Dziennik Gazeta Prawana logo

Młodzi lekarze zaczynają walczyć o swoje

3 stycznia 2008, 23:21
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
Lekarze rezydenci - najmłodsza i najbiedniejsza lekarska grupa - grożą paraliżem służby zdrowia. Żądają podwyżek pensji - chcą, by ich zarobki sięgnęły dwóch średnich krajowych. Jeśli rząd nie spełni ich oczekiwań, wyjadą pracować za granicę - pisze DZIENNIK.

Lekarze rezydenci, najmłodsza i najbiedniejsza lekarska grupa, zaczyna walczyć o swoje. Dzisiaj przedstawi minister zdrowia listę oczekiwań. Chodzi m.in. o podniesienie ich pensji do poziomu dwóch średnich krajowych (około 5,4 tys. brutto). Ale też o coś więcej. Jeśli państwo nie zadba o tych młodych ludzi, być może utracimy nie tylko lekarzy niezbędnych w systemie zdrowia, ale również ważną część polskiej inteligencji.

Wątpliwości co do powagi sytuacji nie mają największe autorytety. Prof. Andrzej Zoll mówi ostro: "Lekarze rezydenci to młodzi ludzi po ciężkich 6-letnich studiach. Tymczasem dostają głodowe pensje. Jest zwyczajnie nieprzyzwoite, by lekarz w państwie europejskim zarabiał 300 euro. To może być stawka zasiłku, ale nie pensja kształcących się specjalistów".

W słowach nie przebiera również prof. Jerzy Szaflik z Akademii Medycznej w Warszawie: "Lekarze rezydenci zarabiają tak mało, że problemem dla nich jest realizacja podstawowych potrzeb życiowych. Najczęściej pozostają na utrzymaniu swoich bliskich: żon, teściów czy rodziców".

Prostest lekarzy rezydentów zorganizowany przez OZZL jest ich pierwszą samodzielną akcją. Dotąd niemal nikt się z nimi nie liczył. Tymczasem to grupa młodych lekarzy najbardziej poszkodowana przez rodzimy system opieki zdrowotnej. Po ukończeniu sześcioletnich studiów nie mogą samodzielnie wykonywać zawodu. Najpierw muszą skończyć roczny staż, potem zdać Lekarski Egzamin Państwowy, a następnie walczyć o specjalizację, która trwa 5-6 lat. W tym czasie wysokość ich zarobków narzuca minister zdrowia. Do stycznia zarabiali około 1200 zł netto miesięcznie. Dorobić mogli wyłącznie, biorąc dodatkowe dyżury, często wielogodzinne, nawet po kilka dni non stop.

"Praca jest jak w kamieniołomach. Dochodzę do 290 godzin pracy w miesiącu" - mówi Tomasz Wojtyła, który robi specjalizację z interny w szpitalu św. Wojciecha na Gdańskiej Zaspie. "Ostatni dyżur zacząłem 30 grudnia, a skończyłem 1 stycznia" - opowiada. Joanna Jankowska-Folusiak, która robi specjalizację z pediatrii w szpitalu wojewódzkim w Słupsku, pracuje 70 godzin tygodniowo. Jej podstawowa pensja to 1100 zł na rękę. Drugie tyle dostaje za dyżury. A Anna Bielec z wielkiego warszawskiego szpitala przy ul. Banacha mówi cierpko: "Często mam do wyboru: albo nie jeść, albo prosto ze szpitala jechać do kolejnej pracy".

Z nowym rokiem pojawił się następny kłopot: nowa ustawa ograniczająca czas pracy do 48 godzin tygodniowo zmienia sposób rozliczania nadgodzin. W efekcie dochody młodych lekarzy mogą spaść jeszcze o kilkanaście procent. Nawet styczniowa 30-proc. podwyżka, która objęła wszystkich lekarzy, nie rozwiązuje problemu.

Nic dziwnego, że coraz większa grupa lekarzy rezydentów zastanawia się nad emigracją. Wyniki ostatniego raportu stowarzyszenia Hipokrates są alarmujące. Aż 80 proc. studentów medycyny chce wyjechać za granicę! Taką decyzję już podjął Bartosz Górecki, który za trzy dni wylatuje do Liverpoolu. Podpisał kontrakt z tamtejszym szpitalem na kontynuowanie specjalizacji z interny. "Za dwa tygodnie pracy dostanę 2 tys. funtów, czyli 11 tys. zł" - oblicza. Pokusa wyjazdu jest wielka, bo w Niemczech młody lekarz bez specjalizacji może zarobić ok. 9 tys. zł, w Danii nawet 13 tys. zł brutto, a w Czechach - 4,5 tys. zł.

Jeśli rząd nie zareaguje na postulaty rezydentów, ryzyko jest wielkie: po pierwsze za kilka lat w Polsce może zabraknąć lekarzy specjalistów, nikt nie wypełni pokoleniowej luki. Już teraz na Mazowszu 60 proc. ginekologów, 57 proc. chirurgów, 56 proc. pediatrów i ponad połowa internistów ukończyła 50 lat. Ale poważniejsze jest inne zagrożenie: zapaści cywilizacyjnej. Prof. Cezary Szczylik, sława rodzimej onkologii, mówi: "Bez młodych zdolnych, dobrze wykształconych lekarzy regres grozi całej naszej nauce. Powiem mocno: w jakimś sensie wrócimy do średniowiecza".

______________________________________________________________________________


DOROTA MAZUREK*: Mam etat w szpitalu psychiatrycznym w Warszawie. Dyżurów nie biorę, bo mam małe dzieci. Od 1 listopada tego roku, gdy wywalczyliśmy podwyżki, zarabiam 2,8 tys zł brutto. Wielu specjalistów ma mniej. Średnie wynagrodzenie rezydenta to 1,7 tys zł brutto.


Gdyby nie to, że kocham to, co robię, już dawno odeszłabym z zawodu. Skończyłam klasę matematyczno-fizyczną. Większość moich znajomych poszło na studia techniczne. Teraz wszyscy zarabiają wielokrotność tego co ja. Po stażu miałam propozycję innej pracy: za 5 tys. zł, ze służbowym telefonem i komputerem. Ale wybrałam rezydenturę, bo miałam nadzieję, że może coś się zmieni.


Bardzo bym chciała zarabiać tyle, żeby móc się koncentrować tylko na jednej pracy, mieć więcej czasu na naukę zawodu. Ale tak nie jest i muszę dorabiać do pensji, pisząc do gazet medycznych.

*Dorota Mazurek reprezentuje młodych lekarzy w OZZL

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj