p
Ireneusz Krzemiński*
Co grozi polskiej demokracji
Przed wielu miesiącami Jadwiga Staniszkis w jednym ze swych tekstów porównała obecną sytuację w Polsce z weimarskimi Niemcami w przeddzień zwycięstwa nazistów. Z jednej strony porównanie to było uzasadnione, z drugiej - brzmiało jednak prowokacyjnie. Przywołuję dziś tę myśl Jadwigi Staniszkis, bo przebieg politycznych działań PiS-u i składane przez Jarosława Kaczyńskiego deklaracje czynią jej odwołanie do czasów rozwoju ruchów faszystowskich pod wieloma względami adekwatne. Wszystko skłania do tego, by odwołać się do procesów społeczno-politycznych, które przekształcały demokratyczną Europę w autorytarne rządy. Jeśli rozważyć skrupulatnie i rzeczowo wypowiedzi obecnego premiera - np. opublikowane 8 marca br. w "Rzeczpospolitej" - albo przeanalizować wypowiedzi na konwencie PiS-u 18 marca i odnieść je do realizowanego programu rządowego oraz ujawnianych planów na przyszłość, to cele, ku którym zmierza Jarosław Kaczyński, rysują się wówczas dość wyraźnie. Mamy przed sobą perspektywę autorytarnych rządów przy zachowaniu demokratycznego sztafażu. Moja teza jest więc jasna i prosta: rządy PiS-u stwarzają populistyczno-autorytarne zagrożenie dla demokracji. Lansowany model państwa to populistyczne państwo narodowe, bardzo wyraźnie piętnujące i podważające obywatelskie prawa wszystkich "obcych" i "nieswoich": narodowo albo moralnie i kulturowo.
Dlaczego sięgam do przeszłości? Wiem, że teza brzmieć może szokująco albo być uznana za "emocjonalną" i pozbawioną merytorycznej treści. W przedwojennej Europie do głosu doszły ruchy populistyczne, wielkie i powszechne - czy to narodowe, czy to ludowe i robotnicze. Były przyczyną ogromnych kłopotów, na jakie narażone są zawsze demokratyczne społeczeństwa i państwa - szczególnie wtedy, gdy zabraknie zrozumienia tego, że konieczna jest obrona wolności jednostek, zaś niezadowolonych prowadzi ideologia polityczna niosąca obietnice "wyrównania" odczuwanych jako niesprawiedliwe różnic społecznych. Odwołuję się do przeszłości w pewnym stopniu metaforycznie, mając jednak na oku utrwalone doświadczenie historyczne. Wydawało się ono zamknięte, lecz przecież zagrożenia podobnego rodzaju odżywają - tak się stało w naszym regionie Europy Środkowej nie tak dawno za sprawą partii Haidera w Austrii. Przez pewien czas również ruch lepenowców we Francji zyskał sporą popularność. Nie chcę tu się wdawać w żadne analogie między Polską a Austrią ani porównywać Kaczyńskiego z Haiderem czy Le Penem, chodzi mi tylko o to, że tu i tam ożyły hasła odwołujące się do epoki faszyzmu i socjalizmu, owej epoki wielkich, autorytarnych, populistycznych ruchów, spojonych ideologicznymi przekonaniami i napędzanych uczuciami zawiści i rewanżu.
Ruchy tamtej epoki wyrastały z niezadowolenia i opierały się - włącznie z ruchem robotniczym wykorzystującym ideologię marksistowską - na głębokim resentymencie społecznym wobec tych, którym się powiodło. Wspaniale pokazał to choćby Canetti. Był to skutek rekonstrukcji społeczeństw po Wielkiej Wojnie, jaką była i jest do dziś dla Europy Zachodniej I wojna światowa. Modernizacyjna rekonstrukcja dokonywana w tamtych odległych skądinąd czasach miała pewną cechę wspólną z polską transformacją: w bardzo szybkim czasie różnicowała społeczeństwa zmobilizowane do niedawna wspólnotowo i mające silne poczucie solidarności. W Polsce tę solidarność pisze się przecież jeszcze wielką literą...
Elity społeczne i polityczne stały się obiektem resentymentalnych uczuć, uznano, że są odpowiedzialne za złe rządy, niedające szans biedniejszym i niesłusznie pominiętym. Rysem charakterystycznym tych społeczeństw było coś, co można nazwać ograniczeniem społecznej ruchliwości. Aspiracje wielkich grup społecznych nie mogły być zaspokojone w zbyt "ciasnym" pancerzu zamrożonej struktury społeczno-gospodarczej, zbyt mało - tak, tak! - liberalnej, aby zapewniać równość szans wszystkim. W pewnym sensie z czymś takim mamy - może mieliśmy? - do czynienia w okresie polskiej transformacji. Rozwój społeczno-gospodarczy był żywiołowy i na tyle nierównomierny, że licznym kręgom społecznym nie stwarzał żadnej wyraźnej szansy na poprawę swego losu. A aspiracje bytowe Polaków związane z samym hasłem "demokracji" były bardzo, bardzo wielkie, tym bardziej że zaangażowanie w wyzwoleńczy ruch było przecież masowe.
Dla opisania tego stanu rzeczy używano różnych koncepcji, na czele z Jadwigi Staniszkis koncepcją "kapitalizmu politycznego", który promuje ściśle określone grupy społeczne i jednostki kooperujące z politycznym establishmentem. "Uwłaszczenie nomenklatury" oraz "promocja polityczna" działań biznesowych to miały być zjawiska systemowe, działające na rzecz skostnienia i kontroli przez grupy polityczne całej aktywności gospodarczej dla ich własnego zysku. O żadnej równości szans nie mogło być zatem mowy. Teorie te miały silny ładunek - by tak rzec - ekonomii politycznej i nic dziwnego, że stały się popularne nie tylko w mediach, ale także wśród polityków takich jak bracia Kaczyńscy. Wystarczy odwołać się do wypowiedzi i tekstów Jarosława Kaczyńskiego z pierwszej połowy lat 90., by zauważyć, że całkowicie przyswoił on tę teoretyczną diagnozę sytuacji.
Co prawda, można było znaleźć inne koncepcje teoretyczne, np. systemowej "hybrydyzacji kapitalizmu" Andrzeja Rycharda, wskazujące, że zmiana - nawet rewolucyjna - musi przebiegać pewnymi utrwalonymi ścieżkami instytucjonalnych zależności i potrzeb, co powoduje, że dawne formy ożywają na nowo w zmienionej sytuacji. Zarazem można było znaleźć empiryczne przykłady pokazujące, że proces "politycznego kapitalizmu" i "uwłaszczenia nomenklatury" wcale nie był tak powszechny, jak twierdziła twórczyni koncepcji i jej zwolennicy. Niemniej jednak wraz z praktykami zawłaszczania państwa przez SLD za rządów Leszka Millera oraz przy okazji ujawnienia "afery Rywina" ta definicja choroby państwa i społecznych stosunków stała się popularna i powszechnie obowiązująca.
Elity postawione w stan oskarżenia i narodowa ideologia - oto podobieństwa z przeszłością. Można było zatem oskarżyć elitę tworzącą porządek demokratyczny po 1989 roku o to, że jest całkowicie odpowiedzialna za powstanie niesprawiedliwego społecznie systemu, promującego "swoich" oraz tych "obcych", którzy będą dla nich pracować. Podobnie bowiem jak w przeszłości, mobilizacja narodowa nabierać zaczęła coraz większego znaczenia. W Polsce sytuacja przypomina nieco i Włochy, i państwa iberyjskie w przeszłości, bo narodowa duma i narodowe uczucia kształtują się w powiązaniu z religią. Wraz z upływem kolejnych lat przemian coraz wyraźniej rysuje się obraz wroga, "obcego" jako tego, który chce prawdziwie pognębić polski naród.
Zdefiniowanie sytuacji jako niesprawiedliwej na skutek działania elit mało albo zgoła antynarodowych, ogarniętych liberalną gorączką i obcych duchowi "katolickiego narodu" (bo to Żydzi oczywiście i "czerwoni" oraz "różowi", jak mówił Wrzodak, a jeszcze do tego masoni) było tylko kwestią czasu. Przecież tylko inteligenckie, nie-narodowe elity mogły wydać majątek narodowy - tak czy inaczej, wytworzony przez społeczeństwo pod rządami komunistów - obcemu kapitałowi, zamiast oddać go i wykorzystać dla dobra "zwykłych" Polaków. Oskarżenie modernizujących, "liberalnych" i zgoła "lewicowych" elit było tym łatwiejsze, im częściej powracała przechowana w kręgach katolicko-kościelnych dawna ideologia narodowodemokratyczna - ukazując swą przydatność dla objaśnienia świata.
Jarosław Kaczyński już w 1993 roku miał jasną świadomość, że w obrębie politycznego ruchu prawicowego można wyodrębnić dwie tendencje: jedną, która chciałaby stworzyć konserwatywną prawicę odwołującą się do własnych tradycji, ale zbudowaną na wzór zachodnioeuropejski, oraz prawicę radykalnie narodową, fundamentalistycznie katolicką i wykorzystującą - w mniejszym lub większym stopniu - ideologię endecką jako swoje zaplecze. Już wtedy wskazywał na przykładową postać Marka Jurka.
Odwołanie się do sprawiedliwości społecznej i antyliberalizm oraz jak najbardziej cyniczne użycie uczuć narodowych ludu - to rys, który zbliża obecną Polskę prawicową do populistycznych ruchów z przeszłości. Słuchając retoryki Jarosława Kaczyńskiego trudno nie przypomnieć sobie Romana Dmowskiego. Kiedy np. obecny premier mówi o konieczności obrony interesu narodowego i czyni z niego kamień węgielny polityki międzynarodowej (ale i wewnątrznarodowej), to traktuje tę kategorię tak jak Dmowski: to on, mąż stanu wie, co jest tym interesem, wie, jak należy go stosować i nie widzi najmniejszego powodu, by definicję "interesu narodowego" z kimkolwiek uzgadniać poza swymi współpracownikami i koalicjantami. Ludwik Dorn: "Nawet ci, co są przeciw nam, są z nami, tylko jeszcze tego nie wiedzą" (cyt. wg "Dziennika" z 19 marca br.) - bo i oni będą musieli przyjąć jedyną możliwą drogę ku nowoczesnej Polsce. Interes narodowy wyznaczony jest niemal tak obiektywnie jak interes klasowy marksistów, a rozpoznany być może tylko przez głęboko zaangażowaną narodowo elitę. Tę ostatnią spaja - poza grą politycznych interesów na powierzchni - wspólnota mentalna i moralna, wspólnota ideologiczna, która wyraża także nieuświadomione do końca pragnienia i odczucia ludu. W tym sensie w ciągu minionego roku rządów PiS-owi udała się rzecz, która może, choć nie musi, okazać się groźna: mimo iż nie ma on swoistej, szerokiej formy organizacyjnej, udało mu się stworzyć autentyczny ruch społeczny. Chociaż jest to ruch poparcia dla działań rządowej koalicji, jest on zarazem ruchem znacznie bardziej dalekosiężnym i niosącym nie byle jakie obietnice. Dotyczą one "lepszej rzeczywistości", doskonalszej i sprawiedliwej, a w dodatku opartej na rozprawieniu się "raz na zawsze" z zawziętymi i grzesznymi wrogami narodu.
Populistyczny ruch ku przyszłości
Określenie "ruch społeczny" też może być zaskakujące: kojarzy nam się z czymś takim jak "Solidarność". Istotnie, nie takie formy ten ruch przyjmuje: jest w znacznie większym stopniu ruchem wspólnego myślenia i dawania temu wyrazu w różnych akcjach. Ostatnia konwencja rządzącej partii - z całą jej wiecową atmosferą i tonem wykrzykiwanych przemówień - była pomyślana jako wielka mobilizacja tego, nieco słabnącego, ruchu społecznego. Rządy PiS-u obfitują zresztą w nieustanne, nasycone emocjami wydarzenia. Układają się one w ciąg konfliktów politycznych, ale też społecznych, w których klęskę ponoszą ci, którzy - wydawałoby się - używają zdrowego rozsądku. Ciąg nieustannych konfliktów układa się w linie określające obóz "naszych" i "swoich" oraz tych, którzy "nasi" nie są, nawet jeśli nie są do końca "obcy". Tak wykreowany obóz sojuszników rządzących czuje się zmobilizowaną całością, której przeciwstawiają się wrogowie, przeciwnicy i obcy, nade wszystko związani z siłami dotychczasowego porządku.
Kategoria "ruchu" do tej wciąż mobilizowanej zbiorowości pasuje jak ulał. Zwolennicy PiS-u mają nieustanne możliwości wyrażania spontanicznego poparcia: a to za sprawą kolejnej Parady Równości czy Manify, a to za sprawą kolejnej awantury związanej z decyzjami lokalnych władz zabraniających nazwania szkoły takim czy innym nie dość polskim imieniem albo zamykających jakąś wystawę, antykatolicką i antynarodową, a to wreszcie za sprawą nieprzerwanego spektaklu łapania przestępców. Miejscem zaś spotkania tego ruchu są po prostu kościoły, bo to ruch odwołujący się do "wartości chrześcijańskich". Przez to, że tworzący go ludzie są częścią Kościoła i społeczności katolickiej, nie musi on przyjmować szczególnej, wyodrębnionej formy działania. Ma też swoje medialne "punkty skupienia" (królestwo ojca Rydzyka).
Kolejne wypowiedzi przedstawicieli rządu oraz ogłaszane inicjatywy ustawodawcze pokazują, że proces kreowania moralnych wrogów jest już poważnie zaawansowany, jakkolwiek wydaje się czymś niesłychanym we współczesnej Europie (która wyciągnęła wnioski w swych regulacjach i modelu demokracji z doświadczenia epoki faszyzacji i komunizacji - jeśli można tak powiedzieć - europejskiego świata). Mniejszość homoseksualna - obok postkomunistów i "ubeków" - stała się otwartym przedmiotem ataku, i to takiego, który zdaje się odtwarzać struktury narodowego populizmu reprezentowanego niegdyś przez ruch endecki. Rzec można, że geje i lesbijki wraz z feministkami, zwłaszcza zwolenniczkami prawa do aborcji, zajęli miejsce Żydów w retoryce odtwarzającej strukturę nazywania świata z lat przedwojennych. Żydzi nadal pozostali ukrytym wrogiem, choć dla celów politycznych rzadziej wskazywanym wprost. Poprzez wskazanie celu ataku ruch odnowy moralnej znajduje pole dla swej aktywności. Działalność nie tylko rozgłośni, ale całego koncernu medialnego stworzonego przez o. Rydzyka daje szczególną przestrzeń dla ekspresji tej zorganizowanej nienawiści - dodatkowego spoiwa ruchu poparcia rządu.
W ciągu minionych 15 lat transformacji nie rzucono tylu spektakularnych oskarżeń i nie przeprowadzono tylu spektakularnych aresztowań, ile w ciągu jednego roku rządów PiS-u. To też przypomina hasło ładu i porządku, tak charakterystyczne dla ruchów populistycznych, które znosiły liberalne instytucje demokracji, tworząc podwaliny autorytarnego ładu - jak to było we Włoszech, Hiszpanii czy Portugalii. Bez naruszania konstytucji powołano u nas co najmniej dwie instytucje, które spełniają funkcje zbliżone do policji politycznych. Wyposażono je w szczególne uprawnienia, przeciwko czemu mało kto protestował, bo wydawały się uzasadnione. Mam na myśli przede wszystkim Centralne Biuro Antykorupcyjne oraz Instytut Pamięci Narodowej. Działania CBA - jak pokazały akcje przeciwko lekarzom - są głęboko wątpliwe w świetle przestrzegania podstawowych praw obywatelskich, a ich polityczny cel nie ulega także wątpliwości. Nie twierdzę, że nie mamy w Polsce do czynienia z zachowaniami korupcyjnymi w służbie zdrowia - ale to, co zobaczyliśmy, było tak skoordynowane z działaniami na scenie politycznej, że chyba nie ulega wątpliwości polityczny charakter działań CBA. Uderza także zakres niekontrolowanej inwigilacji podejrzanych oraz publiczne wydawanie wyroków na nich przez przedstawicieli władzy.
Podobnie jest z IPN-em, który zamienia się w wielką instytucję karno-kontrolną. Bez konieczności uciekania się do aparatu represji i wstępowania na drogę sądową można wyeliminować wszystkich przeciwników politycznych i przeciwników ideowych. I to nie narażając się na zarzuty, bo przecież w przypadkach wątpliwych zawsze można uznać, że nic się nie stało... Demokratyczna opinia publiczna została - za sprawą ustawy o lustracji i nałożeniu na IPN szczególnych obowiązków informacyjnych - użyta dla umocnienia autorytarnej władzy! Obowiązkowa lustracja właściwie wszystkich opiniotwórczych środowisk jest bronią polityczną na nie, ale też i sposobem wzmocnienia zmobilizowanej mniejszości. Jest też najprostszym i - co więcej - dającym się dobrze uzasadnić moralnie sposobem zachwiania wszelkimi autorytetami społecznymi. "Ubeckie epizody", jak pokazuje praktyka, dotyczyć mogą nawet zasłużonych społecznie osób. W dodatku tzw. zwykli ludzie, którzy też zapewne w różny sposób byli w kontakcie ze służbami, będą obecnie bardzo ostrożni, by się to nie wydało, i tym gorliwiej będą potępiać osoby wystawione pod pręgierz opinii publicznej.
Centralizacja - ku władzy autorytarnej?
Dążenie do rządów zgoła autorytarnych chyba też nie ulega wątpliwości. Jeśli prześledzić regulacje ustawowe, to - obok powołania tych szczególnych instytucji kontrolujących społeczeństwo - mamy do czynienia z szeregiem regulacji wzmacniających władzę centralną, rządową, wykonawczą. Swoiście symboliczna jest ustawa o KRRiT, bo oddała kontrolę nad mediami elektronicznymi w partyjne ręce, czyli w ręce rządzących. Niedawna wymiana prezesa TVP pokazuje, że to nie przelewki: polityczna kontrola mediów jest oczywistością, tym bardziej że destrukcja Polskiego Radia następuje już od dłuższego czasu. Destrukcja ta oznacza całkowite podporządkowanie dziennikarzy i ich aktywności na antenie politycznie naznaczonym radiowym decydentom. I to też nie napotyka znaczącego społecznego oporu.
Cały ciąg decyzji w wyraźny sposób podporządkował, a co najmniej znacząco osłabił samorządy lokalne. Szczególnie starannie przygotowano się do tego, by z Warszawy kontrolować możliwie dokładnie płynący do Polski z UE strumień euro przeznaczonych na infrastrukturalną modernizację kraju. Już widać, że to od postawy i właściwego zaangażowania się władz lokalnych zależeć będą europejskie dotacje...
Ujednolicenie - faktyczne, acz przy zachowaniu pozorów odrębności - aparatu ścigania i policji to kolejny ważny fakt. Ujawniony projekt zmian w konstytucji, który będzie ustanawiał "okres próbny" dla niezależnych sędziów - to jeden z tych projektów, które uznałbym za najbardziej bulwersujące. Nie kryję, że rozumowanie, które tu prezentuję, zrodziło się pod wpływem tej właśnie informacji. Bo cóż ona oznacza? Ano, faktyczny zamach na niezależność sądów! W dodatku - jak można przypuszczać - projekt będzie tak sformułowany, by formalnie nie naruszać demokratycznego trójpodziału władzy, ale przecież ktoś będzie musiał decydować, czy sędzia zakończył "okres próbny" pozytywnie, czy negatywnie. Trudno sobie wyobrazić, by nie miał w tym jakiegoś udziału minister sprawiedliwości. Możliwości politycznej kontroli sędziów stają się dzięki takiej ustawie bardzo szerokie. Trudno zaś wierzyć w dobrą wolę projektodawców: wszak od początku rządów PiS-u mamy do czynienia z wciąż ponawianym atakiem na środowisko prawnicze, szczególnie zaś na akademickie kręgi prawników. Sposób wyboru sędziów Trybunału Konstytucyjnego nie zostawia wątpliwości, że i tę fundamentalnie ważną dla trwałości demokratycznego porządku instytucję próbuje się zmienić w forum partyjne. Trudno zatem sądzić, że przyszły projekt będzie służył umocnieniu pozycji niezależnych aktorów społecznych! Kierunek ten pokazuje także projekt ustawy o biegłych sądowych, którzy mieliby być wybierani przez sędziów tylko z listy przygotowanej przez... ministra sprawiedliwości!
Co sprzyja populistyczno-autorytarnym rządom?
Najgorsze z tego wszystkiego jest to, że sytuacja społeczno-gospodarcza Polski osobliwie sprzyja populistyczno-autorytarnym tendencjom. Opozycja - jakkolwiek tak naprawdę ma za sobą społeczną większość - jest politycznie słaba, ponieważ miniony rok obrazuje słabość społeczeństwa obywatelskiego. PiS zwyciężył w wyborach, w których wzięła udział mniej niż połowa obywateli. Znacząca część tychże po prostu z kraju wyjechała. Masowość zarobkowej, czy może lepiej powiedzieć "bytowej", emigracji Polaków jest uderzająca i wcale nie dotyczy tylko tych, którzy znaleźli się w tej strefie struktury społecznej, która niczego na przyszłość nie mogła im obiecać. Wyjeżdżają zawsze najaktywniejsi, najbardziej życiowo twórczy i niezależni, ale też i niezadowoleni, niewidzący przed sobą w kraju przyszłości - nic dziwnego, że ich grupki witają kpinami i protestami wizytującego zagranicę pana prezydenta. Ta emigracja z pewnością pomaga gospodarce, bo zmniejszyła bezrobocie i pompuje do Polski pieniądze, ale jednocześnie wyłącza z bieżącego społecznego zaangażowania ogromną rzeszę ludzi niezadowolonych z obecnego rządu i mogących - potencjalnie - stanowić obywatelską opozycję wobec światopoglądowego ruchu narodowego. Niezadowolenie większości nie bardzo może się zmienić w efektywną obronę demokratycznego ładu w zatomizowanym, niechętnym współdziałaniu społeczeństwie, budującym swe kariery za pomocą aspołecznych, indywidualnych dróg. Polska może być obecnie dobrym przykładem umacniania się centralnej władzy państwa z powodu braku zorganizowania obywateli i ich egoistycznego zabiegania o własne sprawy. Wszystko wygląda jak na stronicach Tocqueville'a...
Last, but not least, każda rewolucja ma swoją elitę intelektualną, która na ogół poczuwa się do udziału w nowym podziale władzy z powodów nieco zbliżonych do niezadowolonego i napędzanego resentymentem ludu. Czynnik pokoleniowej konkurencji intelektualnych elit był niezwykle ważny w Europie lat 20. i występował chyba wszędzie tam, gdzie miała miejsce autorytarna przemiana demokracji. W istocie tak jest i u nas - rozpoczętemu procesowi "oczyszczania" państwa kibicuje często wykształcona, stojąca naprawdę na wysokim poziomie elita intelektualna, która zdefiniowała się jako prawicowi "przeciwnicy układu" konstytuującego "lewicowo--postkomunistyczne" porządki. Elita ta, nazywająca się konserwatywną, nie jest całkiem bałwochwalcza, ba! nawet krytykuje to i owo, niekiedy nawet stanowczo, lecz na co dzień rozpowszechnia język władzy i ideologiczne hasła jako "normalne" określenia i stwierdzenia, chociaż niosą one w sobie ogromny ładunek społeczno-polityczny, w tym także ładunek wrogich uczuć. A to znaczy, zazwyczaj, że kogoś stygmatyzują lub/i - eliminują z poważnego dyskursu. Na ogół bezwiednie, napędzana chęcią słusznego albo czysto resentymentalnego odwetu na "starszych" i poprzednikach, którzy ich "nie docenili", konserwatywna elita dorabia głębsze uzasadnienia do kolejnych kroków zmierzających ku coraz większemu, centralistycznemu zniewoleniu społeczeństwa. Język ideologiczny, jakiego używa ruch narodowy w Polsce, jest językiem moralizatorskim, choć jest to moralność na bezwzględnych usługach polityki. Niczym miecz służy do wycinania wszystkich, którzy mają czelność przeciwstawić się "moralnym" zamysłom rządzących - a przecież takie przekształcenie publicznej debaty (wszystko, co się mówi, ma jednoznaczny sens polityczny, jest "za nami" albo "przeciw nam") to warunek owego procesu populistycznego obezwładnienia demokracji. W przeszłości, w dobie faszyzmu oraz ruchów robotniczo--socjalistycznych i komunistycznych obowiązywał surowy język moralistyczny, język bezwzględnej krytyki istniejącego porządku. To moralne miecze ścinały symbolicznie i dosłownie głowy niepokornych i przeciwników. Całkiem podobnie wypowiada się w wiecowej formie obecny narodowo-autorytarny populizm polski. W Polsce mamy do czynienia z głośną krytyką "lewicowej poprawności politycznej", choć - tak naprawdę - należy mówić o uformowaniu się i panowaniu w mediach "katolickiej poprawności politycznej" - i to zarówno w głowach polityków, jak i wspierającego ich ruchu. Instrumentalizacja religii, nieustanne nadużywanie języka religijnego powinno naprawdę budzić niepokój tych, którzy jeszcze nie zapomnieli o innej religijności, dzięki której możliwe było w dużym stopniu obywatelskie, solidarne przebudzenie Polaków.
Na końcu jednak sam autor ma wątpliwości. Przyznam się teraz czytelnikom, że pisanie niniejszego tekstu zabrało mi dużo czasu i kiedy racjonalną formę przybierały obawy związane z rządami PiS-u i koalicji, coraz bardziej nachodzić mnie poczęły wątpliwości. Poczucie zagrożenia dla żelaznej zasady podziału władzy i idei władzy ograniczonej w demokratycznym państwie oraz wciąż podgrzewana nagonka na przeciwników politycznych i stygmatyzowane mniejszości, na czele z gejami i lesbijkami, to niewątpliwe fakty. Zrealizowane i planowane regulacje ustawowe, które istotnie naruszają zasadę podziału władz, stanowią zagrożenie dla swobód obywatelskich.
Uformowany w specyficzny sposób dyskurs medialny wciąż pokazuje nam prawie niezmienne poparcie dla PiS-u, ale tak naprawdę w badaniach opinii rysuje się narastający spadek poparcia dla rządu Jarosława Kaczyńskiego. W komunikacie CBOS z końca 2006 roku napisano, że przy obojętności 27 proc. Polaków, rząd popiera 28 proc., a za jego przeciwników uważa się 41 proc. W komunikacie z lutego 2007 czytamy: "Dotychczasowe wyniki jego działalności [rządu Jarosława Kaczyńskiego - IK] są dobrze oceniane przez 33 proc. badanych (wzrost od grudnia o 3 punkty). Ponad połowa ankietowanych (53 proc., o 2 punkty więcej niż przed miesiącem) ma o nich krytyczną opinię". Dane z ostatnich pomiarów przytaczane przez media są jeszcze gorsze. Poparciu osobliwej, ideowo-religijnej mniejszości towarzyszy coraz większy krytycyzm pozostałej części społeczeństwa. Na co dzień ta niechętna rządzącym większość mówi coraz gorzej i bardziej agresywnie o sytuacji w kraju. PiS na pewno nie może liczyć na wzrost poparcia. Musiałby działać, zrywając z demokratyczną legitymizacją rządów, a to jest chyba niewyobrażalne. Być może więc należy ostrożniej odwoływać się do ponurej przeszłości i nie ulegać histerycznej nadinterpretacji niedobrych procesów społecznych? Aktualne pozostaje jednak pytanie, czy niezadowoleni obywatele mogą przeciwstawić się opisanej wyżej tendencji i czy demokratyczne instytucje, podkopane akcjami politycznymi i nowymi regulacjami ustawowymi, zachowają swe kontrolne funkcje i nie pozwolą na autorytarną deregulację politycznego ładu państwa. Jaka jest szansa, że "oczyszczająca" państwo rewolucja nie wymknie się regułom demokracji?
Ireneusz Krzemiński
p
*Ireneusz Krzemiński, ur. 1949, socjolog, profesor w Instytucie Socjologii UW, kierownik Pracowni Teorii Zmiany Społecznej, wykłada także w Wyższej Szkole Komunikowania i Mediów Społecznych im. J. Giedroycia. Znawca socjologii interakcjonistycznej, której poświęcił książkę "Co się dzieje między ludźmi" (1992). Zajmował się także doświadczeniem i społeczną historią "Solidarności" - na ten temat opublikował m.in. książki "Czego chcieli, o czym myśleli? Analiza postulatów robotników Wybrzeża z 1970 i 1980 roku" (1987), "Świat zakorzeniony" (1988), "Czy Polska po Solidarności?" (1989). Ostatnio ukazała się książka pod jego redakcją "Wolność, równość, odmienność. Nowe ruchy społeczne w Polsce początków XXI wieku" (2006). W "Europie" nr 54 z 13 kwietnia 2005 roku opublikowaliśmy jego tekst "Wolność ciągle zagrożona, czyli o aktualności liberalizmu".