Strategia zakłada, że na badania covidowe pacjentów wysyłają lekarze podstawowej opieki zdrowotnej. Wcześniej robiły to tylko sanepid i szpitale. Po pierwszych informacjach o tej zmianie telefony w przychodniach zamieniły się w "koronawirus-call center”. Wątpliwości jest wiele. Bo logiczna w założeniach strategia rozbija się o szczegóły.

Reklama

Nowością jest to, że skierowanie na test wystawia lekarz rodzinny po osobistym zbadaniu pacjenta. Pytanie, co ma zrobić chory, który będzie miał wynik dodatni? Czy opiekę nad nim wciąż sprawuje lekarz rodziny czy przejmuje ją szpital? Jeśli szpital, to jak ma się do niego dostać? Kto kieruje go na kwarantannę domową? Na razie MZ unika jednoznacznych odpowiedzi, przekazując sprzeczne informacje.

Szef Porozumienia Zielonogórskiego Jacek Krajewski strategię określa ostro: rosyjska ruletka. Obawia się, że przychodnie POZ staną się ogniskami choroby, co sparaliżuje pracę placówek, które dotąd zajmowały się m.in. osobami z cukrzycą, astmą, chorymi kardiologicznie, starszymi, w ciąży. Obawy dotyczą też bezpieczeństwa lekarzy POZ, z których ok. 40 proc. jest w wieku emerytalnym.

Resort zaleca "standardową organizację, która ma nie dopuścić do kontaktów między pacjentami”. I twierdzi, że nie wymaga to dodatkowych środków, bo "już dziś przychodnie mają wydzielone trakty dla osób chorych i zdrowych”. Lekarze ripostują: jest wiele placówek, które takich możliwości technicznych nie mają.

Jak wynika z naszych informacji, żeby do paraliżu nie doszło, jeszcze w czerwcu GIS poluzował przepisy: nie zamyka się placówki, jeśli kontakt z zakażonym był przelotny, np. na korytarzu i krótszy niż 15 minut.

Resort rozwiązał też techniczny problem wystawiania skierowań – lekarze mogą to zrobić dzięki zakładce, która pojawiła się w aplikacji gabinet.gov.pl. W teorii zlecenia będą widziały wszystkie laboratoria i mobilne punkty wymazowe, więc wystarczy, że pacjent zgłosi się do nich z dowodem osobistym. Lekarze boją się jednak, czy system wytrzyma logowanie kilkudziesięciu tysięcy osób dziennie. Przypominają, że już teraz przy wypisywaniu e-recept i e-zwolnień bywa zawodny.

W kontakcie z lekarzem, czyli niejasna strategia

Organizacja walki z koronawirusem ma być dostosowana do potrzeb – tak resort zdrowia reklamuje nową metodę zmagań z pandemią. Jeszcze nie weszła w życie, a już wywołała burzę wśród lekarzy

Ministerstwo Zdrowia zamierza się skupić na testowaniu pacjentów z objawami oraz ochronie grup ryzyka. – Chcemy testować przede wszystkim osoby z gorączką, dusznością, kaszlem – wylicza minister Adam Niedzielski. Na badania mają być też kierowani pacjenci przed pobytem w sanatorium, zakładzie opiekuńczo-leczniczym, hospicjum, a także domu pomocy społecznej.

Choć zmiany dotyczą również działania szpitali, najwięcej wątpliwości zgłaszają lekarze rodzinni. To oni dostaną nowe zadanie: mają kierować na testy osoby z podejrzeniem koronawirusa. Uważają, że to ich obciąży pracą, na którą nie są gotowi. Minister podkreśla, że jeśli wynik testu będzie ujemny, pacjent pozostanie pod opieką lekarza POZ. Jeżeli jednak będzie dodatni, pacjent zostanie skierowany na tzw. ścieżkę zakaźną. Na razie nie wiadomo jednak, jak miałaby ona wyglądać.

Na konferencji, na której ogłaszano strategię, MZ odpowiedziało nam, że każda pozytywnie zdiagnozowana osoba, niezależnie od objawów, ma się udać do szpitala, a lekarz rodzinny nie będzie się już nią zajmować. Później resort przekazał, że osoba, która ma pozytywny wynik testu, „jest przekierowana, w kontakcie ze swoim lekarzem POZ, do specjalisty chorób zakaźnych w najbliższym szpitalu. Tu zapada decyzja o dalszej formie leczenia: hospitalizacja lub izolacja domowa”. Co to znaczy „w kontakcie z lekarzem”? Czy lekarz POZ powinien ułatwić choremu kontakt z zakaźnikiem, czy każdy ma go szukać sam? Nie wiadomo.

Jak chory dotrze do szpitala? „W zależności od stanu klinicznego pacjenta, który otrzymał wynik testu, karetkę może wezwać lekarz POZ lub pacjent może sam udać się do szpitala” – czytamy. Takie postawienie sprawy, zdaniem lekarzy, wymaga doprecyzowania. Jeżeli transport ma być po stronie POZ, to w grę wchodzą tylko karetki należące do wojewodów. Ich liczba jest ograniczona. Co więcej, karetka nie przyjedzie, jeżeli szpital nie zadeklaruje, że przyjmie pacjenta.

Medycy mