Tekst jest fragmentem książki "Memo to the President Elect" opublikowanej niedawno przez wydawnictwo HarperCollins.
p
Madeleine Albright
Jak odbudować prestiż Ameryki
Pozwól, że pogratuluję ci sukcesu. Dobra robota! Udało ci się odnieść wspaniałe zwycięstwo. Ale ze zwycięstwem wiąże się ogromna odpowiedzialność płynąca z przewodzenia podzielonemu krajowi w świecie nękanym przez konflikty i nierówności, zranionym przez nienawiść, zagubionym w obliczu zmian i przerażonym z powodu zmartwychwstałego widma nuklearnej zagłady. W nadchodzących dniach przywódcy, o których nigdy nie słyszałeś, pochodzący z krajów, które z trudem potrafisz zlokalizować na mapie, będą cię zapewniać o swojej przyjaźni i zaproponują ci swoje wsparcie. Radziłabym je przyjąć, będziesz bowiem potrzebował pomocy. My, Amerykanie, lubimy myśleć o sobie jako o wzorach hojności i cnoty, ale w oczach wielu ludzi na całym globie przejawiamy imperialne ciągoty, jesteśmy samolubni i skłonni do przemocy. Wyborcy będą żądać, byś zmienił to wyobrażenie, jednocześnie chroniąc nas, zwyciężając naszych wrogów i zabezpieczając naszą gospodarczą przyszłość - innymi słowy, byś uczynił to, co obiecałeś podczas kampanii.
Prezydent Stanów Zjednoczonych był porównywany do władcy wszechświata, sternika ogromnego okrętu, do Wielkiego Poo-Bah z opery komicznej "Mikado", samotnej postaci zanurzonej w "szlachetnym cierpieniu" (określenie Thomasa Jeffersona) i "uosobienia godności i majestatu amerykańskiego ludu" (William Howard Taft). Badacze zajmujący się tym urzędem wyróżnili całą gamę ról odgrywanych przez prezydenta: wódz, mistrz dyplomacji, rzecznik narodu, główny administrator, najważniejszy prawodawca, przywódca partii, patron sztuk, zastępczy rodzic i ten, który składa gratulacje drużynom sportowym. Twoi doradcy będą chcieli, byś skoncentrował się na działaniach, które pozwolą ci utrzymać wysokie notowania i zapewnią reelekcję. Ja namawiam cię do tego, byś skupił się na obowiązkach mogących przywrócić naszemu krajowi dobre imię i bezpieczeństwo.
20 stycznia 2009 roku położysz dłoń na Biblii i na wezwanie głównego sędziego Robertsa przysięgniesz przed trzystoma milionami Amerykanów i sześcioma miliardami ludzi na całym świecie, że "zachowasz, będziesz ochraniał i bronił Konstytucji Stanów Zjednoczonych". Za przykładem Jerzego Waszyngtona dodasz płynące z głębi serca: "Tak mi dopomóż Bóg". Po złożeniu przysięgi staniesz się najpotężniejszą osobą na świecie. Kiedy wejdziesz do pokoju, a orkiestra zacznie grać "Hail to the Thief", nie będzie to już zbieg okoliczności. Uzyskałeś najwyższy urząd w państwie; pytanie, na które brak jeszcze odpowiedzi, brzmi, czy zdołasz, sprawując go, dojść do perfekcji.
Osiem lat temu, kiedy drugie tysiąclecie miało się ku końcowi, perspektywy dla Ameryki nie mogły być bardziej świetlane. Na świecie panował pokój, światowa gospodarka była w dobrej kondycji, zaś Stany Zjednoczone miały bezprecedensowo silną pozycję. George W. Bush ubiegał się w 2000 roku o urząd pod hasłami określającymi ową epokę jako "wyjątkowy czas w życiu naszego narodu". Colin Powell obejmujący stanowisko sekretarza stanu zwrócił się do Kongresu słowami: "Będziemy musieli podjąć ze sobą owocną współpracę, bowiem czeka nas wielkie wyzwanie. Nie chodzi jednak o kwestię przetrwania, lecz o przywództwo. Nie stoimy bowiem przed mrocznym, niebezpiecznym wrogiem ideologicznym, lecz skonfrontowani jesteśmy z przytłaczającą siłą milionów ludzi, którzy zasmakowali wolności. Skonfrontowani jesteśmy z własnym niebywałym sukcesem".
Jak każde dziedzictwo owoce niebywałego sukcesu mogą zostać spożytkowane w sposób produktywny lub nie. Na nieszczęście polityczny kapitał Ameryki został roztrwoniony. Od samego początku nieodpowiedni ludzie znaleźli się na kluczowych stanowiskach. Proces decyzyjny został zaburzony lub go obchodzono. Ideologiczny konformizm był bardziej ceniony niż profesjonalizm, fałsz przykrywano maską prawdy. Zasady kluczowe dla amerykańskiej tożsamości określono mianem zbędnych, historyczne błędy popełniano bez brania za nie żadnej odpowiedzialności. Istotne instrumenty bezpieczeństwa narodowego, takie jak dyplomacja, zostały porzucone. Miałam nadzieję, że prezydent Bush ocali swoją administrację podczas jej końcowych lat, ale korekty były spóźnione i marginalne. Przykro to mówić, ale obejmiesz urząd w momencie, gdy szacunek dla amerykańskiego przywództwa jest mniejszy, niż był kiedykolwiek za pamięci żyjących dziś ludzi.
Będąc dzieckiem w Europie, kryłam się w schronach, podczas gdy na niebie krążyły nazistowskie samoloty. Uradowana słuchałam w radiu głosu Churchilla i wiadomości o tym, że amerykańskie oddziały przekraczają Atlantyk. Miałam siedem lat, kiedy wojska aliantów wylądowały na plaży w Normandii i pokonały armię Hitlera w bitwie o Ardeny. Zanim skończyła się wojna, miałam osiem lat, ku swojemu przerażeniu odkryłam, jak może wyglądać pokój, i zdążyłam się już zakochać w umundurowanych Amerykanach.
Dla Abrahama Lincolna Stany Zjednoczone były "ostatnią i największą nadzieją Ziemi". Dla mnie były zawsze krainą możliwości. Nie chciałam żyć nigdzie indziej i wyobrażać sobie, jaki mógłby być XX wiek, gdyby nie moja przybrana ojczyzna. Dlatego tak niepokojąca jest lektura raportów, wedle których większość ludzi w większości krajów uważa, iż Ameryka "wywołuje więcej konfliktów, niż im zapobiega" i że nasz wpływ na świat jest "przede wszystkim negatywny".
W oczy rzuca się zwłaszcza tragiczna pomyłka w Iraku, ale są również inne: zaniedbanie naszych sojuszników, przesadne poleganie na siłach zbrojnych, dopuszczenie do tego, by ludzie pokroju Dicka Cheneya i Donalda Rumsfelda stali się twarzami Ameryki. Zamach terrorystyczny z 11 września był szokiem, ale od dziesięcioleci żyliśmy ze świadomością, iż śmierć może nadejść zza oceanu. Ataki wywołały rozpacz i gniew, sprawiły, że musieliśmy ponownie ocenić nasze instytucje i strategie; nie były jednak wystarczającym powodem, by wpaść w panikę i porzucić nasze zasady, gdy najbardziej ich potrzebowaliśmy.
Po 11 września administracja Busha dobrze rozpoczęła, ale wkrótce zapomniała, kto jest wrogiem naszego kraju. Wielu Amerykanów było przekonanych, że najechaliśmy na Irak, gdyż Saddam Husajn był odpowiedzialny za 11 września. Większość sądziła, że konfrontacja z Husajnem będzie ciosem zadanym Al-Kaidzie. Wielu zgadzało się z prezydentem, że świat da się łatwo podzielić na tych, którzy są sprzymierzeńcami Stanów Zjednoczonych, i tych, którzy trzymają z terrorystami. Wielu podziwiało prezydencką pewność nawet wówczas, gdy zaczęliśmy mieć wątpliwości co do przedmiotu tej jego - wydawałoby się niezachwianej - pewności.
Jestem optymistką, która ciągle się zamartwia. Powody do zmartwienia są wokół nas - niektóre można codziennie oglądać na antenie CNN, Fox News czy Al-Dżaziry. Niepokój i zgorzknienie wydają się przytłaczające. Trucizna nienawiści unosi się w powietrzu. A jednak moje najważniejsze przesłanie, które kieruję do ciebie, kiedy sposobisz się do objęcia prezydentury, to zaufać temu, kim jesteśmy i w co wierzymy, gdyż nawet za mojego życia podejmowaliśmy większe ryzyko, zachowywaliśmy zimną krew i zwyciężaliśmy.
Możemy założyć, że gdyby podobne do tego memorandum zostało napisane przed półwieczem, zawierałoby obraz Ameryki bezpiecznej i silnej. Ostatecznie w owych czasach Osama bin Laden był jeszcze oseskiem. Al-Kaida nie istniała, zaś międzynarodowy terroryzm nie był zasadniczym zmartwieniem. Stany Zjednoczone były niekwestionowanym liderem wolnego świata. Świat był mniej skomplikowany, jego sprawy toczyły się wolniej. A jednak w latach 50. George Kennan napisał: "Nasza narodowa świadomość zdominowana jest dziś przez poczucie zagrożenia". Walter Lippman martwił się natomiast, że "żyjemy w czasach nieporządku i wstrząsów. Choć Stany Zjednoczone stały się potężne i bogate, wiemy, iż w głębi naszych serc staliśmy się (...) niespokojni i lękliwi. (...) Nie wiemy bowiem, czy ciążące na nas obowiązki nie są większe od naszej wiedzy". Nawet mój ulubiony szkolny tekst konkludował ponuro, że "tylko najbardziej uparci i tępi snują optymistyczne przewidywania odnośnie przyszłości. (...) Ludzie wszędzie zdjęci są strachem. (...) wiedza i zdolności techniczne człowieka przewyższyły jego zmysł moralny".
To przeczucie miało swoje źródło nie w ludzkich porażkach, lecz w ludzkiej pomysłowości. Postęp od broni konwencjonalnej do nuklearnej miał większe znaczenie niż cokolwiek od czasów, gdy pierwszy krewki człowiek sięgnął po kawałek drewna i użył go jako maczugi. Wraz z Hiroszimą możliwość natychmiastowej totalnej zagłady stała się częścią naszego życia. Martwiliśmy się, że wiedza i środki służące do budowy broni nuklearnej będą się błyskawicznie rozprzestrzeniać; niektórzy uznali to za znak niebios wskazujący, że zbliża się koniec świata.
Baliśmy się również, że amerykański sen nie jest w stanie sprostać pokładanym w nim oczekiwaniom. Kiedy komiksowy Superman walczył o "prawdę, sprawiedliwość i amerykański styl życia", nasi międzynarodowi wrogowie określali nas mianem chciwych rasistów. Nie do końca temu zaprzeczaliśmy. "Wyższość naszego sposobu życia", pisał 50 lat temu teoretyk polityki Hans Morgenthau, "nie jest już dla reszty świata tak oczywista jak niegdyś. Dla setek milionów ludzi komunistyczny sposób życia wydaje się atrakcyjniejszy niż nasz".
W kraju komitety Kongresu prześcigały się w tropieniu zwolenników komunizmu w Departamencie Stanu i armii, kłócąc się jednocześnie o to, kto jest odpowiedzialny za umieszczenie czerwonych w komunistycznych Chinach. Sowieccy przywódcy chełpili się swoją ekonomiczną i przemysłową potęgą, przewidywali, że uda im się nas pogrzebać i triumfalnie wysłali w kosmos pierwszego satelitę (Sputnik), pierwszego psa (Łajka) i pierwszego człowieka (Jurij Gagarin). 90 mil od Florydy komunistyczny dyktator stworzył rewolucyjny przyczółek i groził utworzeniem kolejnych na całej półkuli. Supermocarstwa ścigały się w budowaniu i testowaniu coraz bardziej niszczycielskich głowic. Dzieci ćwiczyły w szkołach ukrywanie się pod ławkami, gminni planiści gromadzili w schronach zapasy mielonki i rosołu w proszku. Wówczas, tak samo jak dziś, Ameryka wyczekiwała nowego przywództwa.
W 1960 roku Amerykanie wybrali nowego prezydenta. John Kennedy wniósł wigor oraz dynamiczny sposób patrzenia na świat. Jego inauguracyjna mowa zapisała się w pamięci dzięki zuchwałej obietnicy "zapłacenia każdej ceny i poniesienia każdego ciężaru (...), aby zapewnić przetrwanie i powodzenie wolności". Mówił również o "długiej walce toczonej aż do zmierzchu (...) przeciwko wspólnym wrogom ludzkości: tyranii, biedzie, chorobom i samej wojnie". To szerokie spojrzenie odzwierciedlało przekonanie Kennedy'ego, że Zachód nie może walczyć z komunizmem wyłącznie za pomocą militarnej siły. Musieliśmy zyskać szacunek i oddanie zmarginalizowanej ludności, ponieważ komuniści, tak samo jak Ameryka, twierdzili, że ich wizja jest unikalna i uniwersalna. Aby pozyskać zwolenników, musieliśmy tłumaczyć nasze ideały ludziom, którzy nie mieli żadnego doświadczenia z wolnością. Musieliśmy przekonać jak najszerszą publiczność, że jesteśmy po jej stronie.
Kennedy odpowiedział na te wyzwania, zwracając się w swojej mowie inauguracyjnej najpierw do "starych sprzymierzeńców, z którymi łączą nas korzenie kulturowe i duchowe", potem do "nowych krajów, które witamy w szeregach państw wolnych", do "tych ludzi w chatach i wioskach na całym świecie, którzy pragną wyrwać się z oków powszechnego cierpienia", do "naszych siostrzanych republik po południowej stronie granicy", do "Narodów Zjednoczonych" i "wreszcie do tych narodów, które uważają się za naszych adwersarzy".
W kolejnych miesiącach Kennedy uczynił wizerunek Ameryki wyrazistym, tworząc Sojusz na rzecz Pokoju, Korpus Pokoju oraz Agencję Rozwoju Międzynarodowego. Ogłosił moratorium na próby jądrowe w atmosferze i dał wyraz swojemu pragnieniu "autentycznego pokoju - takiego, który czyniłby Ziemię miejscem wartym tego, by w nim żyć (...), nie tylko pokoju dla Amerykanów, ale dla wszystkich kobiet i mężczyzn - nie tylko w naszych czasach, ale po wsze czasy".
Kennedy rozumiał, że Amerykanie muszą podjąć efektywne starania dyplomatyczne na wszystkich kontynentach. Od początku wspierał niepodległość kolonii w Afryce i Azji, uważano go za bohatera w krajach takich jak Algieria, Kenia czy Indonezja. Wizerunki naszego pierwszego katolickiego prezydenta wisiały na ścianach chat i hacjend w całej Ameryce Łacińskiej. JFK zjednał sobie Francuzów, jowialnie określając się mianem tego, który "towarzyszył Jacqueline Kennedy w podróży do Paryża". Kiedy stanął mur berliński, prosił mieszkańców Berlina Zachodniego, by "wznieśli wzrok ponad niebezpieczeństwami dnia dzisiejszego na nadzieje, jakie niesie dzień jutrzejszy, ponad wolnością jednego miasta - Berlina (...) na postępującą wszędzie wolność, spojrzeli ponad murem na dzień, kiedy zapanują pokój i sprawiedliwość, ponad samych siebie i nas wszystkich na całą ludzkość". Elokwencja Kennedy'ego stanowiła przykład Ameryki pewnej obranej przez siebie drogi i zdolnej pociągnąć za sobą innych.
Kula zamachowca położyła kres prezydenturze JFK, ale nie zapotrzebowaniu na globalną dyplomację, którą doprowadził do perfekcji. Lyndon Johnson, choć obarczony brzemieniem Wietnamu, wzmocnił międzynarodową pozycję Ameryki dzięki walce z ubóstwem i poparciu dla praw człowieka. Richard Nixon złagodził niepokoje, poszukując odprężenia ze Związkiem Radzieckim i otwierając się na komunistyczne Chiny. Gerald Ford uzyskał akceptację dla narzędzia monitorowania wolności za żelazną kurtyną, jakim był akt końcowy konferencji w Helsinkach. Jimmy Carter umieścił prawa człowieka w centrum amerykańskiej polityki zagranicznej, zadeklarował amerykański sprzeciw wobec apartheidu i pośredniczył w zawarciu historycznego pokoju między Izraelem i Egiptem. Ronald Reagan podkreślał poparcie Stanów Zjednoczonych dla demokracji i starał się osłabiać coraz bardziej wątłe podstawy sowieckiego imperium. Prezydent Bush senior wspierał zjednoczenie Niemiec i stworzył szeroką koalicję przeciwko irackiej inwazji na Kuwejt.
Z dekady na dekadę prezydenci pochodzący z obu partii jasno określili rolę Ameryki jako lidera systemu międzynarodowego - obrońcy prawa i kreatora globalnych instytucji; kraju, którego wpływ był odczuwalny we wszystkich regionach świata i którego poglądy były powszechnie szanowane. Choć popełniali błędy, zapisali się w historii dzięki wspaniałym osiągnięciom. Broń nuklearna, której tak się obawiano, nie została ponownie użyta, zaś liczba atomowych potęg nie przekroczyła pięciu. Skończył się podział Europy. Rozpadł się Związek Sowiecki. Rozprzestrzeniała się demokracja. Starzy wrogowie stali się przyjaciółmi.
A jednak w okresie zaraz po zimnej wojnie zaskoczyłam studentów, mówiąc, że moim zdaniem świat stanie się bardziej niebezpieczny. Przyzwyczailiśmy się do ryzyka związanego z rywalizacją między supermocarstwami i z trudem wypracowaliśmy narzędzia pozwalające trzymać ją w ryzach. Nowa era, choć w większym stopniu wolna, mogła się również okazać mniej przewidywalna. Narody i ludy przedefiniowały swoje interesy, na powierzchnię wypłynęły stare urazy.
W latach 90. Bill Clinton przywrócił radość życia właściwą stylowi Kennedy'ego, aby sprostać wyzwaniu sprawowania rządów w czasach przemian - rozszerzyć i zreformować NATO, wesprzeć redukcję długów najuboższych krajów, promować demokrację bez prób jej narzucania, dążyć do pokoju i robić więcej niż jakikolwiek inny przywódca dla ochrony świata przed międzynarodowym terroryzmem.
Na krótko przed interwencją NATO mającą zapobiec masowym mordom w Kosowie Clinton wezwał mnie do siebie o zwykłej dla niego porze, czyli w środku nocy (rzadko sypiał i nie sądził, by ktokolwiek inny mógł potrzebować snu). Razem prześledziliśmy kroki podjęte w celu znalezienia rozwiązania kryzysu drogą dyplomatyczną. Zanim miała rozpocząć się walka, Clinton żądał od nas każdego skrawka informacji. Siedząc przy swoim biurku, starał się złagodzić ból głowy, przytykając puszkę dietetycznej coli do skroni, i pytał o wszystko - historię, osobistości, czynniki społeczne i kulturowe, ryzyko dla naszych oddziałów, potencjalne koszta dla cywilów i o to, czy nasze plany dotyczące sytuacji po zakończeniu konfliktu były realistyczne. Był zdeterminowany, by sprostać misji, wiedział bowiem, że może się mylić. Był wnikliwy zarówno w kwestii Kosowa, jak i w każdej innej sprawie mającej znaczenie.
W swojej drugiej mowie inauguracyjnej Clinton określił nasz kraj mianem "niezbędnego narodu". Bardzo podobało mi się to sformułowanie i używałam go tak często, że w końcu zaczęto je kojarzyć z moją osobą. Niektórzy uznali je za aroganckie, ale nie taka była moja intencja. Sądziłam, że dobrze oddaje rzeczywistość, w której większość zakrojonych na szeroką skalę inicjatyw wymagała jakiegoś wkładu Stanów Zjednoczonych. Miałam również nadzieję, że to sformułowanie wzmocni dumę Amerykanów i będą oni bardziej skłonni angażować się w przedsięwzięcia zagraniczne.
Dla jego sekretarza stanu podejście Clintona było niezwykle cenne. Nie było mi trudno przekonać ludzi za granicą, że Stany Zjednoczone rozumieją i troszczą się o nich. Moi rozmówcy już to wiedzieli, gdyż przez lata słuchali prezydenta, który zadał sobie trud, by ich zrozumieć, który pokazywał, że ich przyszłość leży mu na sercu i przyjdzie im z pomocą, jeśli tylko będzie mógł.
Nasz kraj nie ma obecnie rywala, jeśli chodzi o potęgę i zasięg. Stwarza to zarówno możliwości, jak i pokusy. Na dobre i na złe - postępowanie Ameryki stanowi przykład. Jeśli próbujemy postawić się ponad prawem, zachęcamy tym samym innych, by czynili to samo. Zatracona zostaje wówczas nasza moralna postawa, zaś fundamenty naszego przywództwa stają się podejrzane. Zawsze wierzyłam, że Ameryka jest wyjątkowym krajem, ale brało się to stąd, iż przewodziliśmy w tworzeniu standardów obowiązujących wszystkich, a nie dlatego, że byliśmy wyjątkiem od reguły.
Dziś zasadnicza rola amerykańskiej potęgi jest jednym z najistotniejszych faktów XXI wieku. Znacznie skurczyła się jednak nasza zdolność kontrolowania wydarzeń za pomocą owej potęgi. To również jeden z zasadniczych faktów XXI wieku. Powody takiego stanu rzeczy są dobrze znane. Wojnę z terrorem zmieniliśmy w bałagan - brakowało spójnej strategii i czytelnego powiązania pomiędzy podejmowanymi krokami i oczekiwanymi rezultatami. Sposób, w jaki promowaliśmy demokrację, wywołał niepokój nawet wśród tych, którzy opowiadali się za demokratycznymi reformami w swoich krajach. Dzieje się tak, bo kiedy mówimy o demokracji, wielu ludziom przychodzi na myśl Irak, model, którego nikt nie chce naśladować. Skoncentrowaliśmy uwagę na Zatoce Perskiej i nie wypracowaliśmy adekwatnej polityki w kwestiach energii czy środowiska naturalnego. Niepewnie i niekonsekwentnie reagowaliśmy na wyzwania niesione przez Azję, Amerykę Łacińską i Afrykę. Niegdyś byliśmy czołowymi praktykami globalnej dyplomacji, a zachowaliśmy się jak amatorzy.
Nawet najbardziej fundamentalne części składowe potęgi Stanów Zjednoczonych wydają się nadwątlone. Rozlokowaliśmy nasze oddziały, wykorzystując własne zasoby do granic możliwości, włączając w to Gwardię Narodową i rezerwy. Nasze przywództwo w międzynarodowej gospodarce ucierpiało z powodu niekonsekwentnego podejścia do handlu i polityki budżetowej. W kwestiach broni nuklearnej, praw człowieka i rządów prawa uważa się nas za hipokrytów.
W czasach Kennedy'ego pamięć o II wojnie światowej była częścią świadomości każdego dorosłego człowieka, podobnie jak rola Ameryki w odbudowaniu Europy Zachodniej i pomoc, jakiej udzieliła Japonii na drodze do demokracji. Rehabilitacja niegdysiejszych państw osi postrzegana była jako wspaniałe osiągnięcie. Wciąż kwestionowano przywództwo Ameryki, ale jej referencje były uznawane. Kraj, który przeciwstawił się Hitlerowi, Mussoliniemu i Tojo, zapewnił sobie co najmniej to, że słuchano go z szacunkiem pod różnymi szerokościami geograficznymi.
Nie możemy dłużej zakładać, że nasze rozumienie własnej historii jest szeroko podzielane. Stosunkowo niewiele osób słysząc słowo "Ameryka", kojarzy je z bitwą pod Lexington lub lądowaniem na plaży Omaha. Dla osób poniżej 20. roku życia - a jest to większość w wielu krajach - niewiele znaczy zimnowojenna konfrontacja pomiędzy wolnością i komunizmem. W wyobraźni wielu Statuę Wolności zastąpiła zakapturzona postać z podłączonymi elektrodami. Mówiąc językiem marketingowym, marka Ameryki potrzebuje gruntownego odświeżenia.
Pośród natłoku wydarzeń ostatnich 15 lat cztery tendencje stanowią oczywiste zagrożenie dla amerykańskich interesów: po pierwsze terror i wzrost antyamerykanizmu w świecie arabskim i muzułmańskim; po drugie erozja międzynarodowego konsensusu odnośnie rozprzestrzeniania broni atomowej; po trzecie rosnące wątpliwości co do wartości demokracji i po czwarte coraz silniejszy sprzeciw wobec globalizacji wywołany głównie pogłębianiem się różnic między bogatymi i biednymi.
Jest jeszcze piąte potencjalne zagrożenie, które może spotęgować pozostałe. Wbrew powszechnemu mniemaniu Amerykanie woleliby skoncentrować się na krajowych problemach, niż angażować się na forum międzynarodowym. Szczególnie wówczas, gdy nasze wysiłki nie są doceniane. Po Iraku Amerykanie nie będą skłonni podejmować ryzyka. I tak powinno być, jednak nie na tyle, byśmy pozwolili przybrać na sile nowym zagrożeniom.
Jesteśmy w nastroju sprzyjającym swarom i kłótniom. Huragan "Katrina" przypomniał nam, że walka z biedą i niesprawiedliwością w naszym własnym społeczeństwie jest wciąż niedokończona. Martwimy się, że nasze miejsca pracy przenoszone są za granicę, zaś nasze granice brane są szturmem. Na świecie dzieje się wiele rzeczy, których nie rozumiemy i mamy coraz mniejszą ochotę, by starać się je zrozumieć. Niedawny sondaż wykazał, że 42 proc. Amerykanów uważa, iż Stany Zjednoczone powinny "zająć się własnymi sprawami i pozwolić innym krajom radzić sobie najlepiej, jak potrafią". Zajmowanie się własnymi sprawami jest w Ameryce cnotą, zaś po obcokrajowcach tak czy inaczej nie można się wiele spodziewać. Czemu się więc nie wycofać? Czemu nie pozwolić innym objąć przywództwa?
Twoją odpowiedzialnością jako prezydenta będzie odpowiedzieć na te pytania. Musisz ponownie przedstawić i zdefiniować treść amerykańskiego przywództwa. To nie jest rok 1808 ani 1908. Jeśli pozwoli się zardzewieć narzędziom amerykańskiej potęgi, inne potęgi zajmą jej miejsce. Niektóre nie wyrządzą wiele zła, inne nie uczynią nic dobrego. Nadejdzie czas, kiedy będziemy musieli się przebudzić i istnieje ryzyko, że nasza odpowiedź będzie spóźniona. O wiele lepiej jest zachować czujność. Mamy unikalne możliwości, musimy używać ich w słusznej sprawie.
Pociechą powinien być fakt, że sami Amerykanie są postrzegani o wiele bardziej przychylnie niż nasza polityka i choć wielu ludzi jest zagniewanych naszym postępowaniem, mimo wszystko pragnie, byśmy ostatecznie odnieśli sukces. Te same sondaże, które pokazują spadek naszej popularności, dowodzą również, że świat nie jest gotów zaakceptować alternatywnego supermocarstwa - militarne ambicje Chin są traktowane podejrzliwie, rosyjscy przywódcy są przyjmowani z nieufnością, prezydent Iranu jest zdecydowanie nielubiany. Rozczarowanie Stanami Zjednoczonymi pojawia się wtedy, gdy jesteśmy posądzani o działanie bez uwzględniania interesów i obaw innych.
Madeleine Albright
© HarperCollins Publishers
przeł. Paweł Marczewski
p
Madeleine Albright, ur. 1937, amerykańska polityk. Urodziła się w Pradze jako córka czeskiego dyplomaty. Jej rodzice uciekli z Czechosłowacji w 1948 roku po przejęciu władzy przez komunistów. Od lat 70. pracowała w instytucjach związanych z polityką zagraniczną (m.in. w Narodowej Radzie Bezpieczeństwa), zajmując się głównie problemami państw bloku wschodniego. Była też jednym z czołowych doradców Partii Demokratycznej. W 1993 roku została mianowana amerykańskim ambasadorem przy ONZ. Cztery lata później jako pierwsza kobieta otrzymała stanowisko sekretarza stanu USA (pełniła tę funkcję do 2001 roku). Dziś wykłada na Uniwersytecie Georgetown oraz doradza kandydatce na prezydenta Hillary Clinton. Opublikowała m.in. autobiografię "Pani sekretarz stanu" (wyd. pol. 2005) oraz ostatnio "Memo to the President Elect" (2008).