p
Agata Bielik-Robson*
O "Rubryce pod różą" Małgorzaty Łukasiewicz
Kiedy ostatnio "Zeszyty Literackie" wręczały Małgorzacie Łukasiewicz nagrodę za jej wybitne osiągnięcia przekładowe, Adam Zagajewski zaczął swą laudację od ryzykownej tezy, że pani Małgorzata właściwie nie miała ciekawego życia, więc od razu warto przejść do jej przygód z literaturą - i rzeczywiście, przystąpił natychmiast do wyliczania jej translacyjnego dorobku sięgającego od Karola Maya po Theodora Adorno. Teza ta zawsze brzmi ryzykownie; ucieszyć się z niej mógłby chyba tylko ascetyczny kapłan czystej sztuki, ten świecki mnich, który za cel stawia sobie życie skrajnie niepozorne, nieodciągające od wewnętrznych dramatów twórczych. Ale szczególnie ryzykownie brzmi ona w odniesieniu do Małgorzaty Łukasiewicz, która życia od literatury nie oddziela, o czym dobitnie świadczy jej ostatnia książka - wydany przez Znak cykl felietonów z prowadzonej przez nią od lat "Rubryki pod różą". "Nie wystarczy przeczytać - trzeba coś z tym zrobić. Z tego chyba - no bo z czego? - wzięła się nauka o literaturze, krytyka literacka, praktyka przekładu". To kapitalne zdanie, zgrabnie streszczające istotę literackiej sztafety, w której kolejna generacja zaraża się koniecznością pisania od swych literackich przodków, pochodzi z eseju "Kwiat opowieści" poświęconego W.G. Sebaldowi. Ze wszystkich tłumaczonych przez Małgorzatę Łukasiewicz pisarzy Sebald wydaje się jej mentalnie najbliższy, ponieważ jego praktyka literacka polega właśnie na nieustannym przepracowywaniu tekstów prekursorskich: Kafki, Benjamina, Nabokowa. Tekst zasługuje na miano prekursorskiego, kiedy okazuje się, że nie wystarczy go tylko przeczytać, bo często bez specjalnego zaproszenia staje się on częścią życia, a wtedy już trzeba coś z nim dalej robić. Zdanie to pasuje także jak ulał do tego, co z czytaniem robi sama Małgorzata Łukasiewicz. Nie wystarczy przeczytać - trzeba jeszcze poukładać, uporządkować, zajrzeć we wszystkie kąty, ze spiętrzonego chaosu wydobywać szczegóły, przebijać wielokierunkowe perspektywy, które wskażą nieoczekiwane związki między najbardziej odległymi fenomenami. To słowa samej autorki, która w ten sposób, w eseju poświęconym Benjaminowi, opisuje praktyczne zabiegi kolekcjonera. To, co sama robi z literaturą, nosi bowiem wszelkie cechy kolekcjonowania - nie przypadkiem właśnie tej czynności poświęcone są trzy najlepsze teksty omawianej książki: "O skarbach", "Tylko patrzeć" oraz "Człowiek w pasażu". Kolekcje to mikrokosmosy, w których na modłę pomniejszoną i skondensowaną odbija się cały wszechświat, znajduje wyraz istota epoki, którą można objąć jednym celnym spojrzeniem: "Zmniejszony format - pisze Małgorzata Łukasiewicz a propos >>Nowej Meluzyny<< Goethego - nie oznacza redukcji, lecz - przeciwnie - zagęszczenie substancji, kompresję energii. Małe w stosunku do rozmiarów naturalnych ma wszystkie przewagi symbolu, modelu, zasady; miniatura jest czymś prawdziwszym i ważniejszym niż rzecz sama". Wedle Goethego, który dla autorki "Rubryki pod różą" pozostaje niedoścignionym mistrzem, miniatura reprezentowana przez maleńki świat wróżki Meluzyny, oraz kolekcja, o jakiej pisze w swym słynnym dialogu "Kolekcjoner i inni" - to sama istota sztuki oddającej życie w pomniejszeniu, kondensacji i wybranym zestawieniu.
Ta sama zasada rządzi felietonowymi miniaturami Małgorzaty Łukasiewicz, w których gromadzi ona swoje kolekcje, owoce własnych prac porządkowych w bibliotece świata; "tylko patrzy" i - zgodnie z regułą Joyce'a, także należącego do grona wielkich modernistycznych kolekcjonerów - "tylko łączy". W miniaturowym, zagęszczającym skrócie perspektywy Lichtenberg spotyka się z Benjaminem Constantem i Konstantym Jeleńskim; Goethe zderza się z Nietzschem i Gottfriedem Kellerem; Benjamin staje się pokrewny Chestertonowi; Perec rozmawia z Melvillem; Theodor Fontane rozprawia z Bachelardem. W "Nieśmiertelności" Milan Kundera stworzył wizję literackich zaświatów, w których wszyscy, którzy zasłużyli na żywot nieśmiertelny, rozmawiają ze wszystkimi: bez przeszkód, bez barier czasowych, bez ograniczeń. Podobny anarchiczny gwar rozbrzemiewa w tych kunsztownych ćwiczeniach, dających poczucie metafizycznej świeżości, czyli absolutnej swobody rajskiego bezczasu. Można o nich powiedzieć to samo, co Małgorzata Łukasiewicz pisze o aforyzmach Lichtenberga: "Żadnego porządku, żadnej konsekwencji. Chaos, w którym można się zagubić, ale też coś z błogiego, rajskiego współistnienia wszystkiego ze wszystkim". Celem tworzenia tych miniaturowych kolekcji, w których pisarze wymieniają się aforystycznymi mądrościami, jest więc nie co innego jak wieczne życie literatury: błogie, rajskie współistnienie wszystkiego ze wszystkim. Życie obok kolekcji to kolejny wielki temat tych małych tekstów. Nie chodzi w nich bowiem o to, by zestawiając ze sobą rozmaitych, z pozoru odległych autorów, stworzyć grę szklanych paciorków, ale o to, by z czytania wycisnąć esencję, która uzyska ciężar życiowego doświadczenia. Miniatura, kondensacja, aforyzm nie są tu celami samymi w sobie, lecz uprzywilejowanymi środkami wyrazu, które przybliżają do tej jedynej wiedzy, jaka naprawdę interesuje Małgorzatę Łukasiewicz: "Adorno uzna - napisze w felietonie o Lichtenbergu - że prawdę o życiu wyrazi jedynie gatunek mający z życiem najwięcej wspólnego - krótkość, niepełność, efemeryczność, poszczególność". To właśnie błyski tej ulotnej prawdy śledzi ona w literaturze, grube tomy kondensując do rozmiarów aforyzmu, który uwalnia wówczas samą esencję utrwalonego w nich życia. Jej spojrzenie wybiera, zestawia, zagęszcza, a tym samym ożywia stare teksty, którym grozi antykwaryczna - w sensie nietzscheańskim - martwota. Do tej osobliwej praktyki, którą można by nazwać piszącym czytaniem, czytaniem niezadowalającym się samą tylko bierną lekturą, doskonale odnoszą się słowa Benjamina o Gottfriedzie Kellerze wskazujące na ożywiający efekt opisu: "Książki Kellera wypełnia bez reszty zmysłowa rozkosz nie tyle patrzenia, co opisywania. Opisywanie jest mianowicie rozkoszą zmysłową, bo przedmiot odwzajemnia spojrzenie patrzącego i w każdym dobrym opisie zawiera się rozkosz zetknięcia tych dwu poszukujących spojrzeń". Dobrą, żywą kolekcją u Łukasiewicz rządzi więc ta sama reguła, która legła u podstaw manewrów kolekcjonerskich Benjamina: z aforystycznie skondensowanych fragmentów różnych tekstów musi ułożyć się konstelacja, która wyda z siebie iskrę, krótkie spięcie znaczenia, które dotąd tkwiło w nich w formie uśpionej.
Nigdy jednak to, co Małgorzata Łukasiewicz robi z tekstami, nie staje się łatwą lekturą użytkową. Literatura cieszy się tu absolutną autonomią, której nie grozi tyrania ze strony jakiejkolwiek ideologii. Jeśli jednak Łukasiewicz pozostaje w każdej swej odsłonie nienaganną estetką, to jej estetyzm zdradza szczególny - bo witalistyczny - charakter. W literaturze Łukasiewicz poszukuje nie idei, ale też nie samej tylko formalnej doskonałości, lecz szczególnej wiedzy o życiu, która - niepełna, ulotns i nieobliczalna - wymyka się wszelkim, czy to ideowym, czy wyłacznie estetyzującym domknięciom. Literatura pełni więc dla niej funkcję poznawczą - ponieważ tylko ona potrafi powiedzieć coś ciekawego o życiu samym, nie podporządkowując go gotowym schematom. Cecha ta wyraźnie odróżnia ją od tego bardziej rozpowszechnionego w epoce modernistycznej estetyzmu, który właśnie w życiu postrzega swego największego wroga, nużąco rzeczywistą kulę u nogi niepozwalającą pisarzowi wzbić się w rejony absolutnej swobody twórczej, gdzie jest już tylko on, czysty umysł i jego święta zabawka, czyli równie oczyszczony z życiowych zależności język. Tak pojęta literatura zostaje na zawsze zwolniona z uciążliwych obowiązków poznawczych i staje się czystym ćwiczeniem kreacyjnym, które rywalizuje z boskim gestem stwórczym, obiecując stworzenie czegoś lepszego niż życie: rzeczywistości doskonalszej, mniej efemerycznej, wolnej od bałaganu. Co ciekawe, także ci nielubiący życia pisarze, którzy nie spodziewali się po nim niczego interesującego, układali kolekcje z izolowanych fragmentów świata bądź tekstów, także mieli upodobanie do miniatury i śmiałych szachowych skrótów, ale gry te służyły im do zupełnie innych celów. Ostatnia "Literatura na Świecie", poświęcona Raymondowi Rousselowi, najbardziej chyba nieprzejednanemu kapłanowi czystej sztuki, jaki narodził się po Stefanie Mallarmé, przynosi świetny opis tego zabiegu kolekcjonowania, który umieszcza się na antypodach wobec witalizującej strategii Łukasiewicz: "Roussel - pisze jego włoski komentator, Giovanni Macchia - opowiada aleksandrynem, nadaje iluzoryczne życie światu rzeczy drobnych, niepozornych: ma upodobanie do tego, co miniaturowe. W jego krótkich powieściach pisanych wierszem punktem wyjścia staje się "figé", zmumifikowany w banalnych przedmiotach, pozbawionych wyrazu, które on obserwuje z uwagą pełną napięcia...(LnŚ, 9-10/2007). Rousselowska kolekcja jest z założenia martwa; do bytu powołuje ją mania absolutnej kontroli, która najpierw morduje i unieruchamia sztuczne wycinki życia, by potem samemu nadzorować mechaniczne złudzenie ruchu. Kolekcja jawi się tu jako maszyna, która imituje życie, stwarzając sztuczną iluzję jako propozycję od życia lepszą, z życiem konkurującą - miniatura nie ma tu życia przedstawić, ma je zastąpić. Ten mechaniczny heterokosmos rywalizujący z nieudanym, bo zbyt ruchliwym światem życia, podlega stałej kontroli stwórcy, który niczemu nie pozwala ożyć, a tym samym wymknąć się spod stałego nadzoru kamiennego spojrzenia. To kliniczny wprost przypadek martwej kolekcji, która życie usuwa, zamieniając je w arcysztuczne dzieło sztuki. Zamierzenie Małgorzaty Łukasiewicz jest dokładnie odwrotne. Dla niej literatura to osobliwe miejsce, w którym odsłania się życie, przedmiot z istoty swojej nieuchwytny i efemeryczny; to strefa pośrednia między tym, co prywatne, a tym, co publiczne, subtelnie wydobywająca na jaw ciemne zakamarki wiedzy i doświadczenia. Łukasiewicz z sympatią cytuje Hannah Arendt, która w swym "Dzienniku myśli" notuje: "Życie prywatne: Tautologia, wszelkie życie jest prywatne. Żadne życie, dopóki trwa, nie może znieść upublicznienia. Dlatego właśnie życie nie może być dziełem sztuki". Literatura, sfera pośrednicząca między prywatnym doświadczeniem a publicznym dyskursem, nie służy przekuwaniu życia w estetyczny obiekt kontemplacji, który mógłby stać się przedmiotem ogólnego podziwu; raczej uchyla rąbka prywatnej tajemnicy, tego, jakby powiedział Nietzsche, ciemnego warsztatu życia, delikatnie i nienachalnie, nie naruszając jego prawa do pojedynczości. I w miarę, jak literatura nowoczesna rozwija się, uzyskując coraz głębszą samowiedzę, coraz silniej uświadamia sobie, że jej jedynym tematem jest właśnie życie - "krótkie, niepełne, efemeryczne, poszczególne", trwale wymykające się solidnym i systematycznym ujęciom.
Ten moment narodzin innej literackiej moderny z ducha niefilozoficznego, subtelniejszego witalizmu Małgorzata Łukasiewicz opisuje w kapitalnym fragmencie poświęconym Gottfriedowi Kellerowi, pisarzowi umiejscowionemu na granicy między romantyzmem a modernizmem: ">>Zielony Henryk<< - pisze w eseju "O skarbach" - uchodzi za przykład bildungsroman, powieści o kształtowaniu się człowieka. W pierwotnej wersji bohater, przekonawszy się, że nie osiągnie w życiu tego, do czego dążył, umiera - z poczuciem, że zawiódł, nie spełnił pokładanych w nim nadziei i własnych marzeń, że sobie i innym wszystko popsuł. Tę wersję opublikowano w latach 1851 - 1855. W 1878 roku autor wykupił pozostałe egzemplarze pierwszego wydania, spalił je i w rok później opublikował nową wersję. Henryk nie umiera, lecz żyje dalej. To właściwie wszystko, co można o nim powiedzieć - Henryk żyje. Jego życie, nieprzybrane już teraz w aspiracje, oczekiwania, złudzenia, okazuje się tym, czym było zawsze - właśnie życiem. Historia tego życia opowiadana jest chronologicznie, jak gdyby jedyną zasadą porządkującą był przepływ czasu. Nie dojrzewa w fabułę, nie niesie morału, nie składa się w proces ku czemuś zmierzający. Henryk jest jak bajkowy chłopiec, który wyruszył w poszukiwaniu szczęścia i powrócił do domu z pustymi rękami - jego jedynym bogactwem okazało się życie. W życiu nie gromadzi się skarbów, życie się przeżywa. Nie do wiary, jaką cudowną powieść napisał Keller - o samym życiu". Ten krótki opis to sama kwintesencja metody, jaką w swoich komentarzach stosuje Małgorzata Łukasiewicz: skrótu i kondensacji, które w jednym wybranym tekście pozwalają dostrzec zarys całej konstelacji, jaką tworzy współczesna literatura. Efekt zaskoczenia wzmaga się, gdy wychodzi na jaw, że ojcem tego szczególnego modernizmu, zafascynowanego procesem życia samego jest nie kto inny, jak powszechnie nieczytany i zapomniany Gottfried Keller i że "Zielony Henryk" w swej drugiej, antyromantycznej wersji to źródło, z którego nowym strumieniem wypłynęła współczesna literatura. Ze strumienia tego czerpać będą najwięksi moderniści: Kafka, Joyce, Beckett, John M. Coetzee. Małgorzata Łukasiewicz do tego grona dorzuci jeszcze Günthera Grassa i Borysa Pasternaka. Ale w tle całej tej przemiany umieści pisarza jeszcze wcześniejszego niż Keller, pisarza, który w jej ujęciu wydaje się uniwersalnym prekursorem wszystkiego, co w literaturze dobre, czyli Goethego. W eseju "Koniec książki", w którym po raz kolejny rozważana jest analogia życia i dzieła, przypomina, że "ostatnie słowa Fausta w pierwszej części, zwrócone do Małgorzaty, brzmią: "Żebyś żyła!". Przedostatnie słowa: "Bodajbym się nigdy nie narodził!". To radykalny sposób na wymazanie całej historii. Gdyby się nie narodził, nie byłoby paktu z diabłem i nie stałoby się całe zło, które stąd wynikło. Faust zawarł pakt z diabłem, bo chciał zaznać życia. Jak widać, rzeczywiście dowiedział się czegoś ważnego o życiu - dowiedział się, że życie, to historia, której właśnie nie da się wymazać, skasować i spróbować jeszcze raz od początku". Chcąc zaznać życia jako dzieła sztuki - obmyślonego od A do Z, doskonałego formalnie, ze spójną fabułą, morałem i pointą - Faust rezygnuje z jedynego życia, jakie mogło stać się jego udziałem: krótkiego, niepełnego, efemerycznego, poszczególnego.
