Danuta Olszewska, rencistka spod Ostródy (woj. warmińsko-mazurskie), zaprosiła wnuczkę z mężem na kolację. Choć żyje z zaledwie 700 złotych renty, z czego większość wydaje na leki, to postanowiła kupić modną teraz pangę. Ucieszyła się, że w jednym z supermarketów była promocja: 9,99 zł za kilogram. Emerytka wybrała mrożony filet za 10,69 zł. Szybko pobiegła do domu i zaczęła przygotowywać potrawę.

"Zięcia rzadko widuję, bo jest kierowcą tira. To miała być uczta. Zamrożoną rybę położyłam na talerz, żeby odmarzła. Po godzinie zobaczyłam, że mięso pływa w talerzu. Odlałam wodę do słoika i wtedy aż mnie serce zakłuło. W tej rybie było tyle wody!" - rencistka do dziś nie potrafi ukryć zdenerwowania. Nie miała już czasu ani siły na kolejną wyprawę do sklepu.

"Nikt się tą rybą nie najadł" - opowiada "Faktowi" starsza pani. I zaraz szybko dodaje: "żeby mnie, biedną rencistkę tak oszukiwać... Już nigdy nie kupię mrożonej ryby".

"To normalka" - wzrusza tylko ramionami jeden z pracowników przetwórni ryb pod Ełkiem. "Celowo się kilka razy zamraża rybę, aby więcej ważyła. Wtedy nabiera lodu. Wszyscy tak robią" - dodaje "Faktowi".

Dziennikarze "Faktu" umawiają się z nim, aby pokazał nam, jak wygląda taki proceder. Mężczyzna zastrzega sobie anonimowość. Na twarz naciąga kominiarkę. Zamrożona ryba jest moczona w wodzie i z powrotem wędruje do mroźni szokowej, w której jest -70 stopni Celsjusza. Taką czynność pracownicy powtarzają nawet 10 razy. Z każdym ponownym mrożeniem lodu jest coraz więcej. W końcu tyle, że prawie mięsa nie widać, pisze "Fakt".

Czy jesteśmy bezbronni wobec oszustów? Otóż nie.

"Kupujmy paczkowane towary, bo mamy wtedy prawo do reklamacji. Na pudełku musi być napisane, ile jest lodu, a ile ryby. W przypadku ryb sprzedawanych luzem taka informacja nie jest potrzebna. I na tym żerują nieuczciwi pośrednicy" - wyjaśnia "Faktowi" Ryszard Kowalski, rzecznik Państwowej Inspekcji Handlowej w Olsztynie.