Projekt IV RP został zablokowany politycznie, a następnie odrzucony w ostatnich wyborach przez kluczowe dla powodzenia jakiejkolwiek reformy państwa grupy społeczne: klasę średnią, inteligencję i młodzież. Gdzie leżą przyczyny tego niepowodzenia? Czy rozstrzygająca była siła obrońców III RP, czy błędy popełnione przez Kaczyńskich, wątłość ich alternatywnego projektu polityki i państwa, niezdolność przebicia się z własnym przekazem i językiem do kluczowych dla modernizacji Polski grup społecznych?
Te pytania stawiamy dzisiaj jednemu z najbardziej konsekwentnych kontestatorów III RP, Andrzejowi Nowakowi. Jest on nie tylko znanym historykiem, kompetentnym specjalistą od stosunków polsko-rosyjskich, ale przede wszystkim wieloletnim redaktorem naczelnym krakowskiego dwumiesięcznika "Arcana", a także liderem środowiska skupionego wokół tego pisma. Środowisko to uczestniczyło we wszystkich kryzysach III RP, konsekwentnie krytykując elity państwa budowanego po 1989 roku, wspierając Jana Olszewskiego w czasie kryzysu lustracyjnego, stając się jednym z najważniejszych inteligenckich grup pracujących nad alternatywną wizją Polski.
Andrzej Nowak stara się wyjaśnić kluczowy jego zdaniem fenomen mobilizacji miliona młodych wyborców przeciwko Kaczyńskim i ich wizji polskiej polityki. Skierowany przeciwko Kaczyńskim wybór kluczowej części młodego pokolenia to dla Nowaka coś więcej niż tylko polityczna porażka. Jest to dla niego znak kryzysu polskości w tej formie, którą uważa on za najbardziej wartościową, a być może jedyną.
p
Te dwa lata nie były dla mnie niespodzianką. Polityczną i społeczną mapę tego konfliktu dało się przewidzieć. Zaskoczeniem okazała się dla mnie mobilizacja młodego
pokolenia w ostatnich wyborach. Zaskoczeniem i najważniejszym znakiem zapytania. Kalkulacje kierownictwa PiS w tym punkcie okazały się błędne. To jednak problem nie tylko dla PiS, ale także dla
ludzi, którzy zajmując i przejmując się polską historią i kulturą, pragną raczej zachowania niż zerwania ich ciągłości historycznej. Po ostatnich wyborach po raz pierwszy zacząłem mieć
wątpliwości, czy aby mój - jak to ładnie nazywają Niemcy - Zeitheimat właśnie nie ujawnił swoich granic. Czy z owym sposobem rozumienia polskości opartym na przekazie tradycji,
uwzględniającym jej historyczne korzenie mam w ogóle szanse zachować kontakt ze świadomością młodego pokolenia? Wybór zmobilizowanej w ostatnich wyborach większości młodych, wychowanych
już w III RP ludzi każe mi postawić ten dotkliwy dla mnie osobiście znak zapytania.
Są dwie hipotezy, które wynikają z dwóch postaw. Jedną z nich nazwałbym postawą "wściekłych starców". Młodzi są głupi i łatwo dają się ogłupić. Znaczna część
tego miliona to bezwolna masa reagująca na impulsy elektroniczne, te rozsyłane SMS-y, zachęty do głosowania w wyborach, żeby "zmienić Polskę", nadawane nawet w telewizji
publicznej. To masa reagująca na najbardziej skrótowe sygnały z kampanii negatywnej prowadzonej przez dwa lata przeciwko PiS. Zadziałały najprostsze mechanizmy socjotechniki połączone z
niesłychanie płytkim rozumieniem życia publicznego, z płytkim zakorzenieniem w polskiej wspólnocie tej nowej "kohorty" wyborców. Jej mobilizacja była w istocie podobna do
tej, jaka występuje w akcjach pokazywanych czasem w telewizji, kiedy na określoną minutę tysiące ludzi rzucają się do kupowania jakiegoś nowego gadżetu albo godzą się wystąpić nago w
jakimś "ekscytującym" happeningu. To jedna hipoteza. "Wściekły starzec" kwituje ją tak: "J...ł was pies. Polska was nie potrzebuje. My będziemy z
Polską umierać - powoli i z godnością". Ta hipoteza jest mi tak bliska, że aż kusi, by ją przyjąć. Jaka część mediów ją wyrażała? Chyba jednak niewielka.
Zatem jest i druga hipoteza. Nazwałbym ja hipotezą "lubieżnych starców". To ci, którzy mówią: "Jaka ta młodzież mądra, jaka wspaniała w swej zdolności do
mobilizacji, jak bardzo powinniśmy starać się jej przypodobać - odrzucić nasze stare garby, ukryć zmarszczki i ruszyć z nią w tany. Wybrać przyszłość. Gumę do żucia. Jechać do
Londynu". A co myślą ci, co tak mówią? To, co zwykle lubieżni starcy o młodych: jak ich wykorzystać... Nie bardzo odpowiada mi identyfikacja z tą postawą, ale myślę, że warto
zaakceptować z niej jedno założenie: że o nowe pokolenie trzeba walczyć, zabiegać o jego pozyskanie. Jeśli zależy mi na zachowaniu ciągłości przekazu kulturowego i historycznego w polskiej
wspólnocie, to nie mogę całkiem z tego założenia zrezygnować. Nie można się młodym podlizywać, ale nie można też ich dumnie i z goryczą skreślać. Nie można uznać ich tylko za
głupie, zmanipulowane stado, ale trzeba zastanowić się, czego w tradycyjnym przekazie polskości nie rozumieją, co ich odrzuca i czy można to zmienić. Dla owego miliona nowych wyborców nie
tylko sposób apelowania do elektoratu przez PiS, ale także sam przekaz, jaki z obecnością PiS w życiu politycznym się wiąże, okazał się niezrozumiały.
Po pierwsze, przypomnienie, że Polska jest wspólnotą polityczną, która ma swoje interesy wywołujące konflikt z innymi wspólnotami politycznymi, które istnieją dookoła. Że nie da się z
pomocą medialnego zagłaskiwania, medialnych gestów udawać, że nie będzie żadnych sporów z naszymi wielkimi sąsiadami, a po wejściu do Unii Europejskiej skończyła się polityka. Po drugie
(i jeszcze ważniejsze), było to powiązanie poczucia przynależności do wspólnoty, uczestnictwa w życiu publicznym z jakimś minimum świadomości historycznej, opartym na wspólnym odczytywaniu
pewnych symboli, kodu kulturowego, kanonu... Mam wrażenie, że to się gdzieś w III RP zerwało i ten kod, który dla mnie jest ważny i czytelny, nie jest już ważny i czytelny dla owej nowej
kohorty w polskim życiu publicznym. Co mam na myśli? Powstania narodowe, dziedzictwo romantyzmu, walki, oporu przeciwko zniewoleniu w jego realnej formie, z jaką Polska i Polacy mieli do czynienia
w wieku XVIII, XIX i XX. To jest także szczególny sposób rozumienia wagi i szczególnej relacji między Kościołem, chrześcijaństwem i polskością. Duma z historycznej przynależności Polski
do Europy i jednocześnie zrozumienie różnicy między Polską a Zachodem - a nie kompleks niższości wynikający z tej różnicy (do Europy Polska należy od 1000 lat; do Zachodu nie należeliśmy
nigdy - to jest XVIII-wieczne pojęcie, które od czasów francuskiego oświecenia funkcjonuje jako narzędzie mentalnej, i nie tylko, kolonizacji całego nie-Zachodu). To przekaz, który w jakiś
sposób przetrwał aż do PRL-owskiej szkoły, której ideologiczne "wypaczenia" prostowane były w domowej edukacji. We mnie zostawił on jakiś ślad, którego się nie wstydzę,
i który uważam za jakąś formę ciągłości kulturowej. Teraz to wszystko uległo zerwaniu, w jakimś kompletnym ahistoryzmie, antyhistoryzmie, wszechobejmującej ironii. Za całość maksymy
życiowej dużej części młodego pokolenia służy wylansowane jeszcze w okresie późnego Jaruzelskiego hasło (rzucone bodajże przez Owsiaka) - "Zrób se dobrze". To
oczywiście nie jest wyłącznie cecha młodszego pokolenia, rozpowszechniła się ona także w moim pokoleniu, jest obecna i w starszym, ale zmieniają się proporcje. W młodszym pokoleniu ta
tendencja dominuje, bo została wzmocniona jeszcze przez "szkołę III RP" ufundowaną na doświadczeniu nihilizmu politycznego i wspólnotowego, który tak wyraziście
manifestował się od felietonów Cichego i Michnika w "Wyborczej" aż po takie filmy jak "Psy", "Człowiek z g..." czy "kultowe
dziełka" Koterskiego. Czego to kult? Poczucia wspólnotowego wstydu, obciachu - uciekajmy od tej wspólnoty, uciekajmy od tego garbu...
Z pozycji historyka odpowiem, że wiele zależy od momentu dziejowego, w którym dana krytyka się pojawia. Przedstawiona przez Stańczyków (zwłaszcza w najbardziej prymitywnej wersji
Bobrzyńskiego) pesymistyczna interpretacja dziejów Polski jako przygotowania do katastrofy rozbiorów, katastrofy zasłużonej przez Polaków - była z entuzjazmem przyjmowana i cytowana w
historiografii i propagandzie imperialnej Rosji i Niemiec. W tym sensie była po prostu i wymiernie szkodliwa. Nie wiem, ilu XIX-wiecznych "tutejszych" na ziemiach dawnej
Rzeczypospolitej pozyskała dla polskości. Więcej chyba jednak pozyskał ich Sienkiewicz, a wcześniej Chopin i Moniuszko. Ale wtedy był i Sienkiewicz, i potężnie wciąż oddziaływujący w
elitach narodowych wzorzec romantyczny - więc choć krytyka Stańczyków była w warunkach rozbiorów ryzykowna, to jednak ryzyko to zmniejszała ówczesna siła pozytywnej identyfikacji polskości.
Dmowski wygłaszał swoje tezy "nowoczesnego Polaka" (które były herezjami z punktu widzenia ortodoksji patriotyczno-niepodległościowej czy romantycznej) w czasach, gdy ten
standard jednak jakoś obowiązywał.
Nie twierdzę wcale, że standard romantyczno-powstańczy jest jedynym możliwym. Jest on mi bliski, jestem do niego przywiązany, ale rozumiem, że można go nie podzielać i jak najbardziej
głęboko przeżywać polskość, krytykując ten akurat jej wzór. Ale on jednak w czasach Dmowskiego istniał, a Dmowski przeciwstawiał mu projekt innego standardu. Jeśli natomiast krytyka
polskości następuje w sytuacji braku wszelkich standardów i nie jest propozycją przedstawianą jako alternatywny standard, ale jako wytwór narodowego nihilizmu, to pojawia się ryzyko, że
konsekwencją takiej krytyki stanie się rezygnacja z tożsamości narodowej. A tak jest właśnie dzisiaj. Myślę, że od dwóch przynajmniej stuleci rywalizowało tu ze sobą parę uprawnionych
wizji polskości, które się nawzajem krytykowały, krzyżując swoje racje. Była ta, którą nazywam niepodległościowo-imperialną, formułowana w ostrym zwarciu z sąsiadami. Wzmacniamy
państwo, żeby nie dać się strawić Rosji, nie dać się Prusom (Niemcom). Mobilizujemy siły, nawet kosztem ograniczenia demokracji, żeby przetrwać jako państwo, jako suwerenny, decydujący o
swoim losie podmiot polityczny w tym szczególnym geopolitycznym miejscu. Był też starszy od tej wizji standard republikański, który zwracał uwagę przede wszystkim na treść życia publicznego
i duchowego wewnątrz Polski. Nie na siłę państwa wobec sąsiadów, tylko na siłę duchową zawartą w wewnętrznej wolności jego obywateli. Wzorzec romantyczno-powstańczy powstawał gdzieś na
skrzyżowaniu wizji niepodległościowej i republikańskiej. No i jest standard modernizacyjny, który tak długo jest uprawniony, tak długo służy Polsce, jak długo Polska pozostaje jego istotnym
biegunem. Czyli dopóki ta modernizacja zakłada polską specyfikę, odrębność i służy wzmacnianiu Polski, a nie jej likwidacji. Bo drugi biegun myśli modernizacyjnej jest poza Polską - to
jest Zachód. I od polskiego standardu modernizacyjnego zawsze łatwo było odejść w kierunku albo socjalizmu internacjonalistycznego, w którym Polska przestaje być w ogóle ważna (dawniej
tłumaczyła to Róża Luksemburg, dziś - ideologowie globalizacji), albo w stronę kompleksu niższości wymuszającego imitacyjny stosunek do Zachodu. Wydaje mi się, że w tym właśnie kierunku
zmierza dzisiaj część ataków na wszystkie trzy wspomniane przeze mnie, wypróbowane historycznie warianty polskości. To są ataki prowadzone na prostej zasadzie: zburzmy to wszystko, bo cała
polskość została źle wymyślona. Wobec tego trzeba ją od zera, od podstaw zbudować na nowo.
Tracimy dystans? No, nie wiem... Z punktu widzenia patriotyzmu imperialnego - tak. Nasi przodkowie nie przekształcili Rzeczypospolitej w zmilitaryzowane imperium, w którym z pomocą armii i
biurokracji próbowano by skutecznie przerobić ukraińskich i białoruskich chłopów na Polaków. Z punktu widzenia patriotyzmu republikańskiego takie nadrabianie dystansu wobec Rosji czy Niemiec
Bismarcka byłoby raczej katastrofą polskości - większą niż rozbiory. A czy z punktu widzenia projektów modernizacyjnych dzisiejsza Rosja rzeczywiście może być dla Polski dzisiejszej powodem
do kompleksu niższości? No cóż, problem polega na tym, że nasi geopolityczni konkurenci istnieją nadal na mapie, a nie ma w ich tradycji i współczesności formuły patriotyzmu
republikańskiego - jedynie imperialny i modernizacyjny (dające się czasem pogodzić).
I przyczyny tego, że mobilizacja byłaby dzisiaj nieporównywalnie mniejsza niż kiedyś, mnie właśnie jako historyka przede wszystkim interesują. Bo o technicznych parametrach nie mówię...
Chyba za daleko zabrnęliśmy w tej wizji. Możemy się jeszcze zatrzymać przy takiej oto rzeczywistości, że konkurenci geopolityczni istnieli na mapie i w jakiejś mierze nadal stanowią dla
naszej wspólnoty poważne wyzwanie... A pewnym osiągnięciem Kaczyńskich było to, że w ciągu ostatnich dwóch lat Polacy sobie tę prawdę przypomnieli.
Nie zarzucam, konstatuję. To nie wina tych młodych, że takie były "szkoły III RP", które ich od tej trudnej polskości, od jej zrozumienia i pokochania odpychały. Z mojej
perspektywy pominięta została w pańskiej diagnozie bardzo ważna część rzeczywistości: niezwykle silna presja mediów, które - na czele z Michnikową "Wyborczą" - wmawiały
innym mediom i polskiej szkole (a za ich pośrednictwem setkom tysięcy młodych wkraczających w życie Polaków), że polskość to nie jest ofiara, tylko oprawca, polskość to jest coś, czego
trzeba się wstydzić i od czego trzeba się odciąć. Dla mnie to doświadczenie III RP jest bardzo ważne - i nie bez znaczenia także w kontekście owej niespodziewanej mobilizacji miliona
młodych ludzi przeciw PiS...
Tylko że nie Platforma Obywatelska rządziła Polską na obecny sposób przez minionych 17 lat. Intelektualne ramy wytyczała przez dużą część tego okresu, do 2005 roku przynajmniej,
"Gazeta Wyborcza". I co z tego wynikało? Jest sondaż OBOP z początku 2007 roku w sprawie Katynia, z udziałem ponad 1000 respondentów. Wynika z niego, że o ile przeciętnie w
skali całej próby 20 proc. Polaków uważa, że Katyń zrobili Niemcy lub nadal nie wiadomo, kto zrobił, to w przedziale 19 - 29 lat takich odpowiedzi jest grubo powyżej 40 proc. Częste
odpowiedzi, jakie się trafiały w tej 40-procentowej próbce wychowanej w III RP młodzieży, były takie, że Katyń zrobili Niemcy na Żydach. Ale zdarzały się też takie odpowiedzi, że zrobili
go Polacy na Żydach. To jest dla mnie doświadczenie "szkoły III RP", ja tego nie mogę zapomnieć i nie mogę tego nie powiedzieć.
Wajdzie jestem dozgonnie wdzięczny za film o Katyniu, nie za Agorę. Ale kiedy zrobił ten film? W 2007 roku... Bo klimat rzeczywiście się zmienia. Rzeczywiście słyszę dzisiaj na spotkaniach z
młodymi ludźmi, że oni wcale nie chcą się już wstydzić za Polskę. "Gazeta Wyborcza" w tym sensie przegrała. Młodzi ludzie nie przyswoili sobie do końca tej lekcji
samobiczowania... Jedwabne nie jest dla nich centralnym doświadczeniem... Nowe rewelacje Grassa nie wstrząsną nimi prawdopodobnie bardziej niż spory o Powstanie Warszawskie. Mam wrażenie, że
nawet młodzi wyborcy Donalda Tuska wcale nie są gotowi przyjąć tezy, że Polacy byli głównymi oprawcami w okresie II wojny światowej.
To jest rzeczywiście doświadczenie, które dobrze reprezentuje Platforma Obywatelska - nie miejmy problemu z Polską, w ogóle nie miejmy problemów, to jest najbardziej naturalne...
Jestem uczestnikiem prac Muzeum Historii Polski, wirtualnego na razie, tzn. bez budynku, ale z wieloma ciekawymi przedsięwzięciami. I mam wrażenie, że ono idzie w kierunku skomplikowania tego
biało-czarnego obrazu, jaki pan przedstawił. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że muzea tego nie załatwią - żadne, nawet najlepsze, najlepiej pomyślane. Ale wizja historii Polski, jaka się
rysuje w pracach tej instytucji, w projekcie syntezy historii Polski, jaki tam powstaje, moim zdaniem może zachęcić elitę młodego pokolenia. To jest wizja, która pokazuje spieranie się
różnych prądów polskości i wybieranie, ciągłe wybieranie nie tylko między dobrem i złem, ale także między różnymi wariantami rozwiązań, które dopiero później okazywały się dobre
albo złe, a w momencie wyboru trudno to było przesądzić. To nie jest wizja relatywistyczna, ale odwrotnie: wizja historii jako nauki wyboru w sprawach ważnych, które nas dotyczą, od których
ostatecznie nie uciekniemy - bo historia nas dogoni. Oczywiście dla tej części młodych ludzi, którzy pragną unikać wyborów i unikać kłopotów, również taka wizja nie będzie atrakcyjna.
Ale trudno, tak było zawsze i wszędzie. Wierzę jednak, że taką, na rozmaite sposoby rozwijaną wizją możemy pozyskać jakąś wąską, elitarną grupę młodzieży. Taką, do której trafić
może na nowo refleksja Hanny Malewskiej, Zofii Kossak, Zbigniewa Herberta - najgłębiej penetrujących doświadczenie polskiej historii pisarzy. Szerszej grupie warto natomiast pokazywać dzieje
Polaków jako wielką przygodę. Z dodatku kulturalnego do "Dziennika" dowiedziałem się właśnie, że ileś tam nagród dostał nowy angielski serial o Tudorach. Dlaczego nie ma
serialu o Piastach? To nie jest akurat historia polskiej klęski, tyle tysięcy młodych ludzi interesuje się rycerzami, nie mają żadnej oferty, która by to ich zainteresowanie związała z
polskością. Dlaczego nie nakręcić filmu o Zawiszy Czarnym? Dlaczego nie zrobić jeszcze raz "Krzyżaków"? Takie filmy powinny powstawać co 20 lat w nowej wersji, wiele krajów
tak robi ze swoją klasyką. A u nas nie ma w ogóle filmu o bitwie pod Wiedniem. Nie ma filmu o bitwie pod Monte Cassino, a przecież był to spektakularny sukces wiążący Polskę z szerszym
wysiłkiem alianckim. A ważne jest także to właśnie, by pokazać Polskę jako część większej, europejskiej całości. To bohaterstwo naszych przodków - w 1683, w 1920 roku - można uczynić
bardziej zrozumiałym, bardziej zobowiązującym. Nie ma filmów o egzotycznej przygodzie emigracji: od Pułaskiego po Malinowskiego. O związanej z tym uniwersalizacji polskości. A już kluczowe do
pokazania jest doświadczenie Rzeczypospolitej, jej specyficzna cywilizacja, jej niezwykła, przepojona wolnością (choć nie liberalną) kultura polityczna, nasz XVI, XVII wiek, sarmatyzm...
Nie obrażę się za tę sugestię, rozumiem taki proces oswajania jakiejś części publiczności z tożsamością, z tradycją. To jest wizja "żywego sarmatyzmu", z piciem,
bekaniem, czkaniem przeplecionym z pacierzami. I z sejmikową aktywnością, z "Czarnieckim za morze". Choć zastanawiam się, czy w takim disneylandowym ujęciu nie zbliżamy się
już nazbyt do owej postawy podlizywania się mentalności współczesnej masy, w której istota przekazu historycznego musi ulec zatraceniu. Pozostaje tylko ponadhistoryczna natura, a znika to, co
nas ponad jej poziom może podnieść...
Gdzie pan widzi to martyrologiczne zacięcie Kaczyńskich? Żałoba - na pewno nie, ale pamięć - tak. Jeśli mamy pozostać wspólnotą, czuć, że ona jest coś warta, to oczywiście potrzebny
jest nam jej aktualny sukces i powodzenie, ale także pamięć o tych, którzy ją tworzyli, podtrzymywali i jej bronili. Pamięć o krzyżach przydaje się w momentach krytycznych - jak w czasie
bolszewickiego najazdu w 1920 roku. Wtedy polscy chłopi i robotnicy byli już nauczeni tej pamięci, przyjęli ją za własną - i byli gotowi jej bronić: przeciw komunistycznej utopii, przeciw
zewnętrznej agresji. Dziś problem polega na tym, że młodzi ludzie nie wierzą w możliwość jakiegokolwiek poważnego kryzysu, zagrożenia - na poziomie innym niż kolejne histerie medialne (a
to ptasia grypa, a to panowanie "buraków", a to recydywa wściekłych krów). Ujawnia się niemożność czy trudność powiązania doświadczenia ludzi, którzy jeszcze
przeżywali sytuację braku własnego państwa, z doświadczeniem najmłodszych, którym to państwo, ta wolność wydaje się czymś raz na zawsze danym i zagwarantowanym. Teraz młodzi nie muszą
się borykać z problemem zniewolenia własnej wspólnoty politycznej i w związku z tym w ogóle jej - samej tej wspólnoty - nie odczuwają jako czegoś, w co warto zaangażować silne uczucia.
Utopia przybrała dziś bardziej zawoalowane, mniej topornie opakowane formy, polityka ekspansji kosztem słabszych sąsiadów realizowana jest także bardziej subtelnie. Ale zagrożenia te będą
ostatecznie przybierały także postać na tyle czytelną, że nie uda się ich medialnie tak zmanipulować czy opakować, by ich nikt nie odczytał.
Tacy ludzie - choć w zbyt małej liczbie - są. Nawet w instytucjach europejskich. Nie jest przecież tak, że "szkoła III RP" wychowała tylko tych, którzy sądzą, że w
Katyniu Polacy zabijali Żydów. Byli i są mądrzy nauczyciele. Byli i są rodzice, którzy potrafią korygować błędy szkolno-medialnej edukacji. Były i są prawdziwe szkoły polskiej elity -
jak Krajowa Szkoła Administracji Publicznej. Ale nie może, moim zdaniem, być tak, jak sugeruje pan to w swoim pytaniu, że elity będą realizować swoją politykę w ukryciu, wmawiając zarazem
masom - czyli wyborcom, obywatelom - że polityki już nie ma, że są tylko uśmiechy. To prawdziwa gnoza, w której wtajemniczeni mają prawo manipulować masami "buraków". Takie
rozdwojenie jest przeciw wspólnocie. Kaczyńscy mówili do wszystkich, nie tylko do elit, że rzeczywistość polityczna jest polem konfliktów i polem wartości, które definiują wspólnotę.
Najwidoczniej mówili nie dość umiejętnie.
Tu ma pan - jak wynika to z całej naszej rozmowy - rację. Do owego symbolicznego miliona nowych wyborców Kaczyńscy ze swoim przekazem nie trafili. I do paru milionów starych wyborców też. Ale
czy jest to zadanie tylko dla polityków? Gdyby media mogły powściągnąć swoją skłonność do tanich skandali i dających im poczucie władzy nad rzeczywistością kampanii (z użyciem raz
kadzidła, a raz gazów bojowych), i mogły spróbować poważnie zajmować się poważnymi tematami... Kluczowym zadaniem byłoby dzisiaj np. zorganizowanie poważnej debaty na temat naszych
stosunków z Rosją, bo warto się zastanowić nad konsekwencjami ostatnich działań Donalda Tuska: jakie są związane z nimi szanse i jakie ryzyko w naszej polityce wschodniej, europejskiej,
transatlantyckiej.
Mówiłem już o wizji historii jako wyboru, który nie zawsze musi się jawić jako wybór między dobrem i złem, nawet jeśli później jedno rozwiązanie okazuje się lepsze od drugiego. Choć
oczywiście niektórzy cynicznie przystępują do tego wyboru, świadomie wybierając zło. Jest też problem wejścia Turcji do Unii Europejskiej, kapitalny i dla nas problem polityczny, nad którym
polskie elity powinny się zastanawiać. Ale nie w tajemnicy przed resztą opinii - tylko w jej obecności. Kto się zastanawia?
Zgadzam się z jedną częścią tej pesymistycznej tezy, że mobilizacja do wojny wewnętrznej na pewno będzie miała fatalne skutki i uważam, że pod tym względem dorobek ostatnich dwóch lat
nie całkiem da się obronić. Ale też nie sądzę, by mobilizowanie do konfliktu zewnętrznego było priorytetem akurat dla braci Kaczyńskich. To raczej komuś innemu na tym zależało w momencie,
kiedy PiS przejęło władzę. W efekcie jednak zostało osiągnięte to, co ja jednak w przeciwieństwie do pana uważam za pozytywny dorobek - otwarcie polskiej debaty na całe obszary
rzeczywistości, wcześniej objęte skutecznym tabu przez tych, co wiedzą lepiej i chcą decydować za polskie "bydło" (jak to ujął minister Bartoszewski), czym wolno mu się
karmić.
Oczywiście otwieranie oczu na rzeczywistość nie wystarczy, potrzebne są jeszcze rozmaite zachęty, pokazywanie dobrych punktów orientacyjnych w naszej przeszłości, w naszej tradycji,
pokazywanie naszej siły, choćby i duchowej. Także przez filmy, przez kulturę masową, nawet przez ten Disneyland sarmacki. No i jednak przypominanie doświadczenia Jana Pawła II, siły jego
wyboru. Nie cierpię określenia "pokolenie Jana Pawła II", to marketingowe hasło, zupełnie niepasujące do realnej wielkości tego człowieka. Ale jednocześnie uważam, że
naprawdę ostatnim może żywym zbiorowym doświadczeniem młodych Polaków, choćby płytkim, było przeżycie przez nich ostatnich lat życia Jana Pawła II i jego śmierci. To zostało
błyskawicznie roztrwonione. Ci najmłodsi ludzie nie mają doświadczenia powstania i nie będą mieli, ale mają doświadczenie towarzyszenia Janowi Pawłowi II w ostatnich latach jego życia.
Poczucie wspólnego ojca - a przez to i wspólnej ojczyzny. Może do tego da się jeszcze nawiązać...
p
, ur. 1960, historyk, publicysta, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego i PAN, redaktor naczelny dwumiesięcznika "Arcana". Jeden z najwybitniejszych znawców historii stosunków polsko -rosyjskich, zajmuje się także dziejami Europy Środkowo-Wschodniej. Opublikował m.in. książki "Jak rozbić rosyjskie imperium? Idee polskiej polityki wschodniej (1733 - 1921)" (1999) oraz "Powrót do Polski. Szkice o patriotyzmie po >>końcu Historii<<" (2005). W "Europie" nr 184 z 13 października ub.r. opublikowaliśmy jego tekst "Bilans IV Rzeczypospolitej".