Borys Pasternak lubił palić w piecu", jak głosi tytuł jednego z esejów - zaś Małgorzata Łukasiewicz lubi czytać książki i coś z tym czytaniem robić. W tym jej robieniu czegoś z lekturami tli się blask codzienności, skromnie opromieniający powszednie czynności i zmagania, jakie składają się na zwykłe życie. Spokojnie więc można czynność tę i płynącą z niej satysfakcję postawić na równi z upodobaniem, jakie autor "Doktora Żywago" miał do palenia w piecu, a Lara, jego ulubiona postać kobieca, do prania w balii. Czytanie staje się niemal częścią domowej krzątaniny podtrzymującej i odnawiającej życiowy proces. Uczestnicząc w codziennych zabiegach porządkujących ściąga literaturę z estetycznego piedestału, ale w zamian daje jej coś, czym od dawna już nie obdarza jej krytyka literacka: podtrzymuje jej życie, czyni ją - jak to określiła Susan Sontag - życiowo niezbędną. Życie jest tu żywiołem ciągłości, który nie pozwala na radykalne gesty zerwania, estetyzującej wielkiej przemiany: "Codzienne zabiegi porządkujące - tak, wielka przemiana - nie". Literacka kolekcja Małgorzaty Łukasiewicz żyje, ponieważ jest częścią życiowo niezbędnyc zabiegów. To chyba nie przypadek, że o tym żywiole ciągłości, jakim jest samopodtrzymujące się codzienne życie - żywiole, który uniemożliwia radykalne gesty autokreacji i estetyzacji, wymazania i zaczęcia całkiem od nowa - pisały z uznaniem, albo co najmniej ambiwalentnie, tylko kobiety. Trzeba umieć dostrzec ironię, z jaką Hannah Arendt, z pozoru wielka wielbicielka Greków, opisuje w "Kondycji ludzkiej" ich męskie lekceważenie dla cyklicznych prac, które składają się na samą tylko kontynuację bytu domowego. Śladem Arendt idzie też Jolanta Brach-Czaina, która w swych "Szczelinach istnienia" równie ironicznie pogłębia męską analitykę egzystencjalną Heideggera o niewspomniany przezeń wymiar codziennego krzątactwa. Coś podobnie kobiecego wyczuwam w propozycji Małgorzaty Łukasiewicz, propozycji subtelnej i nienatarczywej, w żadnym sensie nieideologicznej - by czytać inaczej i robić z tym czytaniem coś w rodzaju owych cyklicznych, codziennych prac, których celem jest samo podtrzymanie życia - tym razem podtrzymanie życia literatury. Dlatego sam Walter Benjamin mógłby się czegoś nauczyć ze sposobu, w jaki Łukasiewicz, trochę mimowolnie, a trochę przekornie, nadaje jego nazbyt pasywnemu flaneurowi dziarskie rysy domowej gospodyni: "Trzeba wciąż chodzić - pisze w eseju "Człowiek w pasażu" - zaglądać w różne kąty, wśród spiętrzonego chaosu wydobywać szczegóły, przebijać wielokierunkowe perspektywy, które wskażą nieoczekiwane związki między najbardziej odległymi fenomenami, szukać nieodkrytych imion rzeczy. Tylko w ten sposób można uchronić świat przed furią zanikania i przywrócić wszystko do istnienia w teraźniejszości".
p
*Agata Bielik-Robson, ur. 1966, filozof. Pracuje w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN, wykłada także m.in. w Collegium Civitas i Szkole Nauk Społecznych PAN. Znawczyni filozofii nowożytnej i współczesnej, którym poświęciła m.in. książki "Inna nowoczesność" (2000) oraz "Duch powierzchni. Rewizja romantyczna i filozofia" (2004). Przygotowuje książkę poświęconą motywom teologicznym w myśli współczesnej. Jest stałą współpracowniczką "Europy" - ostatnio w nr 166 z 9 czerwca ub.r. opublikowaliśmy jej esej "Ogień i popiół".