O społecznym zaufaniu mówi się i pisze ostatnio - także w Polsce - bardzo dużo. Uznawane jest zwykle za fundament demokracji, bez którego ta ostatnia nieuchronnie musi pogrążyć się w kryzysie. Mało kto jednak zastanawia się nad tym, że jego przeciwieństwo, czyli społeczna nieufność, jest równie istotnym i konstruktywnym elementem demokratycznego procesu. Nasz dzisiejszy rozmówca, wybitny francuski historyk i socjolog Pierre Rosanvallon, z tej właśnie konkluzji uczynił jądro swej refleksji na temat współczesnej demokracji. To myślenie oryginalne, idące pod prąd utartym schematom. Zdaniem Rosanvallona nie ma sensu bić na alarm i mówić o kryzysie bądź upadku demokracji. Mamy po prostu do czynienia z jej przemianą w coś, co można nazwać "kontrdemokracją". To forma polityczna, w której na pierwszy plan wysuwają się społeczne narzędzia kontroli władzy i oporu wobec jej działań. Tej nowej postaci demokracji nie ma sensu oceniać wedle dawnych kryteriów - np. poziomu partycypacji wyborczej. Jej istotą jest bowiem "organizowanie obywatelskiej nieufności", tak by nie wykroczyła ona poza cywilizowane ramy.
p
To prawda, niesłychanie dużo analiz współczesnej demokracji kładzie nacisk na ideę schyłku. Ten wniosek opiera się na jednym tylko wskaźniku - statystykach
udziału w wyborach. Z jednej strony rzeczywiście widzimy spadek frekwencji niemal we wszystkich krajach, mniej więcej od 20 lat. Ale, po pierwsze, debata dotycząca absencji wyborczej rozpoczyna
się przecież już w roku 1791, gdy urny świeciły pustkami. To wtedy Michelet napisał słynne zdanie: "Lud wrócił do siebie". Tak więc, mówiąc o upadku demokracji, opieramy
się na jednym czynniku, a nawet ten czynnik można czasem podać w wątpliwość. Po drugie - i to jest znacznie istotniejsze - mamy zbytnią skłonność sprowadzania wszystkiego do partycypacji w
wyborach. To prawda, wybory powszechne są niezwykle ważne, ponieważ stanowią uznanie równości wszystkich obywateli. Jednak każdy, kto chce napisać historię sprawowania władzy przez
wspólnotę, musi wziąć także pod uwagę odrzucenie, protest, kontrolę społeczną, włączanie się w publiczne spory. Obok ufności w demokrację mieliśmy zawsze głęboką nieufność. I
stanowi ona tu cnotę - cnotę tego, który nie udziela swego mandatu w sposób ostateczny, który chce zachować prawo do pewnej rezerwy, do kontroli. I o ile rzeczywiście widać pewne wyczerpanie
wyborczej formuły demokracji, to jednocześnie widać wielką żywotność innych jej form. Wskaźniki udziału w strajkach, manifestacjach ulicznych, narodziny nowych form zbiorowej solidarności,
liczba masowych petycji - wszystko to wskazuje, że nie weszliśmy w erę apatii politycznej ani wycofywania się w prywatność. Demokracja kontroli, protestu, oceny zyskuje coraz bardziej na
znaczeniu. Tak zwany pasywny obywatel to tylko mit - ludzie są coraz bardziej aktywni, tyle że nie przy urnach.
Kontrdemokracja ma za zadanie zaradzić rosnącemu deficytowi zaufania przez zorganizowanie form nieufności. W tym sensie jest raczej wyrazem pewnego braku niż projektem. W społeczeństwie
zaufania odgrywałaby na pewno mniejszą rolę. Tylko że odbudowanie tego zaufania wydaje się niemożliwe z kilku zasadniczych powodów. Pierwszy z nich wiąże się z pozycją, jaką zajmuje
technika we współczesnym świecie. Świetne wprowadzenie stanowi tu "Społeczeństwo ryzyka" Ulricha Becka. Beck stwierdza rzecz niewątpliwą - zerwaliśmy z optymizmem, który
charakteryzował nasze spojrzenie na technikę aż do lat 60. Wkroczyliśmy w wiek katastrof i niepewności, technologie kojarzą nam się raczej z ryzykiem niż postępem. Społeczeństwo ryzyka
jest społeczeństwem, które nie ufa własnej przyszłości.
To prawda, jesteśmy skazani na zależność od ludzi, do których dawno straciliśmy zaufanie. Także w domenie makroekonomicznej wszystko wskazuje dziś na to, że epoka, w której przyszłość
była przewidywalna, dobiegła końca. Instytucje, które miały ją przewidywać, znajdują się w odwrocie. Czasy, kiedy Zgromadzenie Narodowe we Francji przegłosowywało stopę wzrostu
gospodarczego na najbliższe pięć lat w ramach gospodarki planowej, wydają się nam niebywale odległe - podczas gdy było to zaledwie 30 lat temu. Wtedy starano się dyktować bieg przyszłości,
dziś widzimy, że przyszłość oznacza stanięcie oko w oko z sytuacją, z przemianami, z wypadkami. Jest też socjologiczna przyczyna tej sytuacji związana z nadejściem tego, co Michael Walzer
nazywa "społeczeństwem oddalenia". Co to jest zaufanie? To forma wiedzy, która pozwala nam formułować hipotezy odnośnie zachowania danej osoby w przyszłości. Im lepiej znamy
daną osobę, tym zaufanie jest większe. Zaufanie w ogromnym stopniu zależy od homogeniczności społeczeństwa. Społeczeństwa, w których wskaźnik zaufania jest najwyższy, to homogeniczne
społeczeństwa skandynawskie - im bardziej bowiem grupa jest homogeniczna, tym większa jest przewidywalność postaw i zachowań...
Tekst Putnama ma wielkie znaczenie. Trzeba tu dorzucić jeszcze jedno - brak zaufania wobec innych i brak zaufania wobec rządzących są ściśle ze sobą powiązane. Pokazały to liczne badania
porównawcze. Brazylia, która bije wszelkie możliwe rekordy nieufności do polityków, jest jednocześnie krajem, w którym wskaźniki zaufania między jednostkami są najniższe. To nie wszystko -
im wyraźniejsza jest nieufność do polityków, tym większa jest tolerancja dla korupcji.
Tak. Społeczeństwo czuje się coraz gorzej reprezentowane. Ale tego odczucia nieufności nie sposób zredukować do prostej opozycji między ludem a elitami. Zresztą brak zaufania to nie wszystko.
Kolejnym czynnikiem jest wzrost poziomu wykształcenia, który sprawia, że wymagania stają się większe. Lepsza zdolność sądzenia oznacza większy potencjał rozczarowania. Mamy wreszcie
rozkwit kontrdemokracji, czyli form sprawowania władzy negatywnej przez wspólnotę... Michel Foucault podkreślał, że zmierzamy ku społeczeństwu nadzoru, gdzie władza coraz ściślej nadzoruje
lud. Oczywiście ten wymiar istnieje, co odzwierciedlają choćby debaty na temat wszechobecności kamer przemysłowych w miastach czy spory dotyczące tego, w jakim stopniu profilowanie
elektroniczne pozbawia nas resztek prywatności. Ale jednocześnie mamy coraz więcej środków, za pomocą których społeczeństwo może kontrolować władzę.
To nie tak. Wszystko wiąże się z całkowicie nowym podejściem, jakie obecne społeczeństwa mają do jawności czy przejrzystości. Wejście w epokę mediów nie tłumaczy wszystkiego. Trzeba
szukać głębiej. Wydaje mi się, że główną przyczyną jest dezideologizacja życia politycznego. Kiedy polityka była pojmowana przede wszystkim jako walka wykluczających się systemów albo
walka klas na śmierć i życie, kwestie osobiste nie miały prawie żadnego znaczenia. Liczyło się to, kto jaką partię reprezentuje i jaka jest ideologia tej partii. To były podstawowe punkty
orientacyjne. Wszystko się zmieniło pod koniec XX wieku. Upadek ideologii wytworzył bardziej zindywidualizowane spojrzenie na politykę. Tym samym kwestia osobistego zaufania wyborcy do polityków
zyskała na znaczeniu. Zwiększyła się rola polityki skandalu, polityki denuncjacji. Stąd obfitość różnych afer będąca wynikiem nie tyle upadku wartości moralnych, co rosnącej roli
przejrzystości.
I to nie media do tego doprowadziły - one raczej odpowiadają na nowe potrzeby. Na dodatek politycy zrozumieli sytuację i zwiększyli dawkę swej obecności w mediach, czyniąc z życia prywatnego
- oczywiście reżyserowanego - kluczowy element własnej wiarygodności. Nie podkreślają już wierności swemu obozowi, tego już się od nich nie wymaga. Muszą za to mnożyć dowody osobistej
uczciwości i obnosić się ze swoją bliskością z wyborcami. Prostota i przejrzystość stały się głównymi cnotami politycznymi.
Możliwości oceny są rzeczywiście ograniczone. Jednocześnie, gdy przyjrzymy się scenie politycznej, widać jasno, że każda władza skarży się, iż jest nieustannie blokowana, ograniczana.
Gdy podejmuje jakąś inicjatywę, zwiększa tym samym prawdopodobieństwo krytyki. Przychodzi mi tu na myśl znana formuła Ludwika XIV: "Za każdym razem, gdy tworzę nowe stanowisko,
stwarzam stu niezadowolonych i jednego niewdzięcznika". To tego typu przekonania definiują dziś działania rządów. Kieruje nimi raczej troska o uniknięcie krytyki za podjęcie
dyskusyjnych działań niż nadzieja, że staną się popularne dzięki wielkim reformom. Na dodatek wyborcy są znacznie bardziej wyczuleni na ryzyko pogorszenia własnej sytuacji, niż na szanse
jej poprawy. Asymetria między pozytywnym i negatywnym rzuca się więc w oczy zarówno w zachowaniach polityków, jak i w postawie ludu. Dlatego strategie unikowe wydają się oczywiste. Większa
zdolność reagowania po stronie rządzonych doprowadziła do coraz większej skromności po stronie rządzących.
Kontrdemokracja jest terminem z zamierzenia dwuznacznym. Mamy tu aspekt pozytywny: siłę krytyczną, która - jak łuk przyporowy w katedrze - pozwala powiększyć budowlę, jej przestrzeń. Ale
mamy także aspekt negatywny: większa kontrola prowadzi do blokowania systemu. Wszystko musimy mierzyć tą miarą. Nie chodzi jedynie o niemoc polityków. Rozwiązaniem naszych problemów nie jest
powrót do idealistycznej wizji silnego męża stanu, wizji gaullistowskiej czy churchillowskiej. Widać to choćby w zmianie charakteru samych wyborów. Także one zyskują kontrdemokratyczny
charakter - są w coraz mniejszym stopniu zorganizowanym wyborem przyszłości. Sprowadzają się raczej do krytyki pewnych sytuacji powiązanych z przeszłością. Głosuje się najczęściej
przeciw czemuś, a nie za czymś.
Fakt, że dziś określają się w sposób negatywny, stanowi wielką zmianę. Aby odpowiedzieć na pytania, jakie niesie z sobą ta gigantyczna przemiana, musimy stworzyć nową filozofię polityki.
W jej sercu trzeba umieścić mechanizmy odwoływania, mechanizmy sankcjonujące, a nie tylko - jak to było w przeszłości - mechanizmy wyboru, udzielania mandatu. Można wręcz powiedzieć, że
dzisiejsze systemy polityczne określane są nie tyle przez swe elementy czysto instytucjonalne (system prezydencki lub parlamentarny, dwupartyjny lub wielopartyjny itd.), co przez stopień, w jakim
możliwość zmiany zależy od zdolności blokowania przez poszczególne grupy nacisku. Wspólny negatywny mianownik zyskuje coraz większe znaczenie w życiu krajów Europy. Widzimy coś jeszcze.
Która instytucja jeszcze do niedawna symbolizowała demokrację w sposób najpełniejszy? Parlament wybrany w sposób wolny. Cała historia demokracji stanowiła refleksję dotyczącą
konstytuowania się parlamentu, jego władzy itd. A jak jest dziś? Które instytucje są przez obywateli Europy Zachodniej uważane za najbardziej demokratyczne? Otóż w coraz większym stopniu są
to trybunały konstytucyjne, grupy mędrców, niezależne autorytety. Parlament, który znajduje się w sercu systemu demokratycznego, wcale nie jawi się ludziom jako to, co najbardziej
reprezentatywne i ważne. Przytoczę tylko jedną liczbę - na świecie w ciągu zaledwie pięciu lat między rokiem 1990 a 1995 w ponad 30 krajach stworzono bardzo rozbudowane systemy kontroli
konstytucyjnej. To jeszcze dobitniej pokazuje, że centrum demokracji nie jest już tylko życie parlamentarne.
Przedtem nie przywiązywano do nich większej wagi właśnie dlatego, że nie są przedmiotem powszechnych wyborów. A jak tę zmianę rozumieć? Moim zdaniem jest to rezultat innego spojrzenia na
większość w naszych społeczeństwach. Kiedy chodziło o to, by przeciwstawić się dawnym formom dominacji klasowej albo walczyć przeciwko takim formom wyborów, które wykluczały część
społeczeństwa, idea władzy większości była tożsama z walką o zbiorową emancypację. Była w praktyce synonimem jednomyślności. Nikt już dzisiaj tak jej nie postrzega. Mniejszość nie
kojarzy się nam z grupą uciskającą. Wprost przeciwnie - to mniejszości uważane są za żywe ucieleśnienie tego, co znaczy bycie uciskanym. Tak więc staramy się połączyć dwa typy
legitymizacji - ten, który opiera się na władzy większości (wybory), i ten, który odwołuje się do logiki praw uniwersalnych, które trzeba zagwarantować jednostkom albo wykluczonym
(sędziowie, autorytety niezależne itd.).
We wszystkich krajach Europy Środkowo-Wschodniej i Wschodniej widać jednocześnie dwie rzeczy. Po pierwsze, nowe partie polityczne, które się tam pojawiły, nie były zakorzenione w ideologiach
przeszłości. I pewnie dlatego falowanie systemu czy uskrajnienie dyskursów politycznych są bardziej wyraźne. To jednocześnie kraje, które od razu przeszły od predemokracji do postdemokracji.
Czytałem polską konstytucję i nie sposób było zauważyć, że została ona napisana w sposób znacznie bardziej nowoczesny niż konstytucja francuska w latach 70. Polska konstytucja przyznaje
znaczące kompetencje przeciwwładzom, państwu prawa. Podczas gdy kraj jakobiński, którym jest Francja, przez bardzo długi czas miał z tym gigantyczny problem. U nas uważano, że władza jest
wszystkim, a prawo niczym.
Ponieważ społeczeństwo wcale tak nie myśli - nie chce władzy dla siebie. Tendencja dominująca jest taka, że godzimy się na to, by politycy wykonywali swoją pracę, ale jednocześnie chcemy
tę pracę kontrolować. W tym sensie polityk stał się zleceniobiorcą pewnej usługi. Jednocześnie wyborca zmienił się w coraz bardziej wymagającego konsumenta, po cichu rezygnując z roli
współtwórcy zbiorowego świata. Przyjrzyjmy się choćby tzw. nowych ruchom społecznym. Istnieje oczywiście spora różnica między grupkami, które specjalizują się w spektakularnych,
szokujących akcjach - jak np. Act Up we Francji - a wielkimi, ugrzecznionymi organizacjami pozarządowymi sprofesjonalizowanymi do reszty na wzór wielkich korporacji. Jednak jako formy polityczne
są one do siebie bardzo podobne. Dawne ruchy społeczne - najlepszy przykład stanowią tu związki zawodowe - za swój cel miały negocjacje społeczne i reprezentowanie członków. Celem nowych
ruchów społecznych jest unaocznienie pewnych problemów i zwrócenie na nie uwagi władz. Oni nie chcą przejąć władzy. Nie chcą nawet tych problemów rozwiązywać. Chcą jedynie, by władza
zwróciła na pewien problem uwagę. Stąd nazywamy ich whistleblowers - tymi, którzy gwiżdżą na alarm.
Idea alternatywy straciła na znaczeniu. To dlatego coraz wyraźniej widzimy, że opozycja między lewicą a prawicą nie wystarcza już, by opisać prawdziwą stawkę polityki. Naszą epokę
charakteryzuje pewien rodzaj sceptycyzmu. Ale to wcale nie oznacza, że sądzimy, iż każda polityka jest równie dobra. Po prostu nie wierzymy już w jakąś globalną alternatywę. Każdą
politykę oceniamy w świetle poszczególnych przypadków. Podobnie idea rewolucji zniknęła z naszego pola widzenia. Ale jej schyłek nie powinien być analizowany jedynie jako konsekwencja klęski
komunizmu i jako zwycięstwo reformistycznego umiarkowania. To jest to, o czym pan mówił - radykalizm nie oznacza już perspektywy wielkiej przemiany. Stał się palcem, który codziennie wskazuje
winnych, nożem, który nieustannie rozjątrza rany tego świata. Postawa radykałów nie wskazuje żadnego nowego horyzontu, nie skłania do podjęcia żadnych działań. Oni po prostu wyrażają -
w sposób chaotyczny, pełen wściekłości - fakt, że nie potrafią już nadać sensu rzeczom, odnaleźć swego miejsca w świecie. Są przekonani, że mogą zaistnieć, jedynie przedstawiając
rzeczywistość jako jeden wielki świat odrzuconych, prześladowanych przez wszechwładny system. Muszą nienawidzić, aby mieć nadzieję. W tym granicznym wypadku kontrdemokracja sprowadza się do
monotonnej wrogości wobec demokracji.
Wycofuję się, to rzeczywiście nic nie da. To nie jest żadne rozwiązanie. Aby zrozumieć prawdziwy problem, należałoby wrócić do tego, o czym mówi Benjamin Constant w "Wolności
starożytnych z wolnością nowoczesnych porównanej". Podkreśla tam, że niegdyś wola obywateli miała realny wpływ na rzeczywistość, korzystanie ze swoich uprawnień obywatelskich
było przyjemnością żywą i powtarzalną, podczas gdy w świecie nowoczesnym utraciliśmy ten przywilej - jednostka prawie nigdy nie zauważa wpływu, jaki wywiera na rzeczywistość. Dziś, gdy
świat polityczny stracił swą czytelność, gdy ulega coraz większemu rozproszeniu, te słowa stają się jeszcze prawdziwsze. Tu kryje się najważniejsze zadanie polityki demokratycznej - odnosi
ona sukces tylko wtedy, gdy sprawia, że mechanizmy organizujące życie społeczne stają się widoczne dla naszych oczu. I o tym musimy bez przerwy myśleć: jak odnaleźć nową postać, nowy
ekwiwalent tego teatralnego wymiaru polityki w dzisiejszym społeczeństwie.
p