p
Robert Kagan*
Na gruzach liberalnej utopii
Na początku lat 90. na świecie panował zrozumiały optymizm. Upadek komunistycznego imperium i demokratyczne aspiracje Rosji zdawały się zwiastować nową epokę globalnej konwergencji. Nagle okazało się, że wielcy zimnowojenni przeciwnicy mają liczne wspólne cele, między innymi ekonomiczną i polityczną integrację. Nawet po wydarzeniach na placu Tiananmen w 1989 roku i niepokojących oznakach destabilizacji, które pojawiły się w Rosji po 1993 roku, większość Amerykanów i Europejczyków wierzyła, że Rosja i Chiny zmierzają prostą drogą do liberalizmu. Wydawało się, że Rosja Jelcyna jest zwolenniczką liberalnego modelu ekonomii politycznej i ściślejszej integracji z Zachodem. Powszechne były nadzieje, że liberalizacja gospodarki chińskiej doprowadzi do liberalizacji politycznej, nawet jeśli władze chińskie sobie tego nie życzą.
Tego rodzaju determinizm był charakterystyczny dla pozimnowojennego myślenia. Panował pogląd, że w zglobalizowanej gospodarce państwa muszą się zliberalizować - najpierw ekonomicznie, potem politycznie - jeśli chcą skutecznie konkurować i przeżyć. Przy pewnym poziomie dochodu per capita coraz liczniejsza klasa średnia zażąda prawnych i politycznych przywilejów, które władza będzie musiała im przyznać, bo inaczej gospodarka wyhamuje. Ponieważ demokratyczny kapitalizm jest jedynym skutecznym modelem rozwoju, prędzej czy później wszystkie społeczeństwa pójdą tą drogą. W wojnie idei zatriumfował liberalizm. Pozimnowojenny determinizm ekonomiczny i ideologiczny zrodził dwa ogólne założenia, które miały wpływ zarówno na politykę, jak i powszechne oczekiwania ludzi. Pierwsze z nich to przekonanie o nieuchronności postępu - przekonanie, że historia jest jednokierunkowa. Zrodziło się ono w epoce oświecenia, umarło na skutek tragicznych wydarzeń XX wieku i zmartwychwstało po upadku komunizmu. Po drugie, powszechnie zalecano cierpliwość i powściągliwość: zamiast wchodzić w konflikt z autorytarnymi reżimami, lepiej je wciągać w globalną gospodarkę, wspierać praworządność czy tworzenie instytucji społeczeństwa obywatelskiego. I pozwolić działać niepowstrzymanym siłom postępu...
Przekonanie, że świat wkroczył w epokę konwergencji, okazało się jednak błędne. Nastała epoka dywergencji. W połowie lat 90. transformacja demokratyczna w Rosji została zastąpiona swoiście carskim ustrojem politycznym, w którym wszystkie istotne decyzje są podejmowane przez jednego człowieka i jego koterię. Według Putina demokracja nie polega na tym, że co jakiś czas odbywają się uczciwe wielopartyjne wybory, lecz na tym, że realizowana jest wola ludu. Państwo rosyjskie jest demokratyczne, ponieważ wsłuchuje się w głos narodu, konsultuje się z nim, poznaje jego potrzeby i próbuje je zaspokoić. "Kreml nie myśli w kategoriach praw obywateli, tylko potrzeb ludności" - wskazuje Iwan Krastew. Wybory powszechne nie dają możliwości zmiany władzy, jedynie okazję do zatwierdzenia decyzji podjętych przez Putina, takich jak osadzenie na prezydenckim tronie Dmitrija Miedwiediewa. System prawny jest narzędziem walki z przeciwnikami politycznymi. Z systemu partyjnego usunięto te ugrupowania, których Putin nie aprobuje. Skupiony wokół Putina aparat władzy kontroluje większość mediów ogólnokrajowych, zwłaszcza telewizję.
Większość Rosjan sprawia wrażenie zadowolonych z autorytarnych rządów, przynajmniej na razie. Inaczej niż komunizm putinizm prawie nie ingeruje w ich prywatne życie - pod warunkiem że nie angażują się w politykę. Inaczej niż burzliwa demokracja w latach 90. obecny rząd - dzięki wysokim cenom ropy i gazu - zapewnia wzrost stopy życiowej. Dążenia Putina do demontażu upokarzającego układu pozimnowojennego i przywrócenia Rosji jej dawnej chwały cieszą się poparciem społeczeństwa. Polityczni doradcy byłego prezydenta wierzą, że pomszczenie upadku Związku Radzieckiego pozwoli nam utrzymać się u władzy.
Putin uważa, że charakter jego rządów i skuteczny powrót Rosji do supermocarstwowości są ze sobą ściśle powiązane. Rządzona silną ręką Rosja będzie silna za granicą, a siła na scenie międzynarodowej usprawiedliwia rządy silnej ręki w kraju. Ponadto wzrost międzynarodowej pozycji Rosji osłania autokrację Putina przed zagranicznymi naciskami. Silna Rosja ma więcej do powiedzenia w wielu kwestiach - od energetyki po Iran - które spędzają sen z powiek amerykańskim i europejskim politykom.
Z tej korelacji między pozycją Rosji na arenie międzynarodowej i ustrojem autorytarnym w kraju Putin uczynił filozofię rządzenia. Nazywa Rosję suwerenną demokracją - termin ten sprytnie łączy w sobie powrót Rosji do dawnej wielkości, ucieczkę przed ingerencjami Zachodu i przyjęcie wschodniego modelu demokracji. Według Putina tylko wielka i silna Rosja może skutecznie realizować swoje interesy, jak również oprzeć się zagranicznym żądaniom liberalnych reform politycznych, których Rosja nie potrzebuje. Putin chce, aby Rosja miała istotny wpływ na inne kraje na całym świecie, a jednocześnie była chroniona przed wpływem szkodliwych globalnych czynników.
Wzorem są dla niego Chiny. Podczas gdy Związek Radziecki upadł i stracił wszystko po 1989 roku, chińscy przywódcy przetrwali kryzys, nie ulegając naciskom Zachodu. Spacyfikowali własnych obywateli, a następnie zamknęli włazy i zaczekali, aż burza zachodniej dezaprobaty ucichnie. Efekty przyjęcia różnych strategii są pouczające: pod koniec lat 90. Rosja była na kolanach, a Chiny wchodziły w okres bezprecedensowej potęgi gospodarczej, militarnej i dyplomatycznej.
Również Chińczycy uczyli się na doświadczeniach sowieckich. Po masakrze na placu Niebiańskiego Spokoju, kiedy demokratyczny świat czekał na to, że Chiny powrócą na drogę liberalno-demokratycznej nowoczesności, władze Komunistycznej Partii Chin zaczęły umacniać swoją wewnętrzną hegemonię. W ostatnich latach, mimo stale powtarzanych na Zachodzie prognoz rychłej odwilży politycznej, obserwujemy raczej dążenia do konsolidacji autorytarnego reżimu niż do reform. Kiedy stało się oczywiste, że chińscy przywódcy nie mają zamiaru wprowadzać żadnych reform, nie chcąc ryzykować utraty władzy, na Zachodzie pojawiły się głosy, że mogą zostać do tego zmuszeni, aby utrzymać Państwo Środka na ścieżce rozwoju gospodarczego i uporać się z licznymi problemami, które ten rozwój nieuchronnie ze sobą przynosi. Teraz również i to wydaje się mało prawdopodobne. Okazało się, że wzrost zamożności narodu i autorytarny ustrój można ze sobą pogodzić. Autokraci uczą się i dostosowują. Moskwa i Pekin wymyśliły sposób na to, by tłumić działalność polityczną, nie blokując działalności gospodarczej. Ludzie, którzy robią pieniądze, nie będą wtykali nosa w politykę, zwłaszcza jeśli wiedzą, że w przeciwnym razie nos zostanie ucięty. Wzrost zamożności kraju daje autokracjom większe możliwości kontrolowania przepływu informacji (na przykład przez zmonopolizowanie telewizji i nadzór nad internetem) - często z pomocą chętnych do robienia z nimi interesów zagranicznych koncernów.
W długim okresie wzrost zamożności może zrodzić liberalizm polityczny, ale co w tym wypadku znaczy długi okres? Być może trzeba będzie czekać tyle lat, że nie warto tego uwzględniać w strategicznych czy geopolitycznych rachubach. Kiedyś żartowano, że pod koniec XIX wieku Niemcy obrały kurs na ekonomiczną modernizację i w ciągu 60 lat stały się dojrzałą demokracją, tyle że po drodze wydarzyło się parę nieprzyjemnych rzeczy... Świat czeka zatem na zmiany, ale na razie dwa spośród najludniejszych krajów świata, razem liczące półtora miliarda mieszkańców oraz dysponujące drugą i trzecią co do wielkości armią świata, mają autorytarne rządy, które prawdopodobnie utrzymają się u władzy jeszcze przez długi czas.
Potęga tych autokracji będzie w najbliższej przyszłości istotnym czynnikiem kształtującym porządek międzynarodowy. Świata nie czeka nowy konflikt ideologiczny typu zimnowojennego, ale nowa epoka nie będzie epoką wspólnych wartości i interesów, lecz rosnących napięć i czasami starć między siłami demokracji i autokracji. Podczas zimnej wojny łatwo było zapomnieć, że konflikt pomiędzy liberalizmem i autorytaryzmem trwa od czasów oświecenia. Na przełomie XVIII i XIX wieku granice tego konfliktu odgradzały Stany Zjednoczone od znacznej części Europy. Przez wiele dziesięcioleci XIX wieku i na początku XX kwestia ta dzieliła samą Europę, a teraz powraca jako jeden z najważniejszych problemów geopolitycznych XXI stulecia.
W minionym dziesięcioleciu panowało przekonanie, że kiedy chińscy i rosyjscy przywódcy przestali wierzyć w komunizm, przestali też wierzyć w cokolwiek. Stali się bezideowymi pragmatykami, którzy realizują interesy swojego państwa. Tymczasem autokracje mają nie tylko zespoły interesów, ale również przekonań, którymi się kierują w polityce wewnętrznej i zagranicznej. Nie jest to wszechogarniający, systematyczny światopogląd, taki jak marksizm czy liberalizm, lecz kompleksowy zespół poglądów na ustrój państwa, społeczeństwo oraz stosunki między władzą i narodem.
Przywódcy Rosji i Chin są zwolennikami silnego rządu centralnego, a systemu demokratycznego nie cenią ze względu na jego słabość. Uważają, że ich duże i niejednolite etnicznie narody potrzebują ładu i stabilizacji, aby dobrze się rozwijały. Uważają, że niezdecydowanie i chaos demokracji doprowadziłyby do zubożenia społeczeństwa i rozpadu państwa, jak to już się niegdyś stało w Rosji. Uważają, że rządy silnej ręki są konieczne, jeśli ich kraje mają być szanowane przez świat i zdolne do zabezpieczenia swoich interesów. Długa i często burzliwa historia ich kraju nauczyła chińskich polityków, że polityczne zaburzenia i podziały w kraju są zaproszeniem do zagranicznych ingerencji i agresji. To, czemu świat przyklasnął w 1989 roku jako politycznemu otwarciu, władze KPCh uznały za przykład niezgody narodowej, która omal nie doprowadziła do katastrofy.
A zatem chińscy i rosyjscy przywódcy nie tylko są autokratami, ale również wierzą w autokrację. Liberalny umysł po końcu historii nie potrafi zrozumieć, skąd się bierze atrakcyjność autokracji w zglobalizowanym świecie, ale historycznie rzecz biorąc, chińscy i rosyjscy przywódcy znajdują się w doborowym towarzystwie. Monarchowie europejscy w XVII, XVIII i XIX wieku wyznawali ugruntowany w filozofii politycznej pogląd, że ta forma rządów jest najlepsza. Razem z Platonem, Arystotelesem i niemal wszystkimi wybitnymi myślicielami politycznymi przed XVIII wiekiem uważali demokrację za rządy niemoralnego, chciwego i ciemnego motłochu. W pierwszej połowie XIX stulecia na każde państwo demokratyczne, takie jak Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Francja, przypadało równie silne państwo autorytarne, takie jak Niemcy, Rosja i Japonia. Mniejsze kraje nie miały powodów, by uznawać któryś z tych ustrojów za wyraźnie lepszy. Dopiero w drugiej połowie ubiegłego wieku demokracja zyskała popularność na całym świecie, a dopiero w latach 80. stała się najpowszechniejszą formą rządów.
Autokracje mają rzecz jasna również swoje interesy. Przywódcy chińscy i rosyjscy są pragmatykami przede wszystkim w kwestii zachowania władzy. Putin nie odróżnia swoich interesów od interesów Rosji. Tego rodzaju filozofię najlepiej wyraził Ludwik XIV, kiedy wypowiedział swoje słynne "L'État c'est moi" ("Państwo to ja" - przyp. red.). Kiedy Putin oświadcza, że ma moralne prawo dalej rządzić Rosją, stwierdza w ten sposób, że jego pozostanie u władzy leży w interesie Rosji. Tak jak Ludwik XIV nie umiał sobie wyobrazić, by upadek monarchii mógł leżeć w interesie Francji, tak Putin nie umie sobie wyobrazić, aby oddanie przez niego władzy było zgodne z interesem Rosji. Kiedy z kolei chińscy przywódcy stają wobec wyboru między efektywnością ekonomiczną i zachowaniem władzy, zawsze wybierają władzę. W tym się wyraża ich pragmatyzm.
Priorytet zachowania władzy określa również ich podejście do polityki zagranicznej. W epoce monarchii polityka ta służyła interesom monarchy, a w epoce konfliktów religijnych - interesom Kościoła. W naszej epoce celem polityki zagranicznej państw demokratycznych jest uczynienie świata bezpiecznym miejscem dla demokracji. Dzisiejsi autokraci w swojej polityce zagranicznej dążą do tego, by świat był bezpiecznym miejscem może nie dla wszystkich autorytarnych reżimów, ale na pewno dla ich własnego.
Dobrym przykładem tego, jak ustrój danego kraju wpływa na stosunki ze światem zewnętrznym, jest Rosja. Demokratyzująca się Rosja, a nawet demokratyzujący się Związek Radziecki za Gorbaczowa, nie patrzyła na NATO szczególnie nieprzyjaznym okiem i miała przyzwoite relacje z sąsiadami, którzy zmierzali tą samą drogą ku demokracji. Tymczasem Władimir Putin uważa NATO za wrogą organizację, jej powiększenie nazywa poważną prowokacją i pyta: "W kogo wymierzona jest ta ekspansja?". A przecież NATO jest dzisiaj dla Moskwy mniejszym zagrożeniem niż w czasach Gorbaczowa. Kiedy Rosja była bardziej demokratyczna, przywódcy rosyjscy postrzegali swoje interesy jako powiązane z interesami świata liberalno-demokratycznego. Dzisiaj rząd rosyjski ma podejrzliwy stosunek do krajów demokratycznych, zwłaszcza tych położonych blisko granic Rosji.
Z autokratycznego Pekinu i Moskwy pozimnowojenny świat wygląda inaczej niż z demokratycznego Waszyngtonu, Londynu, Paryża, Berlina czy Brukseli. Władze Pekinu dobrze pamiętają, jak międzynarodowa wspólnota demokratyczna pod przewodem Stanów Zjednoczonych dała pokaz rzadkiej jedności i ukarała Chiny sankcjami gospodarczymi, jak również jeszcze dotkliwszą izolacją dyplomatyczną po krwawym stłumieniu demonstracji studenckich na placu Tiananmen. Według Fei-linga Wanga KPCh "od tamtej pory ma poczucie politycznego zagrożenia, obawia się, że zostanie wzięta na cel przez największe mocarstwa, zwłaszcza Stany Zjednoczone, i jest głęboko zatroskana kwestią przetrwania reżimu".
W tym kontekście wojna o Kosowo 1999 roku była dla Rosji i Chin czymś bardziej dramatycznym i niepokojącym niż inwazja na Irak w 2003 roku. Oba te państwa sprzeciwiły się interwencji NATO i to nie tylko dlatego, że amerykański samolot zrzucił bombę na ambasadę chińską, a celami nalotów byli serbscy prawosławni bracia Rosjan. Kiedy Rosja zagroziła, że zawetuje operację wojskową w Radzie Bezpieczeństwa, NATO postanowiło podjąć interwencję bez zgody ONZ, odbierając Rosji jedno z nielicznych narzędzi międzynarodowych wpływów. Z perspektywy Moskwy akcja w Kosowie była wyraźnym naruszeniem prawa międzynarodowego, nie tylko z powodu braku imprimatur ONZ, ale również jako interwencja wymierzona w suwerenne państwo, które nie dopuściło się żadnego aktu zewnętrznej agresji. Dla Chińczyków był to natomiast przykład liberalnego hegemonizmu. Jeszcze wiele lat później Putin pouczał państwa zachodnie, by skończyły z tym lekceważeniem prawa międzynarodowego i nie próbowały zastąpić ONZ Unią Europejską i NATO.
Konflikt między prawem międzynarodowym i liberalną moralnością należy do zagadnień, z którymi demokracje nie potrafią się uporać. Od czasu masakry na placu Tiananmen chińscy politycy często pytają, jakim prawem rząd amerykański tak brutalnie ingeruje w wewnętrzne sprawy chińskie. I rzeczywiście, jakim prawem? Prawo to daje tylko liberalne wyznanie wiary - przekonanie, że wszyscy ludzie rodzą się równi i posiadają pewne niezbywalne uprawnienia, których państwo nie może im odebrać, że jedynym mandatem do sprawowania władzy jest przyzwolenie rządzonych oraz że państwo ma obowiązek chronić życie, wolność i własność swoich obywateli. Dla osób, które podzielają tę liberalną wiarę, działania podejmowane w obronie tych zasad, w tym także interwencje zbrojne, są uzasadnione, nawet jeśli prawo międzynarodowe ich zabrania. Ale według Chińczyków, Rosjan i innych narodów, które nie podpisują się pod tym poglądem na świat, Stany Zjednoczone i ich sojusznicy skutecznie narzucają swoje credo innym dlatego, że mają po swojej stronie siłę, a nie rację. Dla nieliberałów międzynarodowy porządek liberalny nie jest postępowy, tylko represyjny.
Błędem byłoby sądzić, że autorytaryzm dla większości krajów jest nieatrakcyjny. Po kilku dekadach szybkiego wzrostu Chińczycy mają podstawy do głoszenia tezy, że ich model rozwoju gospodarczego łączący coraz bardziej otwartą gospodarkę z zamkniętym systemem politycznym może być dobrym wzorem dla wielu krajów. Na pewno dla krajów autorytarnych, którym pozwala osiągnąć stabilny rozwój bez konieczności liberalizacji życia politycznego. Rosyjski model suwerennej demokracji cieszy się powodzeniem wśród autokratów środkowoazjatyckich. Niektórzy Europejczycy wyrażają obawę, że Rosja staje się ideologiczną alternatywą wobec UE oferującą inne spojrzenie na suwerenność, władzę i porządek światowy. W latach 80. i 90., kiedy kolejne dyktatury padały jak muchy pod naporem liberalnej fali, model autorytarny sprawiał wrażenie przegrywającej opcji. Dzisiaj, po sukcesach Chin i Rosji, może się wydawać, że lepiej postawić właśnie na niego.
Chiny i Rosja nie eksportują już aktywnie swojej ideologii, ale zapewniają dyktatorom bezpieczne schronienie przed wrogimi demokracjami. Chińczycy, którzy nie tak dawno krwawo stłumili demonstracje w Tybecie, raczej nie pomogą Zachodowi w obaleniu postępującego identycznie rządu Birmy. A pomocy dla krajów afrykańskich nie uzależnią od podjęcia reform politycznych i instytucjonalnych, których u siebie nie mają zamiaru przeprowadzić.
Chińscy politycy karcą birmańską juntę i nakłaniają sudański rząd, by znalazł jakieś rozwiązanie tamtejszego konfliktu, a Moskwa czasem dystansuje się wobec Iranu, ale władze w Rangunie, Chartumie, Phenianie i Teheranie wiedzą, że najlepszych protektorów - a w sytuacjach skrajnych jedynych protektorów - na generalnie wrogim świecie znajdą w Pekinie i Moskwie. Trudno zresztą wymagać od Chińczyków, by ostro krytykowali birmańskich generałów za pacyfikowanie protestów buddyjskich mnichów, skoro sami pacyfikują buddyjskich mnichów w Tybecie. Jak powiedział Li Peng do Rafsandżaniego, Chiny i Iran łączy pragnienie budowy porządku światowego, w którym wybór systemu społecznego jest wyłączną sprawą mieszkańców danego kraju.
Rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow z radością wita powrót rywalizacji ideologicznej. "Po raz pierwszy od wielu lat na rynku idei, systemów wartości i modeli rozwoju pojawiła się prawdziwa konkurencja, a Zachód traci monopol na proces globalizacji" - stwierdza z satysfakcją. Kiedy Rosjanie mówią dzisiaj o świecie wielobiegunowym, nie chodzi im wyłącznie o zmianę układu sił, lecz także o rywalizację systemów wartości i idei, które będą stanowiły fundament wielobiegunowego porządku światowego.
Rywalizacja ta nie oznacza powrotu zimnej wojny, ale raczej powrót XIX wieku. W stuleciu tym absolutni władcy Rosji i Austrii wspierali bratnie autokracje w porewolucyjnej Francji i używali siły do tłumienia liberalnych rebelii w Niemczech, Polsce, Włoszech i Hiszpanii. Wielka Brytania premiera Palmerstona zbrojnie wspomagała liberałów na kontynencie, a Stany Zjednoczone przyklaskiwały liberalnym rewolucjom na Węgrzech i w Niemczech. Wyraziły też oburzenie, gdy wojska rosyjskie spacyfikowały Polskę. Dzisiaj Ukraina już jest polem bitwy między siłami popieranymi przez Zachód i siłami popieranymi przez Rosję, a niedługo takim polem może stać się też Gruzja. Warto rozważyć pytanie, jak wyglądałby świat i jak wyglądałaby Europa, gdyby Ukraina i Gruzja z powodu jawnych bądź zakulisowych działań Rosji stały się autokracjami sprzymierzonymi z Moskwą. Warto rozważyć pytanie, jak wyglądałaby Azja Wschodnia, gdyby Chiny z użyciem siły zainstalowały na Tajwanie przyjaznego dla nich dyktatora.
Globalna rywalizacja między demokracjami i dyktaturami będzie dominującym elementem XXI-wiecznego świata. Coraz więcej ważnych państw dokonuje wyboru i przyłącza się do jednego z obozów. Indie, podczas zimnej wojny dumnie neutralne lub nawet prosowieckie, zaczynają się utożsamiać z demokratycznym Zachodem. Japonia w ostatnich latach kreuje się na demokratyczne mocarstwo podzielające wspólne wartości z innymi azjatyckimi demokracjami, ale także z demokratycznymi państwami spoza Azji. Japonia i Indie szczerze pragną należeć do demokratycznego świata, ale jest to z ich strony również element geopolitycznej kalkulacji - umocnienie przyjaznych stosunków z państwami obozu demokratycznego może im pomóc w strategicznej rywalizacji z autorytarnymi Chinami.
Podział na klub autokratów i oś demokracji ma niezmiernie istotne konsekwencje dla systemu międzynarodowego. Czy można jeszcze mówić o społeczności międzynarodowej? Termin ten sugeruje zgodność w kwestii międzynarodowych norm zachowania, międzynarodową moralność, a nawet międzynarodowe sumienie. Wśród najważniejszych państw świata nie ma dzisiaj takiego porozumienia. Tam gdzie trzeba podejmować ważkie decyzje strategiczne - czy interweniować, wprowadzić sankcje albo izolować jakiś kraj - nie ma już społeczności międzynarodowej. Najbardziej uwidoczniła to wojna o Kosowo, gdzie po jednej stronie sporu mieliśmy demokratyczny Zachód, a po drugiej Rosję, Chiny i wiele innych nieeuropejskich autokracji. Dzisiaj to samo widać w wypadku Darfuru, Iranu i Birmy.
Można by sądzić, że w takich ponadnarodowych kwestiach jak choroby, bieda i zmiany klimatyczne wielkie mocarstwa będą umiały ze sobą współpracować mimo różnic interesów i światopoglądów, ale nawet tutaj rozbieżności te komplikują sprawę. Spory między demokracjami i Chinami o to, czy pomoc dla ubogich krajów Afryki powinna być uwarunkowana podjęciem reform, odbija się na walce z biedą. Kalkulacje geopolityczne mają wpływ na międzynarodowe negocjacje dotyczące zmian klimatycznych. Chiny - tym razem wspólnie z Indiami - uważają, że uprzemysłowione kraje Zachodu, które osiągnęły obecny poziom rozwoju po wielu dekadach zatruwania powietrza i emitowania gigantycznych ilości gazów cieplarnianych, teraz chcą odebrać innym prawo do rozwoju. Na rywalizacji mocarstw cierpi również walka z rozprzestrzenianiem broni jądrowej, ponieważ różnice interesów geopolitycznych okazują się ważniejsze niż wspólny interes, jakim jest zapobieganie kolejnym nuklearyzacjom. Rosja i Chiny brużdżą w sprawie Iranu, a Stany Zjednoczone poszły na ustępstwa wobec Indii, by zwerbować Delhi do strategicznej rywalizacji z Chinami. Rozpad społeczności międzynarodowej uwidacznia się również na forum ONZ. Rada Bezpieczeństwa po krótkim pozimnowojennym przebudzeniu z powrotem zapada w śpiączkę. Zręczna dyplomacja Francji i taktyczna ostrożność Chin na jakiś czas przesłoniły fakt, że w większości istotnych kwestii w obrębie Rady Bezpieczeństwa występuje ostry podział między autokracjami i demokracjami - te drugie konsekwentnie domagają się sankcji i innych działań wobec autokracji w Iranie, Korei Północnej, Sudanie i Birmie, a te pierwsze równie konsekwentnie sabotują tego rodzaju posunięcia. Z upływem lat kryzys ten będzie się tylko pogłębiał.
Apele o stworzenie nowego świętego przymierza z udziałem Rosji, Chin, Stanów Zjednoczonych, Europy i innych wielkich mocarstw raczej nie odniosą skutku. XIX-wieczne święte przymierze funkcjonowało w warunkach wspólnych zasad moralnych i ustrojowych. Dążyło nie tylko do utrzymania pokoju w Europie - ważniejszym celem było uratowanie monarchiczno-arystokratycznego porządku przed radykalnymi atakami ze strony rewolucji francuskiej i amerykańskiej, jak również odprysków tych rewolucji w Niemczech, Włoszech i Polsce. Święte przymierze stopniowo się rozpadło pod naciskiem procesów niepodległościowych wspieranych między innymi przez rewolucyjny liberalizm. Sojusz wielkich mocarstw, który zdołał zbudować Franklin Roosevelt w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, również zawalił się pod wpływem konfliktów ideologicznych.
Dzisiaj także trudno mówić o wspólnej moralności i wspólnych wartościach wyznawanych przez wielkie mocarstwa. Panuje raczej klimat podejrzliwości i narastającej wrogości. Autokracje mają uzasadnione obawy, że niezależnie od deklaracji państwa demokratyczne z radością powitałyby obalenie autorytarnych reżimów. Przymierze tych państw byłoby zbudowane na chwiejnych fundamentach i prawdopodobnie runęłoby przy pierwszej poważnej próbie wytrzymałości.
Czy spory te można przezwyciężyć, zacieśniając więzi handlowe i pogłębiając współzależność gospodarczą w zglobalizowanym świecie? Współpraca gospodarcza z pewnością łagodzi konfliktowe relacje między wielkimi mocarstwami. Przywódcy chińscy unikają konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi, ponieważ nie mogą być pewni zwycięstwa i mają obawy, że mogłoby się to negatywnie odbić na chińskiej gospodarce, a tym samym na stabilności autorytarnych rządów. Zależność Ameryki, Australii i Japonii od gospodarki chińskiej wzmaga ostrożność tych krajów, a silne wpływy amerykańskiego wielkiego biznesu sprawiają, że politycy amerykańscy przyjmują bardziej ugodową postawę wobec Chin. W Chinach i Rosji interesy ekonomiczne nie są wyłącznie narodowe, ale również osobiste. Skoro interes Rosji polega na robieniu interesów, jak twierdzi Dmitrij Trenin, to przywódcy tego kraju nie będą prowadzili ryzykownej polityki zagranicznej, która mogłaby uderzyć ich po kieszeni.
Historia niełaskawie obeszła się jednak z teorią, że silne więzi handlowe zapobiegają konfliktom między narodami. Gospodarki Wielkiej Brytanii i Niemiec przed pierwszą wojną światową były od siebie nie mniej uzależnione niż dzisiaj amerykańska i chińska. Zresztą w stosunkach handlowych pojawia się wiele napięć i konfliktów. Kongres USA grozi ukaraniem Chin za nierównoprawność warunków handlu. W Europie i Stanach Zjednoczonych do obaw związanych z rosnącym zagrożeniem strategicznym ze strony Chin dochodzą obawy związane z rosnącym zagrożeniem gospodarczym. 55 procent Niemców uważa chiński wzrost gospodarczy za złe zjawisko, podczas gdy jeszcze w 2005 roku tylko 38 procent wyrażało taki pogląd. Podobnie rozkładają się głosy Amerykanów, Hindusów, Brytyjczyków, Francuzów, a nawet Koreańczyków Południowych.
Same więzi handlowe nie wytrzymają działania sił rywalizacji narodowej i ideologicznej, które ostatnio odrodziły się z tak wielką mocą. Stosunki handlowe nie zawiązują się w próżni. Kształtują konflikty geopolityczne i ideologiczne oraz są przez nie kształtowane. Państwa nie są maszynami liczącymi. Mają takie same przymioty jak ludzie, którzy je tworzą i zamieszkują: miłość, nienawiść, ambicję, strach, honor, wstyd, patriotyzm, ideologię i wiarę - rzeczy, o które ludzie od stuleci walczą i za które umierają.
Wychylenie się globalnego wahadła w stronę demokracji zbiegło się w czasie z historyczną zmianą układu sił na korzyść tych państw i narodów, które wyznawały ideę liberalno-demokratyczną. Początkiem tej zmiany było zwycięstwo państw demokratycznych nad faszyzmem w drugiej wojnie światowej, a uwieńczeniem triumf demokracji nad komunizmem w zimnej wojnie. Liberalny porządek międzynarodowy, który ukształtował się po tych dwóch zwycięstwach, odzwierciedlał ogromną przewagę sił liberalnych. Ale wygrane te nie były z góry przesądzone i nie muszą okazać się trwałe. Wzrost znaczenia autorytarnych wielkich mocarstw osłabił ten porządek i w nadchodzących dekadach może osłabić go jeszcze bardziej. Demokracje świata muszą zacząć myśleć o tym, jak bronić swoich interesów i krzewić swoje zasady w świecie, w którym zasady te znowu są agresywnie kontestowane.
From the Book: "The Return of History and The End of Dreams" by Robert Kagan. Copyright © 2008 by Robert Kagan. Published by arrangement with Alfred A. Knopf, a division of Random House, Inc.
przeł. Tomasz Bieroń
p
*Robert Kagan, ur. 1958, politolog, jeden z najbardziej wpływowych neokonserwatywnych publicystów, znany komentator spraw międzynarodowych. Pracuje jako ekspert w Carnegie Endowment for International Peace oraz w German Marshall Fund. W czasie prezydentury Ronalda Reagana pracował w Departamencie Stanu. Autor światowego bestselleru "Potęga i raj. Ameryka i Europa w nowym porządku świata" (wyd. pol. 2003). Publikuje m.in. w "The Washington Post", "The New Republic" i "Weekly Standard". Ostatnio wydał "The Return of History and the End of Dreams" (2008). W "Europie" nr 212 z 26 kwietnia br. opublikowaliśmy zapis debaty z jego udziałem "Czy Ameryka jest sojusznikiem Polski?".