Inne
Reklama

Na razie nikt oficjalnie nie podaje przyczyn katastrofy pod Mirosławcem (woj. zachodniopomorskie). Ale pewne jest, że pilot CASY miał kłopoty z lądowaniem.

"Przy pierwszym najściu pilot niewyraźnie widział pas. Dostał polecenie dokonania drugiego nalotu. W tym czasie włączono wszystkie światła" - relacjonuje gen. Franciszek Gągor. Według niego, pilot przekazał, że pas widzi "bardzo dobrze". Gągor zapewnia, że wszystkie urządzenia naprowadzające działały, a warunki do przyjęcia samolotu były spełnione - chodzi o pułap chmur i widoczność.

Jednak dziennik "Polska" twierdzi, że nieprawidłowo dział system nawigacji ILS na lotnisku w Mirosławcu. System ten odpowiada za precyzyjne podejście samolotu do początku pasa - zwłaszcza gdy ograniczona jest widoczność.

Niewykluczone, że przyczyną katastrofy była po prostu zła pogoda. Zdaniem ekspertów, samoloty CASA są szczególnie narażone na podmuchy wiatru podczas lądowania. Wtedy bowiem maszyny te muszą wytracić prędkość, robią się ociężałe i niezgrabne. Lądowanie mogło utrudnić też oblodzenie samolotu.

Niektórzy sugerują, że samolot runął na ziemię, bo miał awarię. Jednak to mało prawdopodobne, bo CASA była nowa, a piloci wylatali na niej zaledwie 355 godzin. Ostatnia z hipotez mówi o błędzie pilota. Czy on zawinił? Wyjaśni to komisja badająca przyczyny katastrofy, ale pewne jest jedno: pilot był zmęczony.

"W tej chwili komisja nie ma wiedzy, która pozwoliłaby wskazać przyczynę katastrofy" - mówi dziennikowi.pl major Bogdan Ziółkowski, rzecznik bazy lotniczej w Mirosławcu.