczający go neokonserwatyści, a także praktycy i teoretycy globalnego korporacyjnego kapitalizmu w Ameryce, Europie i Azji), są zwykle optymistami co do perspektyw własnego dzieła. Jeśli nawet, jak Norman Podhoretz, roztaczają jakieś apokaliptyczne wizje, to tylko po to, aby mobilizować nas przeciwko wrogom globalizacji: islamistom, lewakom itp. Wrogom, którzy wydają się umiarkowanie skuteczni w porównaniu z przetwarzającą wszystko siłą rewolucji kapitalistycznej.
Z kolei lewica, której racje w dzisiejszej "Europie" przedstawiają bardzo reprezentatywni dla jej obecnego intelektualnego stanu Roberto Unger i Tariq Ali, jest od tak dawna i tak kompleksowo pozbawiona władzy, że odbija się to na jakości jej krytyki. Lewicowcy chcą wykorzystać wewnętrzne sprzeczności kapitalizmu, tyle że dziś kapitalizm wykorzystuje je skuteczniej niż lewica, czyniąc z nich coraz to nowe siły napędowe własnej produktywności. Albo też wzbudzają w sobie wiarę w peryferyjne bunty przeciwko nowoczesności, w Cháveza czy Moralesa, którzy prędzej zbudują nowy feudalny skansen (nawet jeśli pod czerwonymi sztandarami), niż przedstawią realną alternatywę dla rewolucji kapitalistycznej. Ćwierć wieku temu socjaldemokracja musiała się użerać z rządzeniem połową Zachodu, a komuniści z rządzeniem połową Trzeciego Świata. Dziś lewica jest doskonale krytyczna i doskonale jałowa.
Na tle tej ogólnej bryndzy po raz kolejny rozbłyska geniusz Marksa. To zdumiewające, jak dobrze rozumiał on świat, który poddał krytyce. Z tego połączenia brał się jego nieoczywisty stosunek do kapitalizmu. Wrogość, a jednocześnie bezgraniczna fascynacja. Ale Marks był na lewicy jedynie genialnym wyjątkiem. Tak jak po stronie konserwatywnej Max Weber. Zwykle rządzący i ci, co ich intelektualnie obsługują, głoszą, że świat, w którym oni sami znaleźli się na szczycie piramidy trawiennej, jest najlepszym ze światów. A ci, którzy zostali od władzy odsunięci, pod szlachetnym mianem krytyki społecznej skrywają własny bezsilny resentyment. I tak aż do kolejnej nieoczekiwanej zamiany miejsc.