Dziennik Gazeta Prawana logo

Na Ukrainie trwa wojna cywilizacji

5 listopada 2007, 12:12
Ten tekst przeczytasz w 18 minut

W rozmowie z "Europą" Mykoła Riabczuk, jeden z najwybitniejszych współczesnych intelektualistów ukraińskich, zastanawia się nad naturą obecnego kryzysu politycznego w tym kraju. Jego zdaniem Ukraina musi dziś dokonać zasadniczego wyboru cywilizacyjnego. I nie chodzi tu bynajmniej o wybór między "pierwiastkiem rosyjskim" i "pierwiastkiem ukraińskim", lecz między "projektem środkowoeuropejskim" i "postsowieckim". "Ukraina historycznie jest częścią Europy Środkowej. Natomiast postsowiecka alternatywa polega na poszukiwaniu jakiejś odrębnej tożsamości wschodnioeuropejskiej: mieszają się w niej prawosławie, nostalgia za ZSRR i inne sprzeczności". Wszystkie inne różnice między ugrupowaniami rywalizującymi dziś o władzę - ich antyrosyjskość bądź prorosyjskość - są tak naprawdę drugorzędne.

p

Juszczenko nie uzurpował sobie władzy, nie wprowadził stanu wojennego, nie został dyktatorem, nie otoczył gmachu Rady Najwyższej czołgami, nie próbuje nawet zmieniać konstytucji przez jakieś pseudoreferendum, aby rozszerzyć swe uprawnienia. Robi to, co prezydenci innych krajów demokratycznych: chce w sposób pokojowy i legalny rozwiązać kryzys polityczny. Zaproponował przyspieszone wybory parlamentarne, aby wyborcy mogli wypowiedzieć się w sprawie zagarniania władzy przez klan doniecki, który kontroluje rząd i większość parlamentu. I który - stosując przekupstwo oraz szantaż - zagarnia coraz więcej przestrzeni publicznej, z sądownictwem i mediami włącznie. Gdyby miało to dalej trwać, byłaby to "demokracja sterowana" w najgorszej, bo mafijnej formie.

Powiedziałbym żartem, że tym razem - po przyznaniu Ukrainie wspólnie z Polską organizacji piłkarskich mistrzostw Europy - rolę peace-keepera odegra już nie Aleksander Kwaśniewski, lecz Michel Platini, i nie Unia Europejska, OBWE czy ONZ, ale UEFA. A tak na serio myślę, że wybory parlamentarne jednak się odbędą, tym bardziej że deputowani Naszej Ukrainy i Bloku Julii Tymoszenko złożyli swoje mandaty. Według prawa parlament musi być automatycznie rozwiązany, gdy jest w nim mniej niż dwie trzecie posłów. Oczywiście w grę wchodzą rozmaite warianty kompromisowe, np. ustalenie terminu wyborów w późniejszym terminie, bardziej korzystnym dla Partii Regionów.

Nie. Pomarańczowa rewolucja była buntem przeciwko - by użyć terminu Andrew Wilsona - "wirtualnej polityce", zjawisku typowemu dla krajów przestrzeni postsowieckiej. Istotą tego zjawiska z jednej strony jest odgórne reżyserowanie życia politycznego, z drugiej zaś - bierność i bezsilność zwykłych obywateli. Wydarzenia końca roku 2004 okazały się przełomowe pod względem psychologicznym. Naród ukraiński dzięki ogromnej determinacji przełamał swoją bezsilność i to - niezależnie od późniejszego rozwoju sytuacji - nadal procentuje. Ten przełom jest na tyle istotny, że już nie ma możliwości powrotu do epoki Kuczmy, do jakichś form półautorytaryzmu czy demokracji fasadowej.

W przypadku Ukrainy dochodzi jeszcze jeden bardzo ważny czynnik. W samą strukturę społeczeństwa wmontowany jest pluralizm wynikający z różnorodności etnicznej, kulturowej, religijnej i politycznej cechującej cały kraj. Nie ma jednolitej, skonsolidowanej elity władzy i biznesu. Samemu Kuczmie podziały te uniemożliwiły stworzenie systemu autorytarnego. I nie sądzę, by to się udało klanowi donieckiemu, którego interesy reprezentuje Partia Regionów Wiktora Janukowycza. To jest zresztą ugrupowanie oportunistyczne, gotowe zaakceptować - o ile będzie to zgodne z jego interesem - europejski i atlantycki kierunek polityki zagranicznej. Pryncypialnie antyzachodnia pozostaje na Ukrainie właściwie tylko niszowa partia komunistyczna. Przypomnę tu pewien fakt. W roku 2002, kiedy prezydentem był Kuczma, a premierem bynajmniej nie Juszczenko, lecz Janukowycz, w strategii narodowej znalazł się zapis o tym, że Ukraina dąży do członkostwa w NATO. Po skandalu z nagraniami, które obciążały Kuczmę współodpowiedzialnością za śmierć Georgija Gongadze, po oskarżeniach o sprzedaż broni Irakowi prezydent musiał poprawić własną reputację w oczach Zachodu.

Wyniki sondaży wskazują na słabnięcie mentalności paternalistycznej. Poza tym rośnie - powoli, ale jednak - optymizm społeczny. To jest krok do przodu, bo przecież 10 lat temu sytuacja była fatalna, dominowało poczucie beznadziei. Teraz ludzie chętnie angażują się w rozmaite inicjatywy, i co warto zaznaczyć, chodzi głównie o inicjatywy w skali mikro. Może to być np. obrona jakiegoś terenu miejskiego przed nielegalnym bądź półlegalnym budownictwem. Zdarzają się protesty studenckie przeciw bezprawnym działaniom władz lokalnych. Media nie są cenzurowane. To są właśnie konsekwencje rewolucji. Poza tym kilkanaście lat temu aktywność obywatelską przejawiali tylko mieszkańcy zachodniej części kraju i Kijowa. Teraz daje ona o sobie znać na obszarze całej Ukrainy.

Poparcie dla ugrupowań "pomarańczowych" utrzymało się mniej więcej na tym samym poziomie co w trakcie wyborów prezydenckich. Oczywiście możliwe było uzyskanie znacznie większej liczby głosów, nie byłoby wtedy np. zdrady Ołeksandra Moroza, który ze swoją Socjalistyczną Partią Ukrainy zawarł porozumienie z Janukowyczem. Doszło też do konfliktu wewnątrz samego obozu "pomarańczowego" - między Juszczenką a Julią Tymoszenko. Ale to jest normalne. W przyszłości to właśnie wewnątrz tego obozu powinna się rozgrywać walka polityczna na Ukrainie, kiedy jego obecny przeciwnik zostanie całkowicie zmarginalizowany.

Tyle że Partia Regionów przejmuje już "pomarańczową" retorykę, tracąc w ten sposób własną tożsamość. Świadectwem tego jest choćby odcinanie się jej polityków od Kuczmy i proeuropejski kurs rządu Janukowycza. Rząd ten zresztą ma świetnych zachodnich doradców. Niemniej to środowisko nie może całkowicie wyprzeć się własnych korzeni, które sięgają szarej strefy gospodarczej i przemocy kryminalnej, co staje się dla niego coraz większym obciążeniem. Przecież cały kapitał klanu donieckiego powstał ze ściągania haraczy. Dlatego widać tu swoistą schizofrenię: z jednej strony koniunkturalne przyjmowanie "pomarańczowej", proeuropejskiej linii, z drugiej natomiast - obrona własnych klanowych interesów oraz chęć przypodobania się elektoratowi postkomunistycznemu. Być może wraz z upadkiem partii komunistycznej Partia Regionów stanie się takim ukraińskim odpowiednikiem SLD.

Sam czasami żartuję, że po pomarańczowej rewolucji nomenklaturę komunistyczną zastąpiła nomenklatura komsomolska. Na Ukrainie w okresie sowieckim można było wybierać między przynależnością do partii komunistycznej a bezpartyjnością. W przypadku Komsomołu taki wybór nie istniał. Obowiązek członkostwa w tej organizacji był powszechny. Faktem jest, że Juszczenko i Tymoszenko, dawni komsomolcy, należeli do elity władzy reżimu kuczmowskiego. Ale oni nigdy nie byli z Kuczmą związani ideowo. Juszczenko to technokrata, a Tymoszenko - osoba zajmująca się przedsiębiorczością. Dzięki nim zmiany się dokonują - Ukraina różni się już od Rosji Putina czy Uzbekistanu Isłama Karimowa.

Ukraińską scenę polityczną trudno jest postrzegać w tradycyjnych europejskich kategoriach lewica-prawica. My przecież nie mamy partii w sensie zachodnim, mamy raczej ruchy społeczne, szerokie bloki, fronty itd. A sprawą najważniejszą pozostaje rozstrzygnięcie tego, co stanowi cywilizacyjną tożsamość Ukrainy.

Absolutnie nie. Takie sformułowanie wyboru nie rozwiązuje problemu. Można być bowiem na Ukrainie Rosjaninem prozachodnim. Batalię toczą dwa projekty: środkowoeuropejski i postsowiecki. Bo Ukraina historycznie jest częścią Europy Środkowej. Natomiast postsowiecka alternatywa polega na poszukiwaniu jakiejś odrębnej tożsamości wschodnioeuropejskiej: mieszają się w niej prawosławie, nostalgia za ZSRR i inne sprzeczności.

Ale oni są już inni. Są przeciwni szantażom wobec nich ze strony państwa, które koncesjonowało prywatną działalność gospodarczą w zamian za poparcie polityczne. Chcą bogacić się, będąc niezależnymi od administracji państwowej. Dlatego pod tym względem okazują się lepsi od całej tej klasy pasożytniczej, chociażby Wiktora Medwedczuka, szefa administracji prezydenta Kuczmy, czy klanu kijowskiego żerującego na patologicznych, korupcyjnych powiązaniach polityki z biznesem.

Polska ma z tym problem, a Ukraina tym bardziej. Niestety, desowietyzacji nie udało się wdrożyć ani w roku 1991, ani w 2004. Zresztą opozycja antykomunistyczna była 15 lat temu szczęśliwa, że w ogóle nadeszła niepodległość. Na przeszkodzie stoi też konkretna rzeczywistość społeczna. Na Ukrainie wciąż mieszka sporo osób, które jeśli nawet negatywnie oceniają takie postaci jak Lenin czy Stalin, to jednocześnie traktują historię Związku Sowieckiego jako dzieje własnego kraju. Jest w nich opór wobec wszelkich rozliczeń, bo widzą w tym atak na ich własne biografie. Przypuszczam, że proces desowietyzacji może się odbyć jedynie stopniowo, poprzez wymianę pokoleń.

Na tym lęku żerowała w latach 90. partia komunistyczna. A teraz robi to Partia Regionów. W propagandzie komunistów czarne charaktery stanowią m.in. "panowie z Galicji". Oni odgrywają podobną rolę co w Rosji "żydomasoneria". Zresztą na Ukrainie wymienia się jednym tchem zarówno tych pierwszych, jak tę drugą. Na pytania w rodzaju: "Kto wprowadza demokrację?", padają odpowiedzi typu: "światowa żydomasoneria i jej lokalna banderowska, galicyjska agentura".

Zostawmy na razie hipokryzję Zachodu. Jeśli weźmiemy pod uwagę ludobójstwo w Czeczenii dokonywane przez nacjonalistów rosyjskich, to ja nie wiem, na czym polega dyskryminacyjny charakter nacjonalizmu ukraińskiego. A tu chodzi nie tylko o Czeczenię. Weźmy pierwszy lepszy przykład: Tatarom mieszkającym w Rosji zakazano na mocy prawa posługiwania się alfabetem łacińskim. Czy można sobie wyobrazić, jak Kreml zareagowałby, gdyby na Łotwie zabroniono ludności rosyjskojęzycznej używania cyrylicy? Kraje zachodnie powinny zniuansować swoje stanowisko wobec nacjonalizmu społeczeństw, które dopiero budują swoje niepodległe państwa. Zachód zapomina, że ma to już za sobą. Ale wystarczy, że jakiś naród zostanie dotkliwie ugodzony, a jego zachowanie natychmiast się zmienia. Przypomnijmy sobie nastroje wśród Amerykanów po atakach na WTC i Pentagon. Czy nie mieliśmy wtedy do czynienia z nacjonalizmem amerykańskim? Nacjonalizm nie jest ideologią. Może łączyć się i z faszyzmem, i z liberalizmem. To po prostu uczucie, to pewna reakcja na niesprawiedliwość. Może być ona przesadzona. W takim przypadku przeradza się w nieuzasadnioną wrogość wobec innych narodów. Jednak nacjonalizm ukraiński ma, moim zdaniem, charakter liberalny, a jego zasadniczą intencją jest samodzielny byt państwowy i niezależność od Rosji.

Ukraińcy w swych niepodległościowych dążeniach zawsze poszukiwali jakichś sojuszników. Mogli ich znaleźć jedynie na Zachodzie, czyli także w Niemczech. Z kolei Zachód nie zawsze był liberalny. Przywołajmy lata 30. ubiegłego wieku. Prawie cała Europa zdominowana była przez - ujmując to łagodnie - nacjonalizm nieliberalny. Na Ukrainie zbiegło się to z porażką walki narodowowyzwoleńczej: po I wojnie światowej utworzono niepodległe państwo, które jednak upadło. Odpowiedzialnością za porażkę obarczono polityków uchodzących za zbyt liberalnych i uznano, że potrzebny jest twardy, integralny nacjonalizm. W ten sposób narodził się ruch, któremu sprzyjała koniunktura ideologiczna na całym kontynencie. Ale to był wyjątek. Na dłuższą metę nacjonalizm ukraiński skazany jest na liberalizm. Chcąc utożsamiać się z Europą, nie pozostaje nic innego jak przejmować wartości, które w jej przypadku się sprawdziły. Oczywiście ten liberalny wymiar nacjonalizmu ukraińskiego pozostawia na razie wiele do życzenia. Ale inaczej być nie może z uwagi na pozostałości epoki sowieckiej. Jednocześnie w takich ugrupowaniach jak Nasza Ukraina czy Blok Julii Tymoszenko tendencja ta jest silnie obecna.

Alain Besan?on uważa za bluźnierstwo twierdzenie, że eksterminacja narodów jest większym złem niż eksterminacja klas społecznych. A do takiego bluźnierczego wniosku prowadzą założenia dzisiejszej propagandy rosyjskiej. Bo przecież chłopstwo ukraińskie morzone było głodem nie jako naród, lecz jako "reakcyjna" grupa społeczna. Politycy zachodni zachowują się jak prezydent amerykański w pewnej anegdocie - na wieść o zbrodniach Stalina zareagował słowami: "Niemożliwe! Gdyby on je popełnił, to by go więcej nie wybrali". Znacznej części Francuzów Rosja kojarzy się wyłącznie z kulturą wysoką, z Fiodorem Dostojewskim i Teatrem Bolszoj. O głodzie na Ukrainie nie mają pojęcia. Winę ponosi też lewicująca inteligencja. Wreszcie dają o sobie znać niektóre środowiska żydowskie, chcące mieć monopol na pamięć o zbiorowym cierpieniu. Oczywiście Holocaust był czymś unikalnym w dziejach ludzkości i nie godzi się przeprowadzać z nim jakichkolwiek porównań. Ale nie wolno usprawiedliwiać komunizmu ze względu na jego "antyfaszystowski" charakter. Jak zauważa Besan?on, komunizm w przeciwieństwie do nazizmu eksploatował ideę dobra, wdziewając jej maskę. Dzisiejsza Rosja wciąż z tego korzysta.

Kolaborował nie naród, lecz konkretni ludzie: Norwedzy, Holendrzy, Francuzi, Rosjanie itd. Ukraińcy też, chociaż ilościowo daleko im i do Francuzów, i do Rosjan - w samej armii Własowa było więcej rosyjskich kolaborantów niż we wszystkich ukraińskich jednostkach, włącznie z lokalną policją. Ale mówi się przede wszystkim o Ukraińcach - głównie dlatego, że jako naród bezpaństwowy nigdy nie mieli - jak Francuzi czy Rosjanie - żadnego wpływu na dyskurs międzynarodowy w tej dziedzinie. Najczęściej wymienia się SS-Galizien, chociaż tym ludziom chodziło w pierwszej kolejności o walkę z bolszewizmem, a nie jakiekolwiek sympatie do nazizmu. Wiedzieli, że wojna się kończy, a chcieli mieć swoją armię, by walczyć o niepodległą Ukrainę.

Z obecnej perspektywy ten pomysł jawi się jako naiwny, a nawet idiotyczny. A jednak wielu Ukraińców, którzy przeżyli stalinizm na początku wojny, nie mogło sobie wyobrazić, że może być jeszcze gorszy system. My teraz jesteśmy tacy mądrzy, bo wiemy, czym okazał się nazizm dla okupowanych krajów słowiańskich. Ale wtedy to nie było wiadome. Mieszkańcy Galicji pamiętali rządy cesarza austriackiego. Myśleli, że Niemcy są podobni do Austriaków, więc będzie przynajmniej porządek. Jestem przeciwny gloryfikacji SS--Galizien. Ale trzeba też rozumieć specyficzną sytuację narodu bezpaństwowego, który nie wybierał między "dobrem" a "złem", tylko między większym złem i mniejszym. W dodatku - co gorsza - zdarza się, że dywizja SS-Galizien wymieniana jest w jednym szeregu z takimi organizacjami jak UPA, które z Niemcami nie współpracowały. Powtarzanie takich rzeczy trzeba uznać za skutki propagandy sowieckiej.

Kombatanci UPA twierdzą, że nie walczyli z ludnością cywilną, tylko z Armią Krajową. Chociaż sądzę, ze brali - przynajmniej częściowo - udział w czystkach etnicznych na Wołyniu, podobnie jak AK pacyfikowała ludność ukraińską po drugiej stronie Bugu. Nie możemy tego usprawiedliwiać, było to oczywiście szaleństwo obu stron, w rodzaju masakr w Bośni. Ale potępiając politykę UPA, musimy potępiać też politykę rządu polskiego, który prowadził kolonizację ziem ukraińskich przez osadnictwo, czyniąc z ludności cywilnej zakładników ewentualnych konfliktów etnicznych. Porównałbym to z polityką budowania osiedli izraelskich na terenach Palestyńczyków. Trudno oczekiwać, że coś takiego przyniesie dobre owoce. Podkreślam, że należy potępiać zbrodnie przeciw cywilom. Ale proszę też Polaków o zrozumienie, że Ukraińcy nie gloryfikują walk UPA z nimi. Szanują UPA przede wszystkim jako antysowiecką formację walczącą o niepodległą Ukrainę.

Przez lata ludność ukraińskojęzyczna była marginalizowana. Ona robiła za tych "czarnych". Duże miasta były rosyjskojęzyczne, Ukraińcy mieszkali po wsiach i w małych miasteczkach. Ludność rosyjskojęzyczna jako ta "biała" miała lepszy dostęp do edukacji, kultury, wyższych zarobków, dobrej pracy itd. To pokutuje po dziś dzień. I "pomarańczowa" ekipa chciała to rozwiązać. W tej sytuacji nacjonalizm ukraiński należy uznać za obronny. Zresztą on nie może być agresywny, jeśli trzeba pozyskiwać zwolenników na całej Ukrainie, w tym na terenach z przewagą ludności rosyjskojęzycznej, z którą trzeba się porozumieć. Ekstremiści są bez szans.

Taki problem nie istnieje.

To być może nie byłoby nawet takie złe. Dobrymi przykładami są pokojowe rozwody Czech i Słowacji oraz Serbii i Czarnogóry. Tyle że na Ukrainie dla takiego wariantu brak poparcia społecznego. Sondaże pokazują, że nawet w Donbasie ludzie nie chcą odłączenia się od państwa ukraińskiego. Wyjątek stanowi tu jedynie Krym, ale to temat na inną dyskusję. Idea referendum pojawiła się w trakcie pomarańczowej rewolucji jako propagandowy środek szantażu ze strony obozu Janukowycza, aby wymusić na obozie Juszczenki ustępstwa i przestraszyć wspólnotę międzynarodową wizją rozpadu państwa.

Kultura masowa to obecnie potęga i Rosja umiejętnie wykorzystuje siłę jej oddziaływania, Ukraina nie potrafi temu przeciwstawić niczego własnego. To zresztą nie jest rynek tej skali co Rosja. Podobnie Kanada przegrywa w konkurencji z USA. W tej sytuacji jedynym sposobem na neutralizację wpływów rosyjskich pozostaje ekspansja zachodniej kultury masowej.

p

, ur. 1953, ukraiński krytyk literacki, eseista, tłumacz, poeta, publicysta. Za wiersze opublikowane w almanachu "Skrynja" został w roku 1973 relegowany ze studiów. W latach 1985-1994 był redaktorem i zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika "Wseswit" (ukraiński odpowiednik "Literatury na świecie") oraz szefem działu krytyki czasopisma "Suczasnist'". W roku 1997 założył opiniotwórczy kijowski miesięcznik "Krytyka". Doktor teorii literatury, współpracownik Centrum Studiów Europejskich Akademii Kijowsko-Mohylańskiej, visiting professor na uniwersytetach w Polsce, USA i innych krajach. Przekładał klasykę literatury polskiej na język ukraiński. Publikował na łamach m.in. "Więzi", "Tygodnika Powszechnego", "Akcentu", "Czasu Kultury". W Polsce ukazały się jego książki: "Od Małorosji do Ukrainy" (2003) oraz "Dwie Ukrainy" (2004).

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj