Dziennik Gazeta Prawana logo

Inteligenckie wojny na górze

5 listopada 2007, 12:12
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty

Dziś rozmawiamy w "Europie" ze Zdzisławem Najderem i Tomaszem Łubieńskim. O wojnach domowych, które co jakiś czas toczą polskie elity. Wojnach, w których z większą życzliwością warto się przyglądać stronom w nich słabszym. Nie z radykalizmu, który zawsze upatruje prawdy po stronie przeciwnej mainstreamowi. Ani nie z litości dla słabszych, którzy lubią się przedstawiać jako ofiary hegemonii, ale wcale nie nabierają przez to szlachetności. I kiedy mają szansę wreszcie się odwinąć, nie są wcale lepsi od swych gnębicieli.

Warto przyglądać się kontestatorom inteligenckiego mainstreamu dlatego, że inteligencji, szczególnie polskiej, dyskusja i konflikt są wyjątkowo potrzebne. Bo jak każda grupa, także elity mają skłonność do okopywania się przy jednej prawdzie, grzeszą konformizmem, szybko wytwarzają wewnętrzne mody, które sprawiają, że najciekawsze intelektualnie rozpoznania trafiają na zapomniany margines. Los, jaki spotkał w latach 90. Hertza, Staniszkis, Herberta czy Herlinga, pokazuje, że inteligencja co kilka lat musi sama sobą mocno potrząsnąć, aby uaktualnić panujące tu hierarchie.

Oczywiście jest to bolesne, zwłaszcza dla tych, którym zarzuca się konformizm. Ale skutki sporu są pozytywne. Pojawia się ruch idei. Prawd utartych warto czasem bronić, ale to dobrze, kiedy wyrastają nowe ambicje, kiedy rodzą się kolejne języki i formułują świeże opisy rzeczywistości. Ewidentną słabością dzisiejszego ataku przeciw mainstreamowi jest szczupłość i pewne zamknięcie środowiska krytyków III RP. A także fakt, że działają oni nie wbrew władzy, ale na jej rzecz, co znacznie zmniejsza ich seksapil. Dziś już można powiedzieć, że ta formacja się wypaliła, najlepsze czasy ma za sobą. Była najciekawsza, zanim PiS doszedł do władzy. Bo dzisiejszy spór jest już tylko rytualny, najważniejsze w nim argumenty zostały sformułowane po wyjściu na jaw afery Rywina.

Ale swoją rolę ta kolejna wojna domowa spełniła. Ukazała nie tyle nowy układ sił w polskiej elicie, ale zupełnie nową mapę aktywności i witalności. Czyli de facto znaczenia. Okazało się, że wiele znanych postaci, które przez dekady nadawały ton, abdykowało. Jedlicki, Rymkiewicz, Szacki, Michnik czy Hall nie biorą w tym sporze udziału. Zapewne mają swoje poglądy, łatwo zgadnąć jakie, ale tym razem nie wyszli z nimi na agorę, żeby ich twardo bronić. Tym samym zostawili pole dla zmiany zarówno pokoleniowej, jak i ideowej. Dziś aktywni są - a zatem zajęli miejsce poprzedników - Gowin, Śpiewak, Żakowski, Michalski, Krasnodębski... To już nie KOR, nie oświeceniowi literaci, ale coraz częściej dziennikarze i politycy, raczej liberałowie i konserwatyści niż autentyczni lewicowcy.

Nie mówię, że liderzy nowego rozdania mają więcej racji niż poprzednicy. Stwierdzam tylko fakt - to oni dziś definiują coś, co można nazwać mainstreamem. I następny bunt będzie właśnie przeciwko nim. To im kolejne pokolenie zarzuci albo nadmierny radykalizm, albo to, że swoją krytyką trafiali zbyt płytko.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj