gen. Stanisław Koziej, były wiceminister obrony
Jestem już starym żołnierzem i nie przypominam sobie, żeby za moich czasów zdarzały się takie sytuacje. Zarówno ten, jak i poprzedni incydent, są dla mnie szokiem. Uważam, że takie
zachowanie nie oznacza, że źle się dzieje w armii jako takiej, po prostu źle się dzieje w naszym społeczeństwie, z którego w końcu wywodzą się poborowi.
Z żołnierzami niezawodowymi jest o tyle problem, że w wojsku zjawiają się na krótko, nie ma za wiele czasu, aby ich wychowywać. Uważam, że jedynym sposobem, aby zapobiec takim sytuacjom,
jest maksymalne zapełnienie im czasu intensywnymi szkoleniami i wymęczenie. Wtedy nie będą im się lęgły takie pomysły w głowach. Pogadanki, oczywiście, nie zaszkodzą, ale nie sądzę, by
odniosły zbyt wielki skutek.
gen. Sławomir Petelicki, pierwszy dowódca GROM
To zachowanie wcale nie oznacza, że do wojska trafiają gorsi i mniej odpowiedzialni żołnierze. Ten incydent w Lublinie świadczy dobitnie tylko o tym, że źle się dzieje w naszym systemie
szkoleniowo-wychowawczym. Młodzi ludzie nie mają skąd czerpać wzorców, nikt im nie wytłumaczył, co jest dobre, a co złe.
Niestety, w armii nadal promuje się tzw. BMW, czyli oficerów biernych, miernych, ale wiernych, ślepo wykonujących rozkazy. Zresztą wystarczy obejrzeć film "Kawaleria powietrzna" zrealizowany kilka lat temu. Ówczesny szef BBN Marek Siwiec chciał pokazać, że mamy dobre wojsko, a dokument ten obnażył jedynie patologie. Po emisji tego bulwersującego filmu należało zmienić całe dowództwo i poważnie zastanowić się nad reformami. A co zrobiono? Nic. I teraz mamy tego efekty.