To urządzenie sygnalizuje pilotom położenie samolotu, a to oznacza, że załoga mogła myśleć, iż jest dalej od lotniska niż byli w rzeczywistości. "Fakt" dotarł do treści najnowszych zeznań pilotów z polskiego jaka-40, którzy wylądowali tam pierwsi.

Reklama

Pilot Artur Wosztyl miał zeznać, że radiolatarnię nie tylko źle ustawiono, ale także była zepsuta i nadawała sygnał z przerwami"

"Najnowsze zeznania załogi jaka rzucają nowe światło na przebieg ostatnich chwil lotu tupolewa. Kapitan jaka-40, który lądował na lotnisku Siewiernyj przed Tu-154, zeznał w prokuraturze, że radiolatarnie przed pasem do lądowania w rzeczywistości rozstawione były w innej od siebie odległości, niż podano to naszej załodze w tak zwanych kartach podejścia, czyli oficjalnych dokumentach, według których piloci powinni ustawić parametry lotu. Według tych dokumentów, radiolatarnie miały być ustawione od siebie w odległości 5,15 km, a w rzeczywistości stały oddalone od siebie od 4,5 km" - pisze "Fakt".

"Sprawnie działające obie radiolatarnie i ustawione odpowiednio określają prostą dolatywania do lotniska" - tłumaczy nam Grzegorz Sobczak, ekspert ds. lotnictwa.

"Radiolatarnie ustawiają ścieżkę podejścia do lądowania. Jeżeli ich wskazania są jedynym środkiem nawigacyjnym dla załogi, to tylko opierając się na nich piloci wiedzą, gdzie są" - dodaje major Michał Fiszer, ekspert ds. lotnictwa.

"Nie możemy wypowiadać się o szczegółach zeznań złożonych w prokuraturze. Mogę tylko powiedzieć, że kwestia urządzeń na lotnisku w Smoleńsku jest dla nas niezwykle istotna i wciąż czekamy na przekazanie nam przez stronę rosyjską dokumentów w tej sprawie" - kapitan Marcin Maksjan z wojskowej prokuratury.

"Nasi prokuratorzy bez dokumentów od Rosjan w tej sprawie są praktycznie bezradni, jeśli chodzi o ustalenie winnych katastrofy. Wciąż nie wiedzą bowiem – przynajmniej oficjalnie – jaki był stan urządzeń na lotnisku, m.in. właśnie tej radiolatarni" - pisze "Fakt".

"Mamy zeznania pilotów, ale nie mamy dokumentów od Rosjan. A Rosjanie właśnie tych, kluczowych absolutnie materiałów na temat lotniska i urządzeń, nie chcą nam wydać, zasłaniając się tajemnicą wojskową. Prawda jest taka, że bez dokumentów od Rosjan bardzo trudno będzie naszym prokuratorom wskazać winnych przyczyn katastrofy" - tłumaczy mecenas Bartosz Kownacki, jeden z pełnomocników rodzin ofiar katastrofy.

>>>Czytaj też: Wygrałam ze śmiercią