Smaczna jest rozmowa Cezarego Michalskiego z Ludwikiem Dornem. Obaj panowie ostentacyjnie z siebie szydzą. Każdy bawi się słabościami drugiej strony, ale swoją słabością także.
Michalski bezlitośnie wyszydza pozorny realizm rewolucji, która kreśli obraz monstrualnego potwora, aby chwilę potem przystępować do walki z nim na jednej nodze. Jeżeli układ istnieje i jest taki straszny, bez mała wszechpotężny, to łatwość w zrezygnowaniu z sojuszu z PO jest - w kategoriach czysto politycznych - nawet nie brawurą, po prostu samobójczą naiwnością. A koalicja PiS z Lepperem i Giertychem jest już po prostu komiczna. Nie tylko ze względu na ich wątłą rewolucyjną siłę, ale także z uwagi na kompletny brak rewolucyjnego seksapilu. No bo kogo uwiedzie Łyżwiński?
A co na to Dorn? Ten z kolei pastwi się nad wizją koalicji PO-PiS, która siłą swej wewnętrznej miłości i nostalgii za mitem pierwszej "Solidarności" obala postkomunistyczne mury. I ma sto procent racji. Jeśli bowiem rewolucję traktować poważnie, nawet w jej wersji soft, w granicach demokracji i prawa, to wizja jej lirycznego przebiegu, z kibicującym jej tłumem zachwyconych inteligentów, jest publicystycznym kiczem. Żywioł - jak wiadomo - chodzi w berecie i brakuje mu górnych jedynek. Oczywiście w marzeniach tzw. sierot po PO-PiS-ie można w roli tego żywiołu obsadzić warszawsko-krakowską profesurę (oczywiście nie Jedlickiego czy Skargę, ale np. Śpiewaka, Legutkę i Krasnodębskiego). A także gwiazdy mediów, przynajmniej niektóre, młodsze i szlachetniejsze. Ale po co nazywać taką wizję realizmem? I czemu za niespełnienie tych fantazji oskarżać polityków?
Czy jednak Dorn ma rację we wszystkim? Osobiście mam wątpliwości, czy Łyżwiński, figura nie tylko estetycznego gwałtu, może wystąpić jako cywilizowany substytut rewolucyjnej przemocy. Natomiast wręcz kapitalny jest opis sympatyzującego z PiS (choćby próbującego sympatyzować pomimo wszystko, bo nie ma dla niego innej politycznej propozycji) humanistycznego intelektualisty. Wyrodek. Polityczna oferma, która chce robić rewolucję w metapolityce. Bo myśli, że tam właśnie jest polityka realna. Aż trudno się dziwić, że zamiast tego PiS wybiera jako sojusznika inżyniera Karwowskiego z kluczem francuskim w ręce. Żeby tym razem "Czterdziestolatek" zbudował w Polsce sieć atomowych elektrowni.