George Bush bywa uznawany za jednego z najgorszych prezydentów w amerykańskiej historii. Czy rzeczywiście jego polityka przyniosła Ameryce tylko i wyłącznie porażki? "Europa" daje dziś swoim czytelnikom okazję prześledzenia argumentów drugiej strony. Tekst Condoleezzy Rice, obecnej sekretarz stanu USA, to konsekwentna obrona neokonserwatywnej strategii w amerykańskiej polityce zagranicznej. Rice zwraca uwagę, że strategia ta przyniosła w wielu częściach świata lepsze efekty niż wcześniejsza polityka utrzymywania równowagi sił za wszelką cenę. Promowanie demokracji i transformacja "państw upadłych" leży zdaniem Rice w żywotnym interesie Ameryki. Podobnie jak wpływanie na polityczną ewolucję autokratycznych reżimów i stopniowe włączanie ich do demokratycznej społeczności międzynarodowej. To specyficzny rodzaj politycznego realizmu, odmienny od tego, co zwykle kojarzymy z Realpolitik. Opiera się on na założeniu, że wartości i walka o nie może być równie istotna z punktu widzenia bezpieczeństwa, jak realistyczna dbałość o ekonomiczne czy polityczne interesy. Ta domieszka idealizmu czyni ów amerykański realizm bardziej korzystnym dla reszty świata - twierdzi Rice.
p
Condolezza Rice*
Demokracja, interesy i wartości
Co to jest interes narodowy? Pytanie to postawiłam na łamach "Foreign Affairs" w 2000 roku. My, Amerykanie nazywaliśmy tamten okres "epoką pozimnowojenną". Dosyć dobrze wiedzieliśmy, gdzie się znajdujemy, ale dokąd zmierzamy - z tym było już gorzej. Na świecie dokonywały się fundamentalne zmiany - już wtedy je dostrzegaliśmy, ale ich konsekwencje nie były dla nas jasne. Później przyszedł 11 września i zamachy na World Trade Center. Podobnie jak po ataku na Pearl Harbor w 1941 roku Stany Zjednoczone znalazły się w zupełnie innym świecie. Musieliśmy wziąć na siebie rolę światowego przywódcy w sytuacji, gdy zasadniczo zmienił się charakter zarówno zagrożeń, jak i szans. Podobnie jak w przypadku wcześniejszych strategicznych wstrząsów w naszej polityce zagranicznej po 11 września były elementy zarówno zmiany, jak i kontynuacji. Nie zmieniło się to, że wciąż przywiązujemy wielką wagę do stosunków z tradycyjnymi i wschodzącymi mocarstwami. Konsekwentnie kierujemy się moim apelem z 2000 roku o poprawę "stosunków z wielkimi mocarstwami" - Rosją, Chinami, ale również zyskującymi na znaczeniu Indiami i Brazylią. Nasze sojusze z najważniejszymi państwami obu Ameryk, Europy i Azji pozostają filarami porządku międzynarodowego. Przeobrażamy je, by sprostać wyzwaniom nowej epoki.
Co się zmieniło? Najogólniej mówiąc, inaczej patrzymy na relację między sytuacją wewnętrzną poszczególnych krajów i układem sił między państwami. Globalizacja wzmacnia niektóre państwa, a jednocześnie obnaża i pogłębia słabości innych - za słabych lub zbyt kiepsko rządzonych, by uporać się z problemami wewnętrznymi i zapobiec ich rozprzestrzenianiu się poza własne granice i destabilizowaniu porządku międzynarodowego. W tych warunkach strategicznych jest sprawą o zasadniczym znaczeniu dla naszego bezpieczeństwa narodowego, by poszczególne państwa miały wolę i możliwość wykonywania obowiązków wewnętrznych i międzynarodowych, jakie na nie nakłada ich suwerenność. Ta nowa rzeczywistość skłoniła nas do wprowadzenia pewnych istotnych zmian w naszej polityce zagranicznej. Uważamy, że demokratyzacja świata jest ważnym elementem naszego interesu narodowego. Jesteśmy przekonani, że w regionie Bliskiego Wschodu wolność i demokracja są jedynymi ideami, na których można zbudować sprawiedliwy i trwały porządek, zwłaszcza w Afganistanie i Iraku. Podobnie jak w przeszłości opieramy naszą politykę nie tylko na sile, ale również na wartościach. Stany Zjednoczone od dawna dążą do połączenia ze sobą siły i zasad - realizmu i idealizmu. Na krótszą metę zdarzają się napięcia między nimi, ale zawsze wiedzieliśmy, na czym polegają nasze długofalowe interesy. I tak Stany Zjednoczone nigdy nie były neutralne w kwestii praw człowieka i ustrojowej wyższości demokracji, wyższości teoretycznej i praktycznej. Tym niepowtarzalnym amerykańskim realizmem kierowaliśmy się przez ostatnie osiem lat i musimy się nim kierować w przyszłości.
