Jak powinien wyglądać polityczny lider z prawdziwego zdarzenia? Ten problem od zawsze fascynował intelektualistów i samych polityków. Zbigniew Pełczyński zajmuje się nim zarówno jako teoretyk - profesor Oksfordu i wybitny znawca filozofii politycznej - jak i praktyk, założyciel pierwszej w Polsce profesjonalnej szkoły kształcącej politycznych liderów. Podchodzi przy tym do całego zagadnienia bardzo realistycznie. Klasy politycznej nie da się w całości stworzyć przy pomocy najlepszych nawet edukacyjnych narzędzi. Zawsze będzie ona odbiciem kondycji całego społeczeństwa. Tym, co koniecznie należy robić, jest za to rozwijanie intelektualnego zaplecza polityki. Polska klasa rządząca wciąż nie może zrozumieć, że think tanki, ośrodki analityczne i badawcze są niezwykle istotnym elementem życia politycznego. Że w dojrzałych demokracjach zasadnicze polityczne decyzje zapadają zwykle po szerokich eksperckich konsultacjach. A partie - nawet te, które akurat nie są u władzy - chętnie korzystają z usług niezależnych doradców. Bez intelektualnego zaplecza polityka staje się działalnością żałośnie mało efektywną, w której brak umiejętności rekompensowany jest nadmiarem moralizmu.
p
: Przede wszystkim wielki ładunek moralizmu - szczególnie po stronie solidarnościowej. Zostałem zaproszony jako zagraniczny ekspert do komisji konstytucyjnej pod
przewodnictwem profesora Geremka, której działalność zakończyła się fiaskiem w 1992 roku. Tekst projektu nie został nawet poddany głosowaniu sejmowemu. Z pewnych względów nie byłem na
kilku pierwszych posiedzeniach, więc po przyjeździe do Polski poprosiłem o sprawozdania z pierwszego miesiąca. Dostaję te sprawozdania i widzę, że wszystkie dotychczasowe dyskusje dotyczyły
"aksjologii konstytucji". A przecież konstytucja jest rzeczą niesłychanie praktyczną! Dotyczy wzajemnych relacji między władzami wykonawczą, ustawodawczą i sądowniczą,
mechanizmów kontroli oraz stosunków między państwem a obywatelami. I tyle. Komisja pogrążała się zaś w rozważaniach nad tym, jakie wartości ma propagować konstytucja i o tym, czy zapisać
je w preambule, czy może gdzie indziej. Poza tym, co po kilkudziesięciu latach komunizmu nie było niczym zaskakującym, tworzącej się polskiej klasie politycznej brakowało wielu cech i
umiejętności, które w dojrzałych demokracjach wydawały się naturalne. W parze z tym szła kolosalna ignorancja co do tego, jak działa nowoczesna polityka, jak skonstruowane są partie i jaka
jest natura mechanizmów wyborczych.
Słyszałem, że Aleksander Hall powoływał się w czasie prac komisji konstytucyjnej na doświadczenia Francji i przekonywał, że najlepszym sposobem poradzenia sobie z rozdrobnieniem politycznym
(które osiągnęło szczyt po wyborach 1992 roku) jest wzmocnienie pozycji prezydenta. Nie wiedział, że u źródeł sukcesu de Gaulle'a leżała nie tylko reforma konstytucyjna, lecz także
stworzenie bardzo silnej partii centroprawicowej, która przez lata dominowała na scenie politycznej. Był to przejaw dość częstej wówczas skłonności do mechanicystycznego myślenia -
Aleksander Hall dał się zwieść złudzeniu, że w celu naprawy państwa wystarczy wiernie skopiować konkretne zachodnie rozwiązania prawne. Wydaje mi się, że Lech Wałęsa, który popierał
silną prezydenturę, również podzielał tę iluzję. Oprócz tej naiwności polskich polityków we wczesnych latach 90. cechował też zupełny brak elementarnych umiejętności gry politycznej -
tworzenia racjonalnych programów, prowadzenia kampanii wyborczej, zwracania się do wyborców...
