p

Przemysław Czapliński*

Nieustający powrót do przeszłości

Książka "Wojna pokoleń" mówi o pokoleniu ludzi urodzonych po roku 1960 - o jego miejscu w najnowszej historii Polski, stosunku do pokolenia poprzedniego, światopoglądowym uposażeniu i szansach wybicia się na narracyjną niezależność. Można odnieść wrażenie, jakby dla inicjatora tej konfrontacji, Piotra Nowaka, rezultatem publikacji miał być szereg ostatecznych decyzji w sprawie pokolenia: czy istnieje? Jakie ma prawa obywatelskie w najnowszych dziejach? Czy powinno sięgnąć po władzę?

Ale wyraźnym rozstrzygnięciom przeszkadza kategoria "pokolenia", która nikomu z uczestników dyskusji właściwie nie pasuje. Każdy odnajduje w określeniu "pokolenie" minimum oczywistości, które pozwalają na snucie opowieści, a zarazem niemal wszyscy czują w nim niedostatek precyzji. Dyskomfort ten, jak można sądzić, bierze się ze zderzenia dwóch nieprzystawalności: potrzeby posiadania własnej narracji i niemożności jej odnalezienia w języku generacyjnym.

Jednak mimo licznych zastrzeżeń wobec kategorii pokolenia, książka przekazuje dość wyrazisty portret ludzi urodzonych na początku lat 60. O konturach tego portretu decyduje jednak nie tyle odrębny wizerunek własny, co silne światło rzucane przez Ojców - przedstawicieli pokolenia '68. Zwłaszcza w kapitalnym tekście Agaty Bielik-Robson tamto starsze pokolenie przedstawia się jako optymalne: jest zwarte, pozbawione wewnętrznych zróżnicowań, a co najważniejsze - jako jedyne w powojennej historii Polski potrafiło przetłumaczyć swoje doświadczenie generacyjne na projekt polityczny. Wpływ tej generacji na politykę polską po roku 1989, na scenę polityczną i dostępne języki ekspresji okazał się tak przemożny, że następne pokolenie zostało skazane na niemotę. Niemota dotknęła pokolenie "połowy lat osiemdziesiątych" (Gawin nazywa je "pokoleniem '86") nie tylko z racji Ojców, którzy pokradli rozmaite języki zbiorowej tożsamości, lecz także ze względu na szczególną historię, która zamknęła się nad "dziećmi" w czasie dorastania.

Doświadczeniem formacyjnym ludzi należących do tego pokolenia nie była bowiem ani "Solidarność", ani stan wojenny, lecz niewyraźna rzeczywistość - "niedorzeczywistość" - schyłkowego PRL-u. Pokolenie to "zamiast Wydarzenia - pisze Agata Bielik - miało całą dekadę, w której rzeczywistość zacięła się niczym zdarta płyta i w której nie było żadnego >>skąd<< i >>dokąd<< [...]. Złapane w sieć powtórzenia, pozbawione swoich mitów, które z każdym ponownym odegraniem brzmiały tylko gorzej i gorzej, coraz bardziej alergiczne na wszelkie symbole walki narodowej, niepewne swego celu, mogło być ono wszystkim innym - tylko nie materiałem dla narracji heroicznej". Jeśli wystąpiło w jakiejś roli, to jedynie "mięsa armatniego" wysyłanego na ulice pod pałki milicjantów, aby opozycjoniści dysponowali "argumentem nacisku na reżim" (Dariusz Gawin). A ponieważ młodzi nigdy nie doczekali się uznania ze strony starszych, więc na plecach zostały im sińce, a w duszach - uraz.

Reklama

W rezultacie powstało pokolenie "ze zbyt bogatym doświadczeniem historycznym": już wychylone ku ponowoczesności (a przynajmniej gotowe na przyjęcie jej ludycznych zdobyczy takich jak swoboda kształtowania własnej tożsamości), a równocześnie zmuszone do racjonalnego analizowania społeczeństwa jako tworu nie-naturalnego i cofnięte do wspólnotowych ram życia podpowiadanych przez plemię (rodzinę, Kościół) w obronie przed komunizmem. W tym nadmiarze niedających się uzgodnić języków i doświadczeń tkwi - jak przekonuje Agata Bielik--Robson - przekleństwo i siła pokolenia. Przekleństwo, bo niespójny wolapik nigdy nie pozwoli na ułożenie scalającej wszystko opowieści. Siła, bo współczesność obejmuje wielość rzeczywistości "niesprowadzalnych do jednego wspólnego mianownika". Siła ta objawić się może pod postacią niewybierania: jeśli świat zażąda jednoznacznej deklaracji w języku przednowoczesnym (wspólnota katolicka), nowoczesnym (instytucje państwa) bądź ponowoczesnym (doraźne i nietrwałe integracje wokół przemijających celów podporządkowanych życiu pojętemu jako kolekcjonowanie doświadczeń), wówczas pokolenie "połowy lat 80." będzie zdolne powiedzieć "nie".

Młodzi starym gotują ten los

Rok 2007 - trudno wyobrazić sobie gorszy moment na publikację tej książki. W co drugim tygodniku pojawia się jakiś tekst korzystający z pojęcia pokolenia. I za każdym razem ostatecznie okazuje się, że chodzi o to samo. Kilka tygodni temu Zdzisław Pietrasik w artykule "Bój z wujami" ("Polityka" nr 6/2007) opisał skandal, jaki w styczniu 2007 wywołał Robert Bolesta. Ten "dramaturg i kierownik literacki w podupadającym teatrze" sformułował dekalog młodego dramaturga. Punkt 8 dekalogu mówił: "Pierdol naszego szanownego patrona (Zygmunta Hübnera)", zaś punkt 10: "Młody jebie starego". Wulgarność tego ataku oddaje właściwie istotę problemu: albo jest tak, że "starzy" obsiedli wszystkie miejsca społecznej debaty, albo "młodzi" nie mają nic do powiedzenia, więc mówią prawdę właśnie wtedy, gdy sięgają po metafory sugerujące, że chodzi tylko o wydymanie "starych".

W książce "Wojna pokoleń" nie znajdziemy idei - znajdziemy za to rozliczne, uczciwie zgłaszane wątpliwości oraz dziwne wezwanie do pokoleniowego czynu rzucone przez Piotra Nowaka: "[...] siła starszaków [...] zależna jest od stopnia naszej uległości. Chodzi teraz o to, by umieć wyhamować ich starczy imperializm, jak to zrobiły córki Leara. Mówiąc krótko: dość paternalizmu, dość strofowania (także ideowego), nagradzania, klepania po plecach. Oni mają boja. Dlatego spróbujmy się dogadać na partnerskich zasadach właśnie teraz".

A zatem: nie mamy idei, mamy ochotę na udział we władzy, ale nie mamy dość siły, by starych usunąć ze sceny, a więc dogadajmy się.

Starzy młodym życzliwi

Radosław Lenarski w tekście "Młode wilki na start" ("Gazeta Wyborcza" nr 63 z 15 marca 2007), poświęconym wyścigom Formuły 1, opisuje "pustkę po Schumacherze" i walkę o prymat po odejściu siedmiokrotnego mistrza świata w tej dyscyplinie: "Jest to rywalizacja młodych - a jeśli nie całkiem młodych, to na pewno nowych - wilków zaangażowanych przez potężne, liczące się w walce o tytuł zespoły". A zatem: świat czeka na córki Leara, bo Lear sam odszedł - w glorii sławy, zostawiając swoich wielbicieli z poczuciem niedosytu i w przeświadczeniu, że mógłby jeszcze kilka lat trzymać koronę na głowie. Ale jeśli już król odszedł, to nikt nie będzie zatrzymywał spektaklu międzypokoleniowej wymiany.

Z punktu widzenia Reguły Konkurencji jest obojętne, czy młodzi zabiją starego, czy będą zabijali się nawzajem. Różnice generacyjne zostaną obsłużone inną retoryką - na przykład taką jak w tekście o Formule 1: stado pozbawione samca, młode wilczki zgłodniałe przywództwa.

Starzy młodym sprzyjają. Żeby tego nie widzieć, trzeba nie widzieć Młodzieży Wszechpolskiej, młodego Giertycha i Wierzejskiego, trzeba zapomnieć o niedawnym prezydencie i aktualnym ministrze rybołówstwa. Żeby postrzegać "starych" jako sklerotyczną klikę, która nie dopuszcza młodych do władzy, trzeba też niezłomnie wierzyć, że byłoby zupełnie inaczej, gdyby do władzy doszli młodzi. "Wojna pokoleń" nie przekonuje, że faktycznie byłoby.

Gaj oliwno-koncentracyjny

Rok 2007 - trudno wyobrazić sobie gorszy moment na publikację tej książki. Niemal każda grupa polityczna czeka na to, by młodzi rzucili się na (wskazanych) starych bądź aby starzy sami odeszli i pozwolili innym (młodym i starym) oglądać spektakl walki. Trzeba być socjotechnicznie naiwnym, by sądzić, że cokolwiek da się zmienić, proponując wojnę pokoleń polskiej władzy, która właśnie rozpoczęła kolejną wojnę.

Zaczynem "Wojny pokoleń" była dyskusja na temat pokolenia '86 zainicjowana w roku 1996. Wtedy powstały teksty Agaty Bielik-Robson i Dariusza Gawina.

W 2004 roku doszło do rozmowy - którą w książce opatrzono tytułem "Spotkanie" - z udziałem Piotra Nowaka, Janusza Ostrowskiego, Pawła Dunin-Wąsowicza, Dariusza Gawina, Krzysztofa B. Kruszewskiego i Piotra Graczyka. Do tego dołączono teksty pozostałe - m.in. Pawła Śpiewaka, Zygmunta Baumana, Aleksandra Ochockiego. W rezultacie powstał nieprawdopodobny miszmasz, zabawne i upiorne seminarium, które podważa przekazywane przez siebie kategorie pojęciowe, unieważnia - sporządzone z pełną powagą - poręczne skróty historyczne, ośmiesza, a przynajmniej relatywizuje śmiertelnie poważne zawołania, które głosi. Można więc czytać tę książkę tak, jak to uczyniła Magdalena Kowalska - skupiając się przede wszystkim na pokoleniowej rozmowie. Autorka w brawurowym stylu zinterpretowała "Spotkanie" jako grupowy spektakl autoerotyczny, którego celem jest symulacja pokoleniowej woli.

Symulakrum jest konieczne nie tylko dlatego, że nie ma już wyrazistej sceny politycznej, na której wojnę wiodłyby ze sobą stany, klasy bądź płcie, lecz dlatego, że nawet wyrazisty projekt wydaje się tu mocno wątpliwy. Kiedy już udaje się bohaterom wzbudzić w sobie wiarę w to, że chcą, wtedy muszą (tym samym aktem symulacyjnym) powołać do istnienia scenę publiczną, na której jedno pokolenie rzekomo blokuje innemu dostęp do władzy.

Oczywiście uczestnicy rozmowy mogliby odpowiedzieć Magdalenie Kowalskiej, że zdają sobie sprawę z połowiczności własnych przekonań, wirtualności własnych przeciwników, hiperrealności świata, który wykreowali w języku. Wszyscy oni podkreślają bowiem nieadekwatność pojęć przez siebie stosowanych do opisywanej rzeczywistości. Tymczasem jednak rzeczywistość dopasowała się do książki. Oto pomiędzy datą pierwszych tekstów, datą "Spotkania" a datą wydania całości dokonała się w Polsce istotna przemiana: rząd PiS, LPR i Samoobrony stał się pokracznym spełnieniem marzeń neokonserwatystów. Jak pisze Janusz Ostrowski: "Dzisiaj PiS przekształca się w partię narodową, endecką, a postulat >>przebudowy<< zastąpiono >>walką z korupcją<<, mnożeniem kolejnych >>narodowych instytutów<< (choćby >>wychowania<< - pomysł w stylu Salazara i Franco) i wymachiwaniem Rydzykiem jako politycznym pistoletem Pana Boga. [...] Ów neoendecki scenariusz czynnie wspierany przez niegdysiejszych młodych konserwatystów oznacza gwałtowne przesunięcie na prawo całej sceny politycznej i zablokowanie realnego dyskursu".

Powstaje więc fałszywa scena polityczna zintegrowana wokół etykietek naklejonych na atrapy. To już nie symulakrum, lecz podróbka podróbki. Ale koło nienawiści zostało uruchomione.

Kapitalna diagnoza Ostrowskiego dałaby się pewnie ująć jeszcze wyraźniej - wbrew tym, którzy mówią o recydywie PRL-u, mamy dziś do czynienia z recydywą II RP z lat 30.: ponieważ jesteśmy społeczeństwem monoetnicznym i monoreligijnym, więc wytworzenie jedności może się dokonać za cenę ustawicznego wskazywania innych i przekształcania ich w obcych. Nic więcej to państwo nie ma swojemu społeczeństwu do zaoferowania - dlatego z dnia na dzień będzie pogrążało się coraz bardziej w neofaszystowskiej retoryce, kamuflowanej Bogiem, patriotyzmem i obroną życia od poczęcia. Tym, co określa dzisiejszą scenę polityczną, nie jest gwałtowne przesunięcie na prawo, lecz wpuszczenie do prawicowego centrum języka nienawiści - antysemityzmu, ksenofobii, mizoginii. W tym języku, uszlachconym przez władzę, każdy skrót myślowy i historyczny jest możliwy, każda kombinacja pojęć dopuszczalna: feministki okażą się komunistkami, geje - pedofilami, Żydzi - mordercami, a liberałowie - antypolakami. W mowie nienawiści wróg jest lepki, więc zmienny, ale podstawowy zestaw naszych Obcych jest stały: Kobieta, PRL-owiec, Kapitalista, Żyd i Odmieniec seksualny.

Kategorie te reprezentują podstawowe parametry tożsamości każdego z nas: płeć, położenie względem przeszłości PRL-owskiej, miejsce w kapitalistycznej teraźniejszości, pochodzenie etniczne, preferencje seksualne. Tylko redukcja tych parametrów do wąskiego zestawu - heteroseksualność, polskość, męskość (kobiecość jest tu pozbawiona podmiotowości), brak czynnych kontaktów ze służbami komunistycznymi, brak korzyści z kapitalizmu - pozwala zaprowadzić społeczeństwo do krainy niewinności. Dostajemy jednak tę niewinność w zamian za zrzeczenie się cząstki wolności oraz za wyrzeczenie się solidarnej więzi z innym człowiekiem. I tak droga od PRL-u do IV RP kończy się - jak na razie - w gaju oliwno-koncentracyjnym.

Kto ukradł bajkę

Fatalny moment publikacji książki "Wojna pokoleń" polega więc na tym, że kiedy narcystyczną bajkę o pokoleniu hamletycznym, przygotowanym do odwlekania decyzji, podjął inny podmiot, bajka nagle zamieniła się w horror. Okazało się bowiem, że podskórnym mechanizmem tej narracji były frustracja i resentyment. I nagle znaczna część społeczeństwa - "plebs", jak napisał w innym tekście Cezary Michalski - poparła autoerotyczną narrację, która w imię czystości pozwala wreszcie wyładować zablokowane libido. Ale rewolucja nie może spełnić się w orgii stwarzania nowego porządku, wymyślania świata od nowa, bo to jest ścieżka zakazana - totalitarna, utopijna, lewacka. My wkroczyliśmy w lata 90. z przeświadczeniem, że odbudujemy normalność, sięgając do dawnych wzorców. Dlatego zamiast orgii - mamy kontrrewolucję seksualną. Zamiast stwarzania nowego świata - krępowanie swobodnej gry społecznych pożądań i ścisłą kontrolę macicy, uprzedmiotowienie kobiety i podporządkowanie jej płodu interesowi narodu.

Finałem tej narracji jest więc publiczny lincz. Jak stwierdza Graczyk: "Lincz to jest wybuch słusznego gniewu większości moralnej (która w chwili linczu odkrywa, że jest moralna i że jest większością) przeciwko wszelkiego rodzaju odmieńcom. Konserwatyzm jest o tyle >>sexy<<, o ile jest siłą pozwalającą na linczowanie" ("WP", s. 34). Formułując to kapitalne zdanie, Graczyk wyjaśnił bardzo wiele: wystarczy w społeczeństwie lękającym się o własną atrakcyjność erotyczną obudzić przeświadczenie, że Inni skradli Naszą rozkosz, aby frustracyjny konsensus zamienić w rewolucję moralną. Jej ofiarami padają grupy coraz szerzej definiowanych odmieńców. Za chwilę dołączą do nich inteligenci (w końcu jest ich w tym kraju tylko 12 proc., więc też są mniejszością), a wyobraźnia plemienna podsycana wizją pełnej identyczności wynajdzie kolejnych. W każdym z tych fantazmatów mści się nieprzemyślana i nieprzetworzona epoka modernizmu - traktowana jako zbiór obcości. Społeczność postkolonialna, która nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, czy może wreszcie uznać modernizację za własny czyn i czy może go wreszcie przeprowadzić, będzie produkować upiory zastępcze. Ale prześladować będzie całkiem realnych ludzi.

Zwrot

Kiedy już uczestnicy debaty pokoleniowej odkryli, jak łatwo można wykorzystać mininarracje "zawiedzionych nadziei", "zdradzonych czystych intencji", "wykorzystanych serc młodości", powinni byli się zatrzymać. Mogliby sobie zadać pytanie, czy rzeczywiście nie istnieje doświadczenie formacyjne. I być może doszliby do wniosku, że jest nim bezrobocie - to, które dotknęło ich rówieśników, rodziców ich rówieśników, a także ludzi młodszych. Albo może wskazaliby na zanik solidarności rozumianej jako społeczna zdolność wytwarzania nieformalnych więzi ze słabszymi. A może doszliby do wniosku, że pokolenie składa się z wielu takich doświadczeń i że każde z nich może zostać obudowane jakąś narracją.

Tymczasem jednak autorom i współautorom książki "Wojna pokoleń" przytrafiło się fatalne, ale i ważne doświadczenie. Stworzyli narrację, która zakrywa rzeczywistość i usprawiedliwia wszystko: bohaterowie mówią tak, jakby należeli do nieudaczników (to figura, którą Cezary Michalski znakomicie wyinterpretował z powieści Michela Houellebecqa), podczas gdy są ludźmi sukcesu; mówią tak, jakby zastanawiali się, czy sięgnąć po władzę, gdy tymczasem są tej władzy uczestnikami; mówią tak, jakby ich narracja pokoleniowa była dla władzy bezużyteczna, podczas gdy dzisiejsza koalicja uzasadnia swoje posunięcia rozmaitymi figurami narracyjnymi zaczerpniętymi z konserwatywnego języka.

Inna historia

Historię zbiorowej - nie zaś pokoleniowej - tożsamości kształtującej się w latach 80. można opowiedzieć nieco inaczej. Tuż po wprowadzeniu stanu wojennego jako społeczeństwo przywołaliśmy znaki ze wszystkich tradycji niepodległościowych, aby stworzyć język oporu. W wyniku powołania pod broń całej przeszłości stan wojenny coraz bardziej upodabniał się do zmitologizowanej przeszłości. Był więc "okupacją", "zaborem", "wojną". Wąski język komunikacji zbiorowej wypłukiwał różnice wewnętrzne i pozbawiał nas dostępu do sensownych i godnych tożsamości jednostkowych: można było albo opowiadać o sobie według reguł wysokiej tradycji niepodległościowej, albo skazać swoją opowieść na nieważność. Innymi słowy: zadyma, walki z milicją, pałowanie, strajk, konspira zapewniały życiu sens, a opowieściom - należyty szacunek. Z kolei stwierdzenie "ząb mnie boli" (by powołać się na jeden z najważniejszych wierszy przełomu) nikogo nie obchodziło.

Po wtóre, wąska tożsamość stanu wojennego powodowała, że najistotniejszą relacją społeczną była relacja konfliktu dzieląca zbiorowość na "nas" i "onych". Rezultatem takiego postrzegania było kompletne zapoznawanie licznych i złożonych więzi międzyludzkich, niepodpadających pod język dominacji, a także zablokowanie dostępu do samowiedzy.

I wreszcie po trzecie, redukcja języka po stanie wojennym blokowała także myślenie o przyszłości. Miejsce faktycznego projektowania historii zajmowały naiwne i kompletnie fałszywe przekonania, że po zniknięciu komunizmu wszystko wróci do normalności: Polak Polakowi będzie człowiekiem, rynek nikogo nie pokrzywdzi, a władza będzie respektowała prymat etyki nad pragmatyką. Krótko mówiąc: jeśli spojrzeć na społeczeństwo polskie drugiej połowy lat 80., to wydaje się, że znalazło się ono w potrójnej pułapce: dysponowało zbyt wąskim zestawem narracji zapewniających szacunek, pogrążało się w iluzji całkowitej homogeniczności i w wyobrażeniu o własnej niewinności. A zatem wyłaniały się przed nami trzy zadania. Po pierwsze, pozwolić sobie i innym na swobodne poszerzanie pola ekspresji, na samodzielne poszukiwanie środków wyrazu, na konstruowanie własnej narracji. Po drugie, zbudować nowe więzi społeczne - oparte już nie tylko na poczuciu jedności przeciwko komunizmowi, lecz na zróżnicowanych relacjach. Po trzecie, przepracować pojęcie niewinności, czyli uwolnić się od antykomunistycznego sacrum, które rozgrzeszało ze wszystkiego.

Inne społeczeństwo

Przy takim ujęciu historii ważne wydają się bardzo liczne typy aktywności związane z poszukiwaniem wyjścia poza dotychczasowe opozycje binarne i wypracowywaniem własnych sposobów w niej uczestnictwa. Zwłaszcza tych, które wstawiały komunizm w historyczny nawias. Można zatem wskazywać na demokrację uliczną i na demokrację kolejkową, na Jarocin, ale i nowe teatry alternatywne, na ruch oazowy, sojusz inteligencji laickiej z Kościołem, ale i na falę artzinów (które uzmysławiały, że istniejący podział na obieg oficjalny i obieg podziemny nie wystarcza dla potrzeb społecznej komunikacji); na pisma podziemne nowej generacji ("Czas Kultury" i "bruLion"), które nie uznawały paradygmatu romantycznego za wystarczający kod symboliczny; na ruch Pomarańczowej Alternatywy, który rytualne demonstracje przeciw władzy zamienił w kampowe święta.

