Slavoj Zizek, którego w najbliższy poniedziałek będzie można posłuchać w Warszawie, jak w kolejnym "Dzienniku Idei" spiera się z Andrzejem Walickim i Agatą Bielik-Robson o to, czy lewica ma powody do antyliberalnej rewolucji - to prawdziwy bicz na lewicę. Nie tylko tę Leszka Millera, Józefa Oleksego czy Aleksandra Kwaśniewskigo - polskich interpretatorów słynnego manifestu Blaira i Schrödera. Ale także tę Sławomira Sierakowskiego czy Kingi Dunin, którzy robią wiele, żeby polską lewicę wyprowadzić z postkomunizmu, a i tak wpadają w pułapkę, którą współczesny liberalizm na kulturową lewicę zastawił. Odgrywają sumiennie rolę radykalnych gości telewizyjnych talk-show.
Zizek szydzi, kłuje, a lewica i tak musi go słuchać. Kiedy krytykuje jej oportunizm i puste szuflady, brak już nie tylko Marksa, czyli dobrej krytycznej teorii, ale nawet Lenina, czyli politycznej praktyki.
Dlaczego i dla nas, zewnętrznych, liberalnych obserwatorów, takie krytyki są ciekawe? Bo dzisiejsza prawica - i to nie tylko polska - nie ma na temat lewicy nic ciekawego do powiedzenia.
Intelektualny banał dzisiejszego konserwatyzmu brzmi: lewica to nihilizm, lewica to grzech... ale dlaczego? Trudno by szukać na łamach "Frondy" tak wnikliwych dyskusji o współczesnej myśli lewicowej, jakie "Krytyka Polityczna" poświęca współczesnej prawicy. Są oczywiście stronnicze, agresywne, ale konserwatystów tam się przynajmniej czyta, podczas gdy - powtarzam, nie tylko - korzystając z politycznej przewagi utracili wszelką ciekawość teorii.
Dlatego najciekawsze krytyki lewicy pochodzą dzisiaj właśnie z lewa. Obojętnie, czy będzie to Slavoj Zizek szydzący z utrwalaczy globalnego kapitalizmu Negriego i Hardta (czytanych przez naszych młodych neomarksistów jak biblia), czy prezentowany regularnie na łamach "Europy" Peter Sloterdijk, który uderza jeszcze głębiej. Pyta o zasadność samego fundamentu - mesjanicznej tęsknoty za społeczną apokalipsą. Sloterdijk i Zizek to właściwie najciekawsi dzisiaj uczestnicy sporu, czy dalsze trwanie lewicy ma w ogóle sens w liberalnym społeczeństwie, które sen o równości i dobrobycie realizuje szybciej niż jakikolwiek marksistowski reżim w historii. A jeśli ma sens, to na czym on polega.