Niestety nie miałem na nich wpływu. Poza tym zdawałem sobie sprawę, że ci, którzy są już aktywni w polityce, nie będą mieć ani czasu, ani chęci do nauki, więc postanowiłem skupić się
na młodych. Zwracałem także uwagę na to, by założona przeze mnie szkoła - Szkoła Liderów Społecznych i Politycznych - nie została zdominowana przez polityków i żeby przekazywane w niej
umiejętności nie były umiejętnościami czysto partyjnymi. "Techniczne" kształcenie młodych polityków jest niezmiernie ważne, bo nowoczesna demokracja opiera się na partiach
i zawodowych politykach. Jednak sama polityka powinna być postrzegana szeroko, nie jako między- i wewnątrzpartyjna rywalizacja, lecz zgodnie z greckim pochodzeniem słowa jako całość działań
na rzecz poprawy wspólnego losu. W polityce oprócz partii mieszczą się także rozmaite organizacje pozarządowe, media, think-tanks, lobbing. Dobrym przykładem może być działalność
Sławomira Sierakowskiego, który zajmuje się polityką, ale robi to, redagując pismo i prowadząc wydawnictwo. Muszę jednak poczynić zastrzeżenie - klasy politycznej nie da się kształtować
świadomie. To nie jest służba cywilna, policja ani wojsko. Klasa polityczna jest samoistnym produktem struktury społecznej, uwarunkowań historycznych, sytuacji politycznej. Musimy pogodzić się
z tym, że jeszcze przez jakiś czas będzie ona w Polsce odbiegać od zachodnich standardów, bo społeczeństwo polskie jest specyficzne. Jestem jednak dobrej myśli - powstaje zalążek nowej
elity społeczno politycznej - absolwenci Szkoły zaczynają odnosić sukcesy, choć ciągle są kroplą w morzu. Jeden był ministrem, siedmiu - posłami (sześciu w ostatnim, jeden w poprzednim
Sejmie), do tej pory było w tym gronie dwóch wicemarszałków sejmików wojewódzkich, starostowie, burmistrzowie i vice-prezydenci dużych miast, około stu innych samorządowców, wreszcie -
wielu asystentów czołowych polityków. Najbardziej cieszę się z tego, że tak wielu z nich powiodło się na szczeblu lokalnym, bo to właśnie w samorządach powstał lub przetrwał etos
wspólnego działania i mam nadzieję, że wraz z absolwentami Szkoły powróci on na poziom krajowy.
Pierwotnie słowo "leader" oznaczało osobę przeprowadzającą podróżnych przez bagna i góry i nie miało - inaczej niż polskie słowo "przywódca"
pochodzące przecież od "wodza" - nic wspólnego z wojskowością, hierarchią i dyscypliną. Elementem bycia liderem może być posiadanie i sprawowanie władzy, ale władza ta
nie powinna opierać się na mocy wyrzucenia z partii lub innego ukarania dysydentów, lecz na autorytecie i na zaufaniu ludzi, którzy wierzą, że lider prowadzi ich we właściwym kierunku.
Oznacza to, że lider musi umieć słuchać, a wszystkie decyzje podejmować po omówieniu ich w węższym lub szerszym gronie, zależnie od tego, czego dotyczą.
Rzeczywiście, w środowisku "Wyborczej" dawał się wyczuć element mentorstwa - "my wiemy lepiej, my jesteśmy bliżsi Zachodowi". Szczerze mówiąc, nie wiem,
jakie były podstawy do tych stwierdzeń, bo jeśli dobrze pamiętam, Adam Michnik nie podróżował w czasach PRL zbyt wiele i nigdy nie studiował na Zachodzie. Nie wiem też, co miało być
według tego obozu wzorem do naśladowania - Wielka Brytania, gdzie w czasach pani Thatcher lewica była w zupełnej rozsypce? Francja socjalisty Mitterranda, w gruncie rzeczy bardzo prawicowa?
Najprędzej chyba RFN z małą partią liberalną, która rządziła na przemian z chadekami i socjaldemokratami... Trudno w tym mentorstwie i przedstawianiu się jako wiodąca siła, która uczy
społeczeństwo i wprowadza zachodnie instytucje oraz kulturę polityczną do kraju, który był ich pozbawiony, nie dostrzec metody realizacji interesu politycznego. Nie podejmuję się oceny, na
ile była to strategia słuszna i skuteczna. Sądzę jednak, że użycie "światowości" jako czynnika legitymizującego wywołało reakcję w postaci odwoływania się do polskiej
tradycji, religii oraz idei narodowej. Rezultatem był trwający do dziś nawrót sarmatyzmu, który w innych warunkach nie musiał być tak silny. Wysoka w ostatnich latach popularność tego, co
Hegel nazwał "patriotyzmem heroicznym", oraz maniera "czerpania z tradycji narodowych" bardzo mnie niepokoją chociażby dlatego, że Polacy mają mało
historycznych tradycji, z których można by czerpać z sensem i pożytkiem dla rozwoju liberalnej demokracji. Coraz częściej mam wrażenie, że zaprzepaszczamy swoje szanse. Po roku 1989
dostaliśmy możliwość budowy nowego charakteru narodowego, nowej, zorientowanej na przyszłość tożsamości. Pamiętając o strasznej przeszłości i mając świadomość polskiego zacofania,
można było zjednoczyć się wokół idei nowej, bogatej, nowoczesnej i stanowiącej część Zachodu Polski.
Grupą, dla której idea nowego początku okazała się najbardziej atrakcyjna, byli dawni komuniści - nie trzeba chyba tłumaczyć dlaczego. Najnowsza, powojenna, historia została powszechnie,
także przez nich samych, uznana za niewartą kultywowania, a w historii wcześniejszej nie było nic, do czego mogliby się odwołać. Dla większości społeczeństwa postkomuniści byli jednak
niewiarygodni, a ten ich brak wiarygodności dotykał również programu, który głosili. Skutecznie skompromitowali zatem przyszłościową orientację polskiego życia publicznego i sprawili, że
górę wzięła orientacja przeszłościowa, co - powtórzę - uważam za rzecz bardzo niekorzystną, bo w polskiej tradycji politycznej mało jest rzeczy dobrych i wartościowych.
Muszę zgodzić się z tą krytyką. Elity rzeczywiście zbytnio skupiły się na wskaźnikach makroekonomicznych, a zbyt mało uwagi poświęcały ich społecznym implikacjom. Być może naiwnie
spodziewano się, że reformy przyniosą szybkie rezultaty. Tymczasem okazało się, że trzeba było na nie czekać tak długo, że większość społeczeństwa przestała wierzyć, że i dla niej
nowy porządek będzie bardziej korzystny niż stary. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, można powiedzieć, że owoce wzrostu powinny były być szerzej rozdawane, nawet jeśli miałoby to
oznaczać jego powolniejsze tempo. Mam również wrażenie, że mimo oficjalnych deklaracji elity nie doceniły wagi społeczeństwa obywatelskiego, tego jak istotne jest poszerzanie i pogłębianie
oddolnej aktywności i zaangażowania. Oczywiście nie można robić tego metodami administracyjnymi lub finansując wszystkie stowarzyszenia i fundacje z budżetu państwa, bo byłoby to sprzeczne z
sensem ich istnienia. Elity powinny były jednak patrzeć na te oddolne ruchy z większą sympatią. Tymczasem polska klasa polityczna zamknęła się we własnym świecie, do którego dopuściła
przedstawicieli mediów i paru intelektualistów, wykluczając społeczeństwo z politycznej debaty. W Wielkiej Brytanii nawet najważniejsi politycy spędzają weekendy we własnych okręgach
wyborczych, a jednym z najważniejszych zadań członków partii jest badanie nastrojów społecznych. Nie robią tego po to, by co miesiąc rzucać jakiś chwytliwy slogan, ale po to, by wiedzieć,
nad rozwiązaniem jakich problemów trzeba się rzeczywiście zastanowić.
Na samym początku. Podział obozu solidarnościowego był, moim zdaniem, szkodliwy i przedwczesny. Przy Okrągłym Stole zgodzono się, że system komunistyczny zostanie zlikwidowany, ale obie
strony zakładały, że nastąpi to stopniowo. PZPR miała utrzymać władzę na cztery lata, podczas których opozycja miała przygotować się organizacyjnie, programowo i mentalnie do rządzenia
krajem. Oddanie władzy przez zszokowanych swoją klęską komunistów pozbawiło ludzi "Solidarności" czasu na budowę jednego - lub, bardziej prawdopodobnie, dwóch - silnego i
zdolnego do rządzenia ugrupowania.
Zgadzając się na okrągłostołowe rozwiązanie, ludzie "Solidarności" liczyli na to, że ich ruch się nie rozpadnie, chociażby dlatego że cementować go będzie niechęć do
ciągle rządzących komunistów. A wyrażając tę niechęć w Sejmie zamiast na ulicznych demonstracjach, tworzyliby podwaliny demokratycznej polityki. Choć oczywiście jest możliwe, że stałoby
się tak, jak pan mówi. To zabrzmi jak rozgrzeszanie generała Jaruzelskiego, ale osobiście dostrzegłem destrukcyjny potencjał "Solidarności" już na początku roku 1981.
Pojechałem wtedy do hotelu Morskiego w Gdańsku i z bliska przyglądałem się rozwojowi sytuacji. W pewnym momencie Wałęsa został wezwany do Warszawy na konsultacje w sprawie wolnych sobót.
Przekonano go, że w obliczu kryzysu gospodarczego nie da się tego rozwiązania wprowadzić. Wrócił do Gdańska i zaczął tłumaczyć, że niestety władza ma rację i z postulatu pięciodniowego
dnia pracy trzeba będzie zrezygnować. Zanim skończył mówić, podniosły się krzyki, że nie ma mowy. Po jakiejś godzinie zorientował się, że sprawa jest stracona, całkowicie zmienił front
i przyłączył się do populistów, podkreślając, że jedne konsultacje nie rozwiązują problemu.
Nie jest aż tak źle. Administracja państwowa jest bardziej profesjonalna, rząd przygotowuje bardziej przemyślane i solidne projekty legislacyjne. Są jednak również problemy - podstawowym jest
wszechwładza i samowola Sejmu. To, co zdarzyło się latem, kiedy posłowie lekką ręką podwoili i tak dość populistyczną propozycję rządu w sprawie przyznania podatkowych ulg na dzieci, jest
rzeczą niesłychaną. W żadnej dojrzałej zachodnioeuropejskiej demokracji parlament nie może samowolnie obciążać budżetu! Może go tylko zaaprobować albo odrzucić. To samo dotyczy
legislacji. Tymczasem w Polsce rząd przez całe miesiące prowadzi żmudne prace nad jakąś wysoce skomplikowaną ustawą, konsultuje projekt z zainteresowanymi grupami społecznymi, doprowadza do
kompromisu między przeciwstawnymi interesami, a potem wysyła rzecz do Sejmu, gdzie paru posłów rwie całą rzecz na kawałki, wprowadzając losowe i niespójne z resztą projektu zmiany. A potem
komisja sejmowa rozważa te "poprawki" na równi z oryginalnym rządowym projektem i z reguły daje Sejmowi do zaakceptowania rzecz, która w krótkim czasie musi być
znowelizowana, bo nie działa tak jak powinna. Takie praktyki skończyły się w Zjednoczonym Królestwie w końcu XIX wieku, choć we Francji trwały częściowo do czasu V Republiki. Sensem
istnienia parlamentu w nowoczesnej demokracji jest sprawowanie kontroli nad władzą wykonawczą. Ktoś - jedna partia lub kilka ugrupowań, które zawiązują koalicję - wygrywa wybory na podstawie
jakiegoś programu i z realizacji tego właśnie programu powinien być rozliczany. Jak jednak można rozliczać rząd z czegoś, co w równym stopniu jest wynikiem działania rządu, w którym
zasiadają partyjni liderzy, jak i oddolnych sejmowych koalicji? Populizm jest w Polsce umocowany konstytucyjnie. Po upadku komunizmu popełniono ten sam błąd, co w roku 1918 - stworzono system
polityczny na wzór III Republiki Francuskiej z nieproporcjonalnie dużą rolą parlamentu i słabą władzą wykonawczą.
Niekoniecznie. Wystarczy ukrócić samowolę posłów, do czego najlepszą drogą jest zmiana regulaminu i wzmocnienie dyscypliny partii politycznych. Władza brytyjskiego parlamentu, jeśli
spojrzeć na jego konstytucyjne uprawnienia, jest przerażająca - może wszystko. Ale w praktyce skutecznie ogranicza ją dyscyplinujące oddziaływanie partii. Z wyjątkiem zupełnie ekstremalnych
przypadków premier może liczyć na solidarność i poparcie przedstawicieli partii, której przewodzi. I jest to bardziej rzecz obyczaju niż prawa, bo w Stanach Zjednoczonych, gdzie również jest
system dwupartyjny i większościowa ordynacja wyborcza, kongresmani zachowują się zupełnie inaczej - każdy głosuje według własnych przekonań i własnej kalkulacji, co zostanie lepiej
przyjęte w jego okręgu wyborczym.
Jednomandatowe okręgi w wyborach do Sejmu na pewno nie są panaceum na polskie problemy - pod pewnymi względami mogłyby pomóc, a pod innymi zaszkodzić. Być może należałoby zacząć od
eksperymentu z systemem niemieckim, w którym część posłów wybierana jest w okręgach jednomandatowych, a część z list partyjnych. Generalnie jestem sceptyczny co do planów wielkich i
radykalnych reform. III RP, polska demokracja po roku 1989, miała wiele ułomności, ale nie znaczy to, że należało ją w całości przekreślić. Slogany IV RP przywodzące na myśl huxleyowskie
plany budowy nowego wspaniałego świata, okazały się zupełnie niepotrzebne.
p
, ur. 1925, filozof polityki. Specjalista w dziedzinie filozofii politycznej, systemów politycznych, historii myśli społecznej i politycznej, przemian politycznych w Europie Środkowo-Wschodniej oraz historii powojennej Polski. W czasie II wojny światowej walczył w AK. Brał udział w powstaniu warszawskim. Od 1953 roku, po emigracji z Polski, wykładał na Uniwersytecie Oksfordzkim oraz organizował stypendia w Oksfordzie dla naukowców i studentów z Europy Środkowej i Wschodniej. Angażował się również w działalność publiczną. W latach 90. był m.in. doradcą Komisji Konstytucyjnej Sejmu RP, a także konsultantem EWG i OECD ds. programów reformy władz i administracji publicznej. W 1988 r. w imieniu George'a Sorosa założył w Polsce Fundację im. Stefana Batorego, zaś w 1994 r. - Szkołę dla Młodych Liderów Społecznych i Politycznych (obecnie Stowarzyszenie Szkoła Liderów). W tym roku ukazała się jego książka "Polska droga od komunizmu".