Wrzucając do jednego worka tak różne działania, lekceważę sprzeczności występujące między nimi. Nie dlatego jednak, że dostrzegam dialektyczną syntezę, do której miałyby prowadzić, lecz dlatego, że sam cel jest tu nieuzgadnialny i nieosiągalny. Jest nim społeczeństwo, które aktywniej kontroluje swoje władze, lepiej chroni swoich słabszych, lepiej komunikuje się ze sobą, obficiej wytwarza symboliczne środki prestiżu. Wymienione przeze mnie formy aktywności były właśnie wynikiem poszukiwania alternatywy dla alternatywy - pragnieniem tworzenia więzi społecznych poza układem "my-oni", a także pragnieniem poszerzenia podmiotowej ekspresji.

Wyjście z krainy niewinności

Dodać do wcześniejszej listy należy jeszcze jedno - tekst Jana Błońskiego "Biedni Polacy patrzą na getto" ("Tygodnik Powszechny" nr 2, 1987). W eseju tym autor wzywał Polaków do uznania swojej współwiny za Holokaust. Nie "pełnej winy", "zbiorowej odpowiedzialności za zbrodnię", lecz "współwiny" za niedostatek pomocy oraz za niedopełniony obowiązek odprawienia żałoby po naszych zamordowanych "braciach starszych".

Błoński kompletnie abstrahował od komunizmu i PRL-u - i w tym sensie jego tekst był wezwaniem do wyobrażenia sobie nowego społeczeństwa. Jeśli spojrzeć na tekst Błońskiego jako na propozycję przejścia do historii postkomunistycznej, to obok jego eseju powinny stanąć jeszcze dwie książki: "Początek" Szczypiorskiego oraz "Hańba domowa" Jacka Trznadla. Dopiero wszystkie trzy razem dają pojęcie o wadze problemu, jakim było zatrzaśnięcie w obowiązkowej, lecz zbyt wąskiej wspólnocie.

Wyjście z tej wspólnoty wyobrażonej (by posłużyć się określeniem Benedicta Andersona) podpowiedziane przez Błońskiego wymagało chrześcijańskiego porzucenia obiektu, który gwarantował nam tożsamość; po tym zerwaniu powinno nastąpić samoofiarowanie się i utworzenie nowej więzi. Wyjście proponowane przez Trznadla - osądzić ludzi, którzy współtworzyli stalinowską kulturę - wiodło w stronę agresji wewnętrznej: pomysł podsuwany przez autora polegał na tym, by postąpić tak, jakby zaborców już nie było i by w tym "jakby" dokonać osądu nad dawnymi kolaborantami. Rozwiązanie to jest charakterystyczne dla społeczeństw postkolonialnych, które, nie mogąc uporać się z rzeczywistością przenikniętą we wszelkich zakresach kolaboracją, wybierają grupę postaci wyrazistych, mających spełnić rolę kozła ofiarnego.

Nie inaczej rzecz przedstawiała się w przypadku powieści Szczypiorskiego "Początek". Jej autor proponował bowiem, byśmy zrezygnowali ze zbiorowych fantazmatów na temat jedności, którą rzekomo zachowywaliśmy w obliczu powstań, zaborów i okupacji. Zawsze - napominał łagodnie pisarz - byli wśród nas zdrajcy, kolaboranci, ludzie wydający swoich braci okupantom za pieniądze. Ale pomazani winą niesolidarności okazywaliśmy się w powieści Szczypiorskiego na powrót niewinni: w zamian za uznanie zróżnicowania otrzymywaliśmy bowiem od pisarza zbiorowe rozgrzeszenie z powojennego zła, ponieważ popełnialiśmy je pod naciskiem totalitaryzmu.

Tak rysują mi się trzy najwyrazistsze propozycje wkroczenia w historię posttotalitarną: przez powszechne przyjęcie współwiny, przez lincz publiczny oraz przez powszechne wybaczenie. Z takimi zamiarami wkraczaliśmy w etap postkomunistyczny.

Zabór

Kto twierdzi, że Polska pokonała komunizm dzięki Okrągłemu Stołowi, ten daje do zrozumienia, że najważniejsza okazała się czynna walka opozycyjna oraz zdolność porozumienia z komunistami. Kto uważa, że wolność wywalczyło społeczeństwo, które przeczekało komunizm, robiąc cały czas swoje - chodząc do pracy i do kościoła, zakładając rodziny i płodząc dzieci - ten daje do zrozumienia, że Okrągły Stół był niepotrzebną ugodą z zaborcami. W myśl pierwszego ujęcia, należało robić wszystko, aby komunizm jak najszybciej zniknął. W myśl drugiego - prędzej czy później do klęski by doszło.

Oczywiście żadne z tych dwóch ujęć nie może być prawdziwe. Problem polega jednak na tym, że nie istnieje nic takiego jak prawda historyczna życia zbiorowego. W pustym miejscu po niej, tam, gdzie spodziewamy się ją znaleźć, czeka najprostsza i najpotężniejsza wskazówka, która mówi, że zbiorowość opowiada o swojej przeszłości po to, by mogła szanować siebie w teraźniejszości. Dlatego prawda Okrągłego Stołu i prawda biernego zwycięstwa są dla siebie śmiertelnymi wrogami. I dlatego po roku 1989 najważniejszym zadaniem powinno było stać się połączenie wersji okrągłostołowej z wersją "przeczekaliśmy" - czyli wersji opozycyjnej, aktywistycznej, elitarnej z wariantem biernym i egalitarnym. Tylko w ten sposób można było nie dopuścić do powolnego wypierania większości - biernej, ugodowej, skazanej w codziennym życiu na podtrzymywanie PRL-u - z pola prestiżu.

Tymczasem po roku 1989 zdecydowana przewaga w sferze publicznej przypadła orientacji, którą można nazwać "liberalną". Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie polityka symboliczna przez tę stronę stosowana. Mówiła ona bowiem obozowi tradycjonalistycznemu mniej więcej tyle: "Wasz patriotyzm wspiera się na nacjonalizmie, a skrytym fundamentem tego nacjonalizmu jest nienawiść wobec obcych; wasza religijność jest obrzędowa, płytka, nieoświecona, a jej mrocznym podłożem jest mentalność ofiarnicza; wasza kompetencja polityczna jest niewielka, wasza znajomość reguł modernizacji - żadna, a wasza kompetencja rynkowa - żałosna". Innymi słowy: "Macie, co prawda, prawa wyborcze, ale zanim z nich skorzystacie, zapytajcie nas. Macie swoją religię, ale powinniście uczynić z niej wyznanie bardziej ekumeniczne i otwarte. Macie jakieś wykształcenie, ale jeśli chcecie wejść z nami do Europy, nauczcie się języków, idźcie na kurs obsługi komputera, a potem opuśćcie wielkie zakłady robotnicze i załóżcie własną firmę". Elity przekonywały więc znaczną część społeczeństwa, że powinna się zmodernizować, czyli nadać swojej tożsamości znacznie bardziej płynną postać. Twarda tożsamość - polska, katolicka, antykomunistyczna - okazywała się uciążliwa, nieprzydatna i wstydliwa.

Strona liberalna zachowywała się więc tak, jakby proponowała całkowitą wymianę reguł zdobywania prestiżu, spychając stronę przeciwną na pozycje Ciemnogrodu, Zacofania, Religianctwa i Ksenofobii. Aż wreszcie mieszkańcy Ciemnogrodu, przez pierwsze lata usiłujący sprostać nowym kryteriom europeizującej się Polski, poczuli się zatrzaśnięci w swoim zaścianku. I wtedy wywiesili flagę wojenną. Widniało na niej to, co im pogardliwie pozwolono zachować: Matka Boska, krzyż, rodzina, niskie wykształcenie, wielkoprzemysłowe zatrudnienie. Krótko mówiąc: totemy plemienne i posttotalitarne resztki. Ale w momencie, gdy biała flaga okazała się banderą wojenną, Ciemnogród łączył już w sobie Soplicowo, Jasną Górę i Zbaraż. I jego mieszkańcy ruszyli na krucjatę po szacunek dla samych siebie. Jeśli dziś uderzają w homoseksualistów, to nie dlatego, że nienawidzą ludzi kochających inaczej, lecz dlatego, że są przekonani, iż uznanie społeczne przypada tylko jednej formie związków: tradycyjnych; kto będzie ich przekonywać, że piękne są związki ludzi, którzy łączą się z miłości, ten w ich pojęciu odbierze sens związkom zakładanym mocą tradycji. Jeśli chcą Żydów zapędzić z powrotem do gazu, to nie dlatego, że gotowi są zakładać obozy koncentracyjne, lecz dlatego, że boją się, iż uznanie ogromu zła, jaki wyrządziliśmy Żydom, pociągnie za sobą utratę szacunku, jaki przypada polskiej tożsamości. Jeśli chcą uwięzić kobietę w izbie porodowej, a feministkę uznać za bękarci pomiot komunizmu, to dlatego, że prawo do usuwania ciąży i równość kobiety względem mężczyzny wydaje im się zakwestionowaniem sensu ich życia, w którym kobiety rodziły, wychowywały i w zamian za to zyskiwały społeczne uznanie. Ich nienawiść wynika stąd, że cała nasza kultura jest przeniknięta autorytarnością, zaborem uznania, przewagą monologu silniejszego, niedostatkiem słuchania i empatii. Kto w polskiej kulturze nie zdoła wytworzyć w sobie przeciwciał wobec tego ogromu wzajemnej pogardy prowadzącej do zaboru szacunku, ten prędzej czy później znajduje swego Żyda.

Jeśli tak spojrzymy na regres tolerancyjności, jaki nasila się w Polsce od schyłku lat 90., wówczas okaże się, że jest on reakcją ludzi, którzy po roku 1989 zostali niemal całkowicie usunięci z przestrzeni, w której można było zabiegać o korzystny wizerunek publiczny, o prawo do szanowania samych siebie. Powolny zabór tej przestrzeni trwający niemal przez całe lata 90. sprawił, że większość poczuła się mniejszością.

"Między swemi"

I tak oto na powrót znaleźliśmy się mniej więcej w tym samym miejscu, w którym jako wspólnota wyobrażona byliśmy w połowie lat 80. Znaczy to, że dzisiejsza odpowiedź wyobraźni społecznej na realia demokratyczno-kapitalistyczne przypomina ostatnią fazę reakcji na stan wojenny: mobilizacja fantazmatów swojskości przeciwko lepionym z fragmentów różnych dyskursów i komasowanym przez władzę wyobrażeniom obcości prowadzi do stanu wojny na symbole. Za chwilę społeczność zacznie się dusić od nadmiaru identyczności i odczuwać brak związku między sensownym życiem indywidualnym a jednolitą narracją zbiorową.

Znowu więc wróci poszukiwanie swobody ekspresji, budowanie innych więzi i próby wyjścia ze stanu niewinności. Wróci, ale czy doprowadzi do innych rezultatów? Gdyby wojny społeczne toczyły się tylko o władzę, skutki byłyby te same. Tymczasem ostatnich 30 lat w Polsce pokazuje, że istotniejsza od walki o dominację jest wojna o uznanie - o godne wizerunki, prawo do bycia szanowanym, prawo do używania symboli godności. W tym właśnie zakresie wojna toczy się nie między pokoleniami, lecz między zwolennikami mitu plemiennego oraz zwolennikami racjonalnej historyczności. Pierwsi chcą zwrócić uznanie społeczeństwu, zamykając je w przedhistorycznej krainie niewinności, drudzy uważają, że o szacunek walczy się w pojedynkę. Pierwsi są narcystycznie przywiązani do fantazmatów czystości i identyczności, drudzy wierzą, że tylko różnica nas wyzwoli. W tej wojnie znowu potrzebna jest trzecia siła, która uzna swoją przynależność do obu stron konfliktu. Taka, która nie zakwestionuje sensowności budowania zbiorowych form szacunku i nie przekreśli dróg indywidualnych. Ta trzecia siła to oni? Wy? My?

Przemysław Czapliński

p

*Przemysław Czapliński, ur. 1962, historyk literatury, krytyk, profesor Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, jeden z najważniejszych polskich literaturoznawców średniego pokolenia. Zajmuje się przede wszystkim najnowszą literaturą polską. Autor m.in. "Śladów przełomu" (1997), książki o prozie lat 1976-96 "Efektu bierności" (2004), współautor (wraz z Piotrem Śliwińskim) ważnej krytycznoliterackiej syntezy "Literatura polska 1976-1998" (1999). Przez kilka lat był członkiem jury przyznającego nagrody Nike. Ostatnio opublikował "Powrót Centrali". W 2004 roku otrzymał Nagrodę im. Kazimierza Wyki. W "Europie" nr 111 z 17 maja ub.r. opublikowaliśmy jego tekst "Historia kłamstwa".