Pokolenie, które dziś sprawuje władzę w Polsce, tęskni za rewolucją, a książka J.M. Rymkiewicza o warszawskich wieszaniach tęsknoty te ubiera w elegancką, literacką formę - zauważa Bronisław Łagowski. To swoisty antymoralitet, który wyraża prawdę politycznych relacji: "Gdy lud się buntuje, władca uśmierza bunt dostępnymi sobie środkami, szubienic nie wyłączając. Gdy król traci władzę i wszystko w państwie się rozprzęga, lud pozostawiony bez opieki ma prawo postąpić podobnie z królem".
Nawet najbardziej rozważnych ludzi nachodzi niekiedy myśl, że bez rewolucji nic się nie da zrobić: ani wrogów wypędzić, ani kraju ucywilizować. Jerzy Giedroyc w rozmowie z Barbarą Toruńczyk w 1981 roku zwierzał się ze swoich skrytych marzeń: "Wie Pani, wolałbym tego nie notować, bo przede wszystkim źle się czuję i to są takie luźne myśli... Nie należało się bać rewolucji. To jest przekleństwo Polski. Myśmy cały czas w swojej historii bali się rewolucji. Począwszy od Kościuszki. To samo, jeśli idzie o okres dwudziestolecia. [...] A przecież miała Pani elementy rewolucyjne: wypadki krakowskie, strajki chłopskie, problemy narodowościowe. Wszystko to było zmarnowane. Wszyscyśmy się bali, że nie możemy sobie na to pozwolić. I dlatego szereg problemów nigdy nie zostało załatwionych". Nowa okazja do zrobienia rewolucji przyszła w 1981 roku. "Myślę - mówi Giedroyc - że to będzie rewolucja anarchiczna. I wszędzie ma Pani już grunt pod to. Żadna ideologia: do głosu dojdzie cała ta dzisiejsza młodzież, to, co ona ma w głowach. To będą straszne rzeczy." Giedroyc chciał tych "strasznych rzeczy" i to na skalę Europy i Azji. "Wszystko by się rozwaliło. Wszystko. I tak można byłoby jeździć od kanału La Manche do Oceanu Lodowatego. Na taczankach. Byłby wtedy chaos niesłychany". Ówczesna młodzież, dziś pokolenie w sile wieku, ale ze świadomością wydarzeń 1981 roku, ma wszelkie warunki po temu, by czuć się dobrze, niestety czuje się źle i podobnie jak chwilowo osłabiony Giedroyc marzy o jakiejś rewolucji. Nie może przeboleć, że tak znakomite okazje jak ćwierć wieku temu, a następnie 17 lat temu zostały utracone. Teraz na szubienice z drewna nie ma przyzwolenia społecznego - chociaż woli politycznej nie brakuje. Rewolucja może się teraz dokonywać tylko symbolicznie - jako "rewolucja moralna". Arcybiskupa, który "nas" zdradził, unicestwiamy, nie dotykając nawet jego ciała. Zainteresowanie książką Jarosława Marka Rymkiewicza "Wieszanie" jest znaczące. Przybiera ono tu i ówdzie intensywność fascynacji. Autor utrafił w nastrój postsolidarności, w którego istnienie ludzie prości, tacy jak ja, sami siebie mający za "racjonalistów", przestali już wierzyć. Nie musiał trafiać, to jest przecież jego nastrój. Poglądy, jakie w tej znakomicie - niestety - napisanej książce znajduję, są tego rodzaju, że trudno je przypisać realnemu człowiekowi. Rzecz ma się chyba w ten sposób, że żywy człowiek, Jarosław Marek Rymkiewicz, wykreował narratora, który wypowiada swoje cyniczne poglądy na opisywane wydarzenia z wiosny 1794 roku, na czyny, jakich dopuścił się lud czy motłoch warszawski (zwłaszcza na czyn najważniejszy, choć niedokonany - powieszenie króla Stanisława Augusta Poniatowskiego), a także na prawo ludu czy motłochu do wymierzania sprawiedliwości tym, którzy na mocy umowy społecznej powinni nim rządzić, a już nie rządzą.
Mimo że w warstwie faktograficznej "Wieszanie" jest prawdziwe, a w szczegółach dotyczących szubienic i wieszania nieraz sadystycznie ścisłe, nie wydaje mi się ta książka historyczną opowieścią, lecz raczej przypowieścią. I nie moralitetem, lecz antymoralitetem. Główne przesłanie, do którego prowadzi, jest następujące: jeżeli dobry i światły król jest bezsilny i nic już w sprawach państwa nie może, powinien zostać przez lud powieszony. Ten postulat nie został dowolnie wymyślony, oddaje on naturę rzeczy. Strony zawierające umowę społeczną, lud i władca, mają mniej więcej równe prawa: gdy lud się buntuje, władca uśmierza bunt dostępnymi sobie środkami, szubienic nie wyłączając. Gdy król traci władzę i wszystko w państwie się rozprzęga, lud pozostawiony bez opieki ma prawo postąpić podobnie z królem. Dotykam punktu, w którym trudno oddzielić autora od narratora. Jarosław Marek Rymkiewicz wiele razy dawał do zrozumienia (a nawet głosił to wprost), że gdy gen. Wojciech Jaruzelski w 1989 roku oddał władzę, należało go powiesić na Krakowskim Przedmieściu.
Tukidydes, a za nim Arystoteles pisali, że być tyranem to rzecz niesprawiedliwa, ale przestać nim być to rzecz niebezpieczna. Stanisław August władzy królewskiej nie utracił, ponieważ nigdy jej nie miał. Wina za złamanie umowy społecznej na nim nie ciąży. Królowie elekcyjni w Polsce byli przywódcami społeczeństwa obywatelskiego, a nie władcami. Rzeczpospolita na długo przed Poniatowskim przestała być państwem. Mocarstwa ościenne były poniekąd w swoim prawie, rozciągając systemy państwowe na obszar bezpaństwowy. Generał von Clausewitz postrzegał Polskę jako kawałek Orientu w środku Europy; podobnego zdania byli też inni obserwatorzy wychowani w duchu oświecenia (romantyzm to zmieni). Fryderyk II nazywał Polaków Irokezami, głównie z powodu stroju i fryzur, ale nie tylko dlatego. Czy taka anomalia miała prawo do istnienia w cywilizowanej Europie, pyszniącej się porządkiem, który był rezultatem dwóch czy trzech wieków panowania monarchii absolutnej? Polska podobała się tylko Janowi Jakubowi Rousseau, który zdobył sławę dzięki głoszeniu paradoksów.
Trzeba się zgodzić, że historycy nie poznali się na znaczeniu rewolucji warszawskiej 1794 roku. Z dzisiejszego punktu widzenia to samo można powiedzieć o "dniach sierpniowych" 1831 roku, kiedy to w trakcie dogorywającego powstania listopadowego w Warszawie miały miejsce "wieszania" domniemanych agentów rosyjskich. Historycy rozpisywali się o bitwach pod Olszynką Grochowską czy pod Ostrołęką, o perypetiach rządowych i sejmowych w stolicy, o działaniach dyplomatycznych niemających żadnego znaczenia, a przemilczali lub pomniejszali to, co się w samej Warszawie działo. Lud warszawski, który bez uszczerbku dla prawdy możemy też nazwać motłochem, od początku powstania do samego końca miał uwagę skierowaną na tajnych agentów policji Wielkiego Księcia Konstantego. Szukano ich, demaskowano, zmuszano rząd powstańczy do zajęcia się nimi i ten rząd - w swoim mniemaniu nie mając innego wyjścia - kazał uwięzić podejrzanych, w tym niewinnych generałów, których lud, motłoch, w końcu zamordował, razem z kilkudziesięcioma innymi podejrzanymi (przeważającą część stanowili Żydzi). Oczywiście, że były zakusy na życie członków rządu, w tym także na "imiona historyczne", jak książę Adam Czartoryski. Trzydzieści lat później powstańcy styczniowi nie wieszali w Warszawie, ponieważ nie było fizycznej możliwości. Podejrzanych o brak patriotyzmu sztyletowali lub rozstrzeliwali. Podejmowali kilka prób zamordowania najwybitniejszego Polaka tamtego okresu - mówię oczywiście o Wielopolskim. Wiele wyroków śmierci podpisywał sam Romuald Traugutt (obecnie kandydat na świętego), ale systematyczna rozprawa ze "zdrajcami" miała przyjść po spodziewanym zwycięstwie powstania.
"Wieszanie" Rymkiewicza może mieć ten interesujący skutek, że skieruje uwagę na wydarzenia traktowane przez patriotyczną "politykę historyczną" jako godne pożałowania, ale drobne incydenty towarzyszące bohaterskiej walce narodu polskiego i uczyni z nich wydarzenia główne. Każda formacja polityczno-kulturalna rozpoznaje się we wzorach, precedensach czy mitach historycznych, a formacja, która obecnie w Polsce dominuje, rozpozna się w tym, co Rymkiewicz stawia nam przed oczami. Po dwudziestu kilku latach rozmodlenia Polacy dla złapania równowagi chętnie przeczytają pogodną w tonie książkę o wieszaniu zdrajców.
p
, ur. 1937, filozof, historyk idei, publicysta, do niedawna związany z Uniwersytetem Jagiellońskim. W 1977 roku wydał "Filozofię polityczną Maurycego Mochnackiego" - jedną z najważniejszych książek lat 70., odczytywaną jako manifest specyficznego politycznego realizmu. Poza tym opublikował zbiory esejów: "Co jest lepsze od prawdy?" (1986), "Liberalna kontrrewolucja" (1994), "Szkice antyspołeczne" (1997) oraz "Łagodny protest obywatelski" (2001). Kilkakrotnie gościł jako autor na łamach "Europy" - ostatnio w nrze 4 z 27 stycznia br. zamieściliśmy wywiad z nim "Czego nauczyliśmy się od Alaina Besancona".