Roberto Unger proponuje ideę "kontrolowanej rewolucji", która, wykorzystując obecne w kapitalizmie napięcia, zmieniłaby go od wewnątrz bez dokonywania krwawego przewrotu. "Możemy tak zorganizować społeczeństwo, by transformacja nie dokonywała się poprzez >>niekontrolowany kryzys<<. Powinna ona stać się wewnętrznym elementem życia społecznego. Musimy zmniejszyć dystans pomiędzy rutynowymi praktykami podtrzymującymi trwałość systemu i nadzwyczajnymi kryzysowymi działaniami, które odrzucają >>przymus powtarzania<<, zazwyczaj za cenę przelewu krwi. Należy nieustannie stymulować kryzys".
p
Nie. Debata publiczna nie tylko w zamożnych demokratyczno-liberalnych krajach, ale i w przeważającej części rozwijającego się świata polega na reprodukowaniu ideologii późnego kapitalizmu. Nie wyodrębniła się nawet rachityczna myśl, która miałaby globalny zasięg i zarazem stanowiła alternatywny projekt intelektualny wobec założeń dominującego reżimu. Nie widzę współczesnych światopoglądowych odpowiedników klasycznego socjalizmu i liberalizmu, które w swoim czasie zdolne były rzucić skuteczne wyzwanie obowiązującemu systemowi. Można dojść do przekonania, że historia zatrzymała się w tym punkcie, a system późnego kapitalizmu stał się niemal integralną częścią praw przyrody. Niezależnie od ich powszechności takie sądy są zabobonem: ekonomiczne i społeczne instytucje ustanowione w zamożnych krajach strefy północnoatlantyckiej stanowią przypadkowy rezultat ekonomicznych i ideologicznych konfliktów. To, że sama myśl o możliwej alternatywie wobec dominującego wzoru uznawana jest za zbrodniczą herezję, stanowi rozwinięcie tego powszechnego zabobonu.
Owszem, jestem z przekonania rewolucjonistą i chcę światowej rewolucji, ale nie w formie XIX- i XX-wiecznych krwawych tumultów. Staram się nadać nowe znaczenie idei rewolucyjnej, a jednym ze sposobów na to jest uwolnienie jej od "koniecznościowego gorsetu". Marks i jego naśladowcy twierdzili, że następowaniem po sobie ustrojów społecznych rządzi ślepa konieczność dziejowa. Takie ustroje jak feudalizm, kapitalizm czy socjalizm nieuchronnie wyłaniają się w biegu historii, są okopane w swoich zasadach organizacji społecznej i dlatego nie sposób ich przeobrazić inaczej niż drogą rewolucyjną. Odrzucenie tych deterministycznych założeń przez współczesne nauki społeczne niestety nie doprowadziło do radykalizacji źródłowej intuicji, która w moim przekonaniu jest kluczowa dla marksizmu: społeczeństwo to konstrukt, jego struktury są rodzajem zamrożonej walki.
Oczywiście. Marks wskazywał, że są to burżuazyjne konstrukty. Zależy mi na rozwinięciu i praktycznym zradykalizowaniu tej intuicji. Tylko poprzez nieustanne zmienianie i korygowanie praktyk polityczno-ekonomicznych i instytucji ustrojowych zmuszamy się do tego, by reinterpretować nasze interesy i tożsamości. Jestem przekonany, że bez takiego "instytucjonalnego eksperymentalizmu" jesteśmy skazani na dzikie kryzysy rewolucyjne jako niekontrolowany, ale i konieczny sposób uwalniania się od niesprawiedliwości społecznej. Tak właśnie działo się w czasie wielkich zaburzeń historycznych XX wieku: wojen domowych czy kryzysów rewolucyjnych. W ten sposób pragnienie transformacji społecznej, walka o godność ludzką związane zostały w świadomości historycznej z przemocą i śmiercią. Natomiast okres pokoju przynosił często - jak pokazuje historia - absolutną dominację praktyk legitymizujących nierówności społeczne i wykluczenie.
Tak często bywało w historii, ale stanowczo tak być nie musi. Na pierwszych stronach "Wojny i pokoju" bohaterowie obserwują pikującą na niebie kometę Halleya. Jest ona - jak się w toku powieści okaże - zwiastunem nieszczęścia, które przyniesie Rosji carskiej kampania napoleońska. Pojawienie się komety pozostaje w bezpośrednim związku z rozbiciem stabilnego świata bohaterów książki Tołstoja, gwałtownym wyrwaniem ich z głębokiego snu. Przywołuję ten fragment powieści rosyjskiego pisarza, bowiem w pewnym sensie swoją pracę teoretyczną adresuję do ludzi zaspanych, którzy urodzili się w historycznym okresie pomiędzy kolejnymi wizytami komety Halleya. Pytam się ich, czy mamy iść przez życie, czekając na kolejne pojawienie się komety, a wraz z nią wojen i kryzysów? Otóż nie musimy czekać na katastrofę, rewolucję czy światowe załamanie gospodarcze. Możemy tak zorganizować społeczeństwo, by transformacja nie dokonywała się poprzez "niekontrolowany kryzys". Powinna ona stać się wewnętrznym elementem życia społecznego. Musimy zmniejszyć dystans pomiędzy rutynowymi praktykami podtrzymującymi trwałość systemu i nadzwyczajnymi kryzysowymi działaniami, które odrzucają "przymus powtarzania", zazwyczaj za cenę przelewu krwi. Należy nieustannie stymulować kryzys, a tym samym utrzymywać go w twórczych ryzach, zamieniać w narzędzie pozytywnej zmiany.
Mój pomysł nie jest niedorzeczny. I wcale nie jest prawdą, że nie wytrzymuje empirycznego testu. Można wskazać praktyczne przykłady odnoszące się do tej koncepcji. W wielu gałęziach zaawansowanej gospodarki procedury produkcyjne są stale zmieniane, a nawet zakłócane w celu ulepszenia wyników produkcji. Dzieje się tak w trakcie rutynowego planu pracy. Ten model jest bardzo podobny do mojej koncepcji "zinstytucjonalizowania kryzysu". W obu chodzi o skrócenie dystansu między reprodukcją systemu a jego permanentną rewizją, samodoskonaleniem. Rewolucja to nie tylko dyktatura jakobinów, ale także nowoczesne procedury kapitalistów. Dlaczego nie uogólnić tych niezwykle skutecznych doświadczeń? Powinniśmy pomyśleć o takim ustroju polityczno-ekonomicznym, który sam wskazuje (a nie ukrywa) możliwości skorygowania schematu ustrojowego.
Ilekroć konwencjonalni liberałowie odnoszą się do moich propozycji, zawsze straszą motłochem na ulicy. Jestem zawiedziony tym schematyzmem myślenia. Nie jesteśmy skazani na wybór między Madisonem a Mussolinim. Możemy podnieść temperaturę polityki bez obawy wylania się jej strumienia poza koryto instytucji. Współcześni liberałowie tacy jak Stephen Holmes utracili ducha wyzwolenia ludzkości, zachowali natomiast nabożną cześć dla projektu instytucjonalnego. Ja wybieram ducha ortodoksyjnego liberalizmu. Zależy mi na wyzwoleniu ludzkości, a nie na utrzymywaniu instytucjonalnego porządku za wszelką cenę.
Wszelkie próby stworzenia alternatywnej wizji charakteryzuje następujący dylemat: jeśli proponuje się pomysł odmienny od konformistycznego modelu, wówczas zyskuje on opinię ciekawego, ale utopijnego, jeśli natomiast sformułuje się myśl bliską istniejącym schematom, oceniana jest ona wprawdzie jako realna, ale dyskwalifikuje ją trywialność. Moje stanowisko nie jest dogmatycznym wzorem, lecz jedynie antycypacją kierunku zmian, wzmocnioną szczegółowymi opisami kilku następnych kroków. Bez wizji transformacji za każdym razem będziemy cofani do owego retorycznego dylematu ujawniającego bezsilność. Nie można zrozumieć tego impasu bez wskazania na kryzys języka akademickiego. Nauki społeczne nie dostarczają współcześnie narzędzi pozwalających sformułować alternatywę ustrojową. Ich skrytym założeniem jest swoisty neodarwinizm, sprowadzający się do tezy, że doświadczenie historyczne ujawnia sprawniejsze i efektywniejsze praktyki społeczne.
Współczesny ruch lewicowy jest zdezorientowany. Istnieją trzy węzłowe problemy: brakuje alternatywnej wizji, sposobów jej wyrażenia, a także kryzysu społecznego, który poniósłby ten ruch. Etatystyczna lewica została zdyskredytowana. W warunkach rozproszonej, innowacyjnej struktury ekonomicznej Zachodu pomysł, by rząd ustanawiał kierunki gospodarki, jest nonsensem. Z kolei bliski sercu europejskiej socjaldemokracji pomysł redystrybucji środków pozyskiwanych z podatków nie jest efektywną metodą rozwiązania problemu; redystrybucja podatków nie wystarczy także do tego, by zapobiec rozwarstwieniu społecznemu czy wykluczeniu. Lewicy brakuje idei, które pozwoliłyby rozszerzyć istniejący zestaw praktyk organizacji społecznej. To "napięcie ideowe" nie wyłoni się bez otwarcia świadomej debaty na temat nowego modusu polityki i gospodarki na Zachodzie. Ta debata została de facto zamknięta na początku XX wieku.
Zasadniczy problem dnia dzisiejszego wynika z "wąskiego dojścia" do zaawansowanych sektorów produkcji - jedynie bardzo mała część populacji jest w nią bezpośrednio zaangażowana. W rezultacie współczesne społeczeństwo jest podzielone na kastę uczestników przestrzeni zaawansowanej produkcji oraz kastę odchodzącego w przeszłość systemu produkcji masowej. Istnieją także dwie inne "kasty": kasta pracowników publicznych usług oraz niewykwalifikowanej siły roboczej, często składającej się z imigrantów i mniejszości etnicznych. Rozwarstwienie narasta. Uważam, że myśl lewicowa nie powinna tracić energii na fantazjowanie o nakazowo-rozdzielczej gospodarce ani kompensować krzywdy nierówności społecznych za pomocą polityki podatkowych transferów. Celem lewicy powinno być wyposażenie zwyczajnych ludzi w ekonomiczne i edukacyjne instrumenty pozwalające im na efektywną działalność.
p
, ur. 1947, brazylijski prawnik i badacz społeczny, profesor prawa na Uniwersytecie Harvarda, założyciel i jeden z liderów krytycznej szkoły legalizmu (critical legal studies movement). Jeden z ciekawszych myślicieli współczesnej lewicy. Od końca lat 70. aktywnie uczestniczy w brazylijskim i południowoamerykańskim życiu politycznym - kandydował m.in. na prezydenta Brazylii. Autor m.in. książek: "False Necessity: Anti-Necessitarian Social Theory in the Service of Radical Democracy" (1987), "Social Theory: Its Situation and Its Tasks" (1987), "What Should Legal Analysis Become" (1996), "Democracy Realized: The Progressive Alternative" (1998) oraz ostatnio "What Should the Left Propose?" (2006).