Wielkie mocarstwa - stare i nowe
Nasze stosunki z Rosją i Chinami z konieczności są bardziej zakorzenione we wspólnych interesach niż we wspólnych wartościach. Z Rosją znaleźliśmy wspólną płaszczyznę, czego dowodem jest porozumienie o "współpracy strategicznej" podpisane w marcu tego roku w Soczi przez prezydentów George'a W. Busha i Władimira Putina. Na naszych stosunkach z Rosją wielkim cieniem kładzie się retoryka Moskwy, jej skłonność do traktowania sąsiednich krajów jako utraconych stref wpływów i jej polityka energetyczna, która ma wyraźnie polityczne zabarwienie. Również polityka wewnętrzna Rosji jest dla nas sporym rozczarowaniem, zwłaszcza że w 2000 roku mieliśmy nadzieję, iż kraj ten przybliża się do nas pod względem wartości. Należy jednak pamiętać, że Rosja to nie Związek Radziecki - nie jest naszym permanentnym wrogiem ani strategicznym zagrożeniem. Rosjanie mają dzisiaj większe możliwości życiowe i - tak jest! - większą wolność osobistą niż w jakimkolwiek okresie historii ich kraju. Rosja jest nie tylko wielkim mocarstwem, ale również krajem, który stworzył wielką kulturę i wydał wielu wybitnych ludzi. A w XXI wieku miernikiem rangi danego kraju w coraz większym stopniu jest rozwój technologiczny i gospodarczy, o który najłatwiej w społeczeństwach otwartych i wolnych. Z tego powodu rozwój gospodarczy Rosji, jak również charakter naszych stosunków z nią zależą od kierunku, jaki przybierze wewnętrzna transformacja w tym kraju.
W ciągu ostatnich ośmiu lat obserwowaliśmy również wzrost wpływów Chin. Nie mamy powodów obawiać się tego wzrostu, o ile potęga Państwa Środka będzie wykorzystywana w sposób odpowiedzialny. W rozmowach z władzami w Pekinie stale podkreślamy, że pełne członkostwo Chin w społeczności międzynarodowej pociąga za sobą pewne obowiązki dotyczące polityki gospodarczej, handlowej, energetycznej czy ekologicznej. Chińscy przywódcy coraz lepiej to sobie uświadamiają i w wielu kwestiach są bardziej skłonni do współpracy niż dawniej. Za przykład może posłużyć Darfur: po latach bezwarunkowego popierania Chartumu Chiny zagłosowały za rezolucją Rady Bezpieczeństwa ONZ przewidującą wysłanie do Sudanu wspólnej misji pokojowej ONZ i Unii Afrykańskiej, jak również zgłosiły do tej misji swój batalion inżynieryjny. Chiny muszą zrobić znacznie więcej w takich kwestiach jak Darfur, Birma i Tybet, ale prowadzimy z władzami chińskimi aktywne i szczere rozmowy na te tematy. Zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i wielu innych krajach zatroskanie budzą intensywne chińskie prace nad zaawansowanymi systemami uzbrojenia. Rozumiemy, że kraje, które się rozwijają, modernizują swoje siły zbrojne, ale brak transparentności Chin, jeśli chodzi o wydatki wojskowe, doktrynę militarną i strategiczne cele wzmaga nieufność i podejrzliwość. Chociaż Pekin zgodził się stopniowo zwiększać liczbę kontroli wojskowych z USA, to jeśli chce uspokoić społeczność międzynarodową, musi przejść od pokojowej retoryki do pokojowego zaangażowania.
Nasze stosunki z Rosją i Chinami są złożone, opierają się jednocześnie na rywalizacji i współpracy. Ale gdybyśmy nie mieli dobrych roboczych stosunków z oboma tymi państwami, dyplomatyczne rozwiązania wielu problemów międzynarodowych byłyby praktycznie niemożliwe. Ponadnarodowy terroryzm, rozprzestrzenianie broni jądrowej, zmiany klimatyczne oraz destabilizacja wynikająca z biedy i chorób - zjawiska te stanowią zagrożenie dla wszystkich państw i wymagają współpracy również między krajami, które kiedyś były zajadłymi wrogami. Stany Zjednoczone muszą znaleźć obszary współpracy i strategicznego porozumienia z Rosją i Chinami przy wszystkich dzielących nas różnicach. Ważne są również dobre stosunki ze wschodzącymi mocarstwami, takimi jak Indie i Brazylia. Indie walczą na pierwszej linii frontu globalizacji. To demokratyczne państwo urasta do rangi globalnego gracza i sojusznika w budowie porządku międzynarodowego zakorzenionego w wolności i praworządności. Sukces Brazylii w wykorzystywaniu demokracji i wolnego rynku do walki z wielowiekowym dziedzictwem nierówności społecznych odbił się echem na całym świecie. Indie i Brazylia jak nigdy wcześniej otwierają się dzisiaj na świat, mając pewność, że dzięki swojej konkurencyjności odniosą sukces w zglobalizowanej gospodarce. W obu tych krajach interes narodowy jest definiowany na nowo. Hindusi i Brazylijczycy uświadamiają sobie, że demokratyczny, bezpieczny i otwarty porządek międzynarodowy jest dla nich korzystny - a tym samym, że muszą wziąć na siebie obowiązek jego wzmacniania i obrony. Jest w naszym żywotnym interesie, by te i inne duże demokracje wieloetniczne, takie jak Indonezja i RPA, były zamożnymi krajami sukcesu. Wzrost znaczenia tych państw zmieniający krajobraz geopolityczny powinien znaleźć odzwierciedlenie w strukturze instytucji międzynarodowych. Dlatego prezydent Bush wyraził poparcie dla zwiększenia liczby członków Rady Bezpieczeństwa ONZ.
Demokratyczny model rozwoju
Wpływ Stanów Zjednoczonych na zachowania silnych państw jest ograniczony, możemy natomiast w znaczącym stopniu wspomagać pokojowy rozwój polityczny i gospodarczy krajów słabych i źle zarządzanych. Musimy być gotowi wykorzystać do tego celu naszą potęgę - nie tylko dlatego, że jest to konieczne, ale również dlatego, że jest to słuszne. Promowanie demokracji i promowanie rozwoju - te dwa typy działań często uchodzą za całkowicie rozbieżne. W rzeczywistości jest coraz bardziej oczywiste, że bez praktyk i instytucji demokratycznych trwały i stabilny rozwój ekonomiczny jest niemożliwy, a gospodarka wolnorynkowa sprzyja umacnianiu się demokracji. Rozwój demokratyczny stanowi zunifikowany model polityczno-gospodarczy zapewniający połączenie elastyczności i stabilności, które pozwala państwom optymalnie wykorzystać szanse płynące z globalizacji i zwalczać stwarzane przez nią zagrożenia. Do tych, którzy myślą inaczej, kieruję następujące pytanie: jaka jest alternatywa godna Ameryki? Rozwój demokratyczny to nie tylko skuteczna droga do bogactwa i potęgi, ale również najlepszy sposób na to, by całe społeczeństwa miały sprawiedliwy udział w tych korzyściach, bez wykluczenia, represji i przemocy.
Demokracja jest ustrojem mało sterownym, co skłania niektórych komentatorów do postawienia pytania, czy dla słabych państw nie byłoby lepiej, gdyby przeszły fazę kapitalizmu autorytarnego. Kilka krajów, które zastosowały ten model, rzeczywiście odniosło sukces. Jego atrakcyjność dodatkowo zwiększa to, że demokracja czasem bardzo wolno wywiązuje się z obietnicy poprawy poziomu życia. Ale na każdy kraj, w którym autorytaryzm przyczynił się do wzrostu bogactwa, przypada wiele krajów, w których autokracja pogłębiła nędzę, nierówności i korupcję. A ci, którym dobrze się powodzi, powinni zadać sobie pytanie, czy przy bardziej wolnościowym systemie nie powodziłoby im się jeszcze lepiej. Wreszcie pozostaje kwestią co najmniej sporną, czy autorytarny kapitalizm jest modelem możliwym do utrzymania na dłuższą metę. Czy to naprawdę możliwe, by rządy przez wiele lat szanowały talenty swoich obywateli, nie szanując ich praw? Osobiście w to wątpię.
Promowanie demokratycznego rozwoju musi pozostać najwyższym priorytetem dla Stanów Zjednoczonych. Nie ma realistycznej alternatywy, którą moglibyśmy - albo powinniśmy - zaproponować jako model oddziaływania na ubogie i źle zarządzane kraje. Nie powinniśmy się zastanawiać, czy realizować tę strategię, lecz w jaki sposób ją realizować. Przede wszystkim musimy zdać sobie sprawę, że rozwój demokratyczny zawsze jest możliwy, ale nigdy nie jest szybki ani łatwy. Wynika to z tego, że demokracja jest złożonym systemem, w którym demokratyczne praktyki splatają się z nawykami kulturowymi. Doświadczenia wielu narodów, zwłaszcza naszego, pokazują, że kultura nie jest przeznaczeniem. Demokrację przyjmowały narody należące do różnych kultur, ras, religii i stadiów rozwoju, dostosowując ją do swoich warunków i tradycji. Żaden czynnik kulturowy nie okazał się przeszkodą nie do pokonania - ani niemiecki i japoński "militaryzm", ani "wartości azjatyckie", ani afrykański "trybalizm", ani rzekoma latynoamerykańska słabość do caudillos, ani przypisywane kiedyś wschodnim Europejczykom zamiłowanie do despotyzmu. Niewiele narodów wyrusza w demokratyczną podróż z demokratyczną kulturą w walizce. Przytłaczająca większość mozolnie buduje kulturę demokratyczną, tworząc dobre prawa i instytucje, tolerując różnice, pokojowo rozstrzygając konflikty, sprawiedliwie rozdzielając władzę. Niestety trudno jest wypracować demokratyczne nawyki w kontrolowanym środowisku autorytarnym, toteż kiedy zlikwiduje się tyranię, zwykle nie ma ich na podorędziu. Proces demokratyzacji na ogół przebiega chaotycznie i niezadowalająco, ale jest absolutnie konieczny. Mówi się, że demokracji nie można narzucić, zwłaszcza z zewnątrz. To prawda, która nie ma jednak nic do rzeczy. Istotniejsze jest to, że tyranię prawie zawsze trzeba narzucić. Dzisiejsze narody świata rzadko sprzeciwiają się podstawom demokracji - prawu do wybierania rządzących i innym fundamentalnym swobodom. Na ogół jest tak, że naród demokratycznie wybiera przywódców, a potem traci do nich cierpliwość i rozlicza ich z tego, co zrobili, by zapewnić wszystkim lepsze życie. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że w naszym interesie narodowym jest wspieranie tych przywódców i instytucji demokratycznych w ich krajach, jak również pomaganie im w zapewnieniu bezpieczeństwa wewnętrznego, zwłaszcza jeśli ich kraje są targane gwałtownymi konfliktami.
Zmienić Bliski Wschód
Co z Bliskim Wschodem w szerokim rozumieniu, czyli z obszarem ciągnącym się od Maroka po Pakistan? Tam administracja Busha w największym stopniu odeszła od polityki wcześniejszych ekip. Ale nasza strategia de facto opiera się na tych samych tradycyjnych założeniach - obrona praw człowieka i promowanie demokracji jako elementy szerszej polityki służącej realizacji naszego interesu narodowego. Przypadek Bliskiego Wschodu wyróżnia to, że od wielu dziesięcioleci region ten traktowano jako wyjątek od reguły. Amerykańska polityka bliskowschodnia skupiała się niemal wyłącznie na stabilizacji. Prawie nie było dialogu, zwłaszcza publicznego, na temat potrzeby demokratycznych zmian. Przez 60 lat za rządów demokratycznych i republikańskich prezydentów na Bliskim Wschodzie obowiązywał następujący układ: my wspieraliśmy autorytarne reżimy, a one dbały o leżącą w interesie obu stron stabilizację regionalną. Po 11 września stało się oczywiste, że ten stary układ daje w efekcie fałszywą stabilizację. W całym regionie praktycznie nie istniała oficjalna przestrzeń działalności politycznej, co jednak nie oznaczało, że takiej działalności nie było. Działalność polityczna kwitła - w madrasach i radykalnych meczetach. Nic dziwnego, że najlepiej zorganizowanymi siłami politycznymi były ugrupowania ekstremistyczne. Właśnie tam, w ukryciu, Al-Kaida wyszukiwała tych wszystkich zagubionych ludzi, których wykorzystywała jako mięso armatnie w milenijnej wojnie z "dalekim wrogiem". Można było walczyć z terrorystami, nie zajmując się przyczynami, które zrodziły ekstremizm. Niewykluczone, że na jakiś czas udałoby się zapanować nad tymi podskórnymi napięciami. Dążenie narodów Bliskiego Wschodu do sprawiedliwości i zmiany stosunków władzy przynosi bardzo burzliwe efekty, ale czy sytuacja naprawdę jest gorsza? Gorsza niż całe dziesięciolecia represji i braku szans na poprawę swego losu rodzącego rozpacz, nienawiść i radykalizację, która przyczyniła się do powstania ideologii odpowiedzialnej za zamachy z 11 września? Po 1945 roku Bliski Wschód nie był oazą stabilizacji, lecz regionem rozdzieranym konfliktami wewnętrznymi i międzypaństwowymi. Nasza obecna polityka nie daje takich rezultatów, jakich byśmy sobie życzyli, ale nie idealizujmy starego układu bliskowschodniego, który nie przynosił ani sprawiedliwości, ani stabilizacji.
Szczególnym wyzwaniem jest Iran. Reżim w Teheranie realizuje swoją destrukcyjną politykę za pomocą instrumentów państwowych, takich jak Gwardia Rewolucyjna i Brygady Al-Kuds, jak również potajemnie wspieranych ugrupowań zagranicznych, takich jak Armia Mahdiego w Iraku, Hamas w Gazie i Hezbollah w Libanie. Reżim irański dąży do zdestabilizowania sytuacji w innych krajach i rozciągnięcia swoich wpływów na cały region. Grozi zniszczeniem Izraela i z nieprzejednaną wrogością odnosi się do Stanów Zjednoczonych. W Iraku atakuje wojska amerykańskie i zabija irackich cywilów.
Ale jest także inny Iran - kraj wybitnej kultury i wspaniałych ludzi, którzy są represjonowani przez reżim. Naród irański zasługuje na to, by należeć do wspólnoty międzynarodowej, móc swobodnie podróżować i zdobywać wykształcenie na najlepszych uniwersytetach. Stany Zjednoczone docierają do mieszkańców Iranu z programami wymiany drużyn sportowych, ratowników i artystów. Mamy informacje, że naród irański jest przychylnie nastawiony do Amerykanów i Stanów Zjednoczonych. Jeśli rząd w Teheranie zastosuje się do żądań Rady Bezpieczeństwa ONZ i zawiesi wzbogacanie uranu, wspólnota międzynarodowa, w tym Stany Zjednoczone, jest gotowa przystąpić do rozmów na wszystkie istotne tematy. Stany Zjednoczone nie mają stałych wrogów. Liczne zagrożenia stwarzane przez Iran należy postrzegać w szerszym kontekście: w kontekście państwa, które rażąco narusza normy i wartości obowiązujące w społeczności międzynarodowej. Iran musi dokonać strategicznego wyboru: w jaki sposób i do jakich celów chce wykorzystywać swoją potęgę i wpływy? Czy zamierza nadal realizować swoje interesy drogą przemocy, pogłębiając izolację swego narodu, czy też otworzyć się na lepsze stosunki ze światem oparte na handlu, pogłębianiu integracji oraz pokojowej współpracy z sąsiadami i innymi krajami? Teheran powinien wiedzieć, że jeśli zmieni swoją postawę, my zmienimy swoją. Ale powinien również wiedzieć, że zanim nastąpi ta zmiana, Stany Zjednoczone będą z determinacją broniły swoich sojuszników i swoich interesów. Kolejne wyzwanie to znalezienie sposobu na rozstrzygnięcie długotrwałych konfliktów, zwłaszcza pomiędzy Palestyńczykami i Izraelczykami. Nasze podejście do tego konfliktu oparliśmy na idei demokratycznego rozwoju, doszliśmy bowiem do wniosku, że Izraelczycy nie uzyskają należnego im bezpieczeństwa, a Palestyńczycy nie uzyskają należnej im poprawy warunków życia, dopóki nie powstanie rząd palestyński zdolny odpowiedzialnie wykonywać suwerenne obowiązki wobec własnych obywateli i państw sąsiedzkich. Docelowo musi powstać państwo palestyńskie, które będzie pokojowo współistniało z Izraelem. Wymaga to nie tylko negocjacji na tematy tak trudne jak granice, uchodźcy i status Jerozolimy, ale również wytrwałej budowy skutecznych instytucji demokratycznych, które będą walczyły z terroryzmem i ekstremizmem, nadzorowały przestrzeganie prawa, zwalczały korupcję i stwarzały Palestyńczykom możliwości poprawy ich losu. Nakłada to zobowiązania na obie strony. Jak pokazały doświadczenia ostatnich kilku lat, społeczeństwo palestyńskie jest głęboko podzielone - na tych, którzy odrzucają przemoc i uznają prawo Izraela do istnienia, oraz pozostałych. Naród palestyński musi dokonać wyboru co do swojej przyszłości. Tylko demokracja daje mu taki wybór i możliwość pokojowego rozwiązania problemu swego bytu narodowego. Stany Zjednoczone, Izrael, inne państwa regionu i cała społeczność międzynarodowa muszą ze wszystkich sił wspierać tych Palestyńczyków, którzy chcą wybrać przyszłość opartą na pokoju i kompromisie. Kiedy państwo palestyńskie wreszcie powstanie, dojdzie do tego dzięki demokracji, a nie wbrew niej. Jest to niewątpliwie pogląd kontrowersyjny i dotyka jeszcze jednego wyzwania, z którym musimy się uporać, jeśli na Bliskim Wschodzie mają powstawać demokratyczne i nowoczesne państwa: co zrobić z ugrupowaniami, których przywiązanie do demokracji, praworządności i rozwiązywania problemów bez użycia przemocy budzi wątpliwości. Z powodu długiego trwania autorytaryzmu w regionie wiele partii politycznych, w tym także tych najlepiej zorganizowanych, ma charakter islamistyczny, a część z nich nie wyrzekła się stosowania przemocy do celów politycznych. Jaka powinna być ich rola w procesie demokratycznym? Czy po ewentualnym zdobyciu władzy obaliłyby system, który im to umożliwił? Jeśli tak, to czy demokratyczne wybory na Bliskim Wschodzie są niebezpieczne? Nie ma łatwej odpowiedzi na te pytania. Kiedy Hamas wygrał wybory na terytoriach palestyńskich, powszechnie uznano to za porażkę prodemokratycznej polityki. Ale chociaż to zwycięstwo z pewnością skomplikowało sytuację, w jakimś sensie także ją wyjaśniło. Już przed wyborami Hamas miał znaczącą władzę - głównie władzę niszczenia. Po wyborach po raz pierwszy zaczął być rozliczany z wykorzystywania tej władzy. Naród palestyński i wspólnota międzynarodowa mogły zastosować wobec Hamasu te same normy odpowiedzialności, które obowiązują wszystkie rządy. Zachowując się dalej jak bojówka, a nie odpowiedzialny rząd, Hamas pokazał, że jest całkowicie niezdolny do rządzenia.
Transformacja Iraku
Sprawa iracka chyba w największym stopniu podważa tezę, że demokracja może pomóc w przezwyciężeniu głębokich podziałów i różnic. Ponieważ wieloetniczny i wielowyznaniowy Irak stanowi swoisty regionalny mikrokosmos, budowa demokracji przez naród iracki po upadku Saddama Husajna zmienia krajobraz nie tylko tego kraju, ale również całego Bliskiego Wschodu. Koszty tej wojny - humanitarne i finansowe - dla Amerykanów i Irakijczyków są znacznie większe, niż oczekiwaliśmy. Sankcje i inspekcje zbrojeniowe, przedwojenne dane wywiadowcze i wysiłki dyplomatyczne, liczba żołnierzy i powojenne planowanie - to ważne kwestie, o których historycy będą dyskutowali jeszcze przez wiele dziesięcioleci, teraz jednak powinniśmy zadać sobie fundamentalne pytanie: czy decyzja o odsunięciu Saddama Husajna od władzy była słuszna? Nadal uważam, że tak. Po pierwszej wojnie z Saddamem stosowaliśmy politykę sankcji i izolacji, która z upływem lat była coraz mniej skuteczna. Iracki przywódca nauczył się doskonale wykorzystywać do swoich celów takie programy jak ropa za żywność, nic sobie nie robił z kolejnych rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ i regularnie wysyłał swoje samoloty do zakazanej strefy. Stany Zjednoczone nie obaliły Saddama po to, by zdemokratyzować Bliski Wschód, lecz aby usunąć poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa międzynarodowego. Administracja miała jednak świadomość, że wyzwolenie Iraku można połączyć z jego demokratyzacją. Zadaliśmy sobie pytanie, czy zadowala nas zastąpienie Saddama innym autorytarystą. Odpowiedź była przecząca i od tego momentu nie ukrywaliśmy, że celem polityki amerykańskiej będzie wspomaganie Irakijczyków w budowie demokratycznego państwa. Demokratyzacja Iraku i demokratyzacja Bliskiego Wschodu są ze sobą splecione. Decyzja o inwazji na Irak wiązała się także z wojną z terrorem, ponieważ po 11 września chcieliśmy usunąć przyczyny bliskowschodniego stanu zapalnego, a nie tylko jego objawy. Bardzo trudno sobie wyobrazić bardziej sprawiedliwy i demokratyczny Bliski Wschód w sytuacji, gdy Saddam wciąż dyktowałby warunki w regionie. W Iraku stanęliśmy przed bardzo ciężkim zadaniem, ponieważ reżim Saddama zniszczył tamtejsze struktury społeczne. Nie sposób również zaprzeczyć, że popełniliśmy błędy. Eksplozja tłumionych przez lata konfliktów uderzyła w młode i kruche instytucje demokratyczne. Ale demokracja stanowi jedyną pokojową drogę do pojednania narodowego w Iraku.
Niepowtarzalny amerykański realizm
Wciąganie wschodzących potęg w tryby systemu międzynarodowego i wspieranie demokratycznego rozwoju państw słabych i źle rządzonych - te szerokie cele amerykańskiej polityki zagranicznej są niewątpliwie ambitne i nasuwają oczywiste pytanie: czy Stany Zjednoczone potrafią sprostać temu wyzwaniu, czy też, jak twierdzą i obawiają się niektórzy, Ameryka jest mocarstwem schyłkowym? Powinniśmy wierzyć, że fundamenty amerykańskiej potęgi są silne i takie pozostaną - ponieważ opiera się ona na dynamizmie, witalności i harcie ducha społeczeństwa amerykańskiego. Stany Zjednoczone wciąż mają wyjątkową zdolność do asymilowania nowych obywateli niezależnie od ich rasy, wyznania i przynależności kulturowej. Te same wartości, które prowadzą do sukcesu w Stanach Zjednoczonych, prowadzą do sukcesu na całym świecie: pracowitość, pomysłowość, przedsiębiorczość. Amerykańskim ideałem jest równość szans, nie równość wyników. Ideał ten stanowi spoiwo naszej wieloetnicznej demokracji. Jeśli przestaniemy uważać, że liczy się to, dokąd idziesz, a nie skąd przychodzisz, z pewnością stracimy wiarę w siebie. A Stany Zjednoczone, które nie wierzą w siebie, nie mogą przewodzić światu. Zamknęlibyśmy się w sobie. Konkurencję gospodarczą, handel, inwestycje i cały skomplikowany świat poza naszymi granicami postrzegalibyśmy nie jako wyzwania, którym musimy sprostać, lecz jako zagrożenia, których powinniśmy unikać.
Powinniśmy również wierzyć, że fundamenty amerykańskiej potęgi gospodarczej są silne i takie pozostaną. Mimo zawirowań na rynkach finansowych i kryzysów międzynarodowych gospodarka amerykańska rozwija się od 2001 roku najszybciej ze wszystkich gospodarek uprzemysłowionych. Stany Zjednoczone pozostają niekwestionowanym motorem globalnego wzrostu gospodarczego. Aby podtrzymać ten stan rzeczy, musimy znaleźć nowe, mniej podlegające wahaniom koniunktury i bardziej ekologiczne źródła energii. Przyszłość należy do branż wysoko zaawansowanych technicznie (w tym także produkcji ekologicznej energii), w których nasz naród od lat przoduje. Inne kraje notują imponujący poziom wzrostu gospodarczego i można się z tego tylko cieszyć, ale amerykański PKB prawdopodobnie jeszcze przez wiele dekad będzie największy na świecie.
O sukcesie Stanów Zjednoczonych w XXI stuleciu w ostatecznym rozrachunku przesądzi jednak nasza wyobraźnia. Jest to cecha amerykańskiego charakteru narodowego, która w największym stopniu tłumaczy naszą wyjątkową rolę w świecie. Chodzi o to, jak myślimy o naszej potędze i naszych wartościach. Tradycyjna dychotomia realizm - idealizm nigdy nie miała zastosowania do Stanów Zjednoczonych, ponieważ nie przyjmujemy do wiadomości, że nasz interes narodowy i nasze uniwersalne ideały są sprzeczne ze sobą. Zawsze była to dla nas kwestia perspektywy. Między naszymi interesami i ideałami na krótką metę mogą pojawiać się napięcia, ale na dłuższą metę są one nierozdzielne. Dzięki temu Ameryka zawsze wierzy, że świat może być lepszy, niż inni sobie wyobrażają. Ameryka wyobraziła sobie kiedyś, że demokratyczne Niemcy mogą być ostoją wolnej i pokojowej Europy. Ameryka uwierzyła, że demokratyczna Japonia może stać się źródłem pokoju w coraz bardziej wolnej i dostatniej Azji. Ameryka uwierzyła wreszcie, że narody bałtyckie wybiją się na niepodległość i kiedyś nadejdzie dzień, w którym szczyt NATO zostanie zorganizowany w Rydze. Aby zrealizować te i inne ambitne cele, które podsunęła nam nasza wyobraźnia, Ameryka często wolała przewagę siły, która sprzyjała naszym wartościom, niż równowagę sił, która im nie sprzyjała. Realistycznie ocenialiśmy sytuację na świecie, ale nigdy nie godziliśmy się z tym, że jesteśmy bezsilni i nie możemy tego świata zmienić. Pokazaliśmy, że łącząc amerykańską potęgę z amerykańskimi wartościami, możemy pomóc naszym przyjaciołom i sojusznikom poszerzyć granice tego, co większość z nich uważała za realistyczne.
Jak określić tę naszą predyspozycję? Jest to rodzaj realizmu, ale wyjątkowy - nazywam go niepowtarzalnym amerykańskim realizmem. Sprawia on, że jesteśmy narodem strasznie niecierpliwym. Żyjemy przyszłością, nie przeszłością. Nie rozwodzimy się nad naszą historią. Czasem jest to źródłem błędów, ale ta nasza niecierpliwość, by poprawić wszystko to, co można poprawić i przyspieszyć tempo zmian, jest również źródłem naszych największych osiągnięć w kraju i za granicą. Paradoksalnie jednak niepowtarzalny amerykański realizm sprawia także, że jesteśmy bardzo cierpliwi. Rozumiemy, że budowa demokracji jest procesem długim i żmudnym. Wspieramy demokrację nie dlatego, że uważamy się za doskonałych, lecz dlatego, że mamy świadomość swoich niedoskonałości. Dzięki temu jesteśmy pokorni w swoich staraniach i cierpliwi wobec starań innych. Wiemy, że dzisiejsze nagłówki w gazetach rzadko pokrywają się z oceną historii.
Condoleezza Rice
Copyright 2008 Council on Foreign Relations, publisher of Foreign Affairs. All rights reserved. Distributed by Tribune Media Services.
przeł. Tomasz Bieroń
p
*Condoleezza Rice, ur. 1954, amerykańska polityk, obecnie sekretarz stanu USA. W czasie pierwszej kadencji George'a Busha (2000 - 2004) pełniła funkcję doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego. Z wykształcenia jest politologiem - przed objęciem wspomnianych funkcji była wykładowcą na Uniwersytecie Stanforda. Specjalizuje się w problematyce Europy Wschodniej i przestrzeni postsowieckiej - za prezydentury George'a Busha seniora pełniła funkcję jego doradcy w tych kwestiach. Była członkiem Council on Foreign Relations, pracowała też w radach nadzorczych takich korporacji jak Chevron, Carnegie i Hewlett-Packard. Opublikowała m.in. książkę Germany Unified and Europe Transformed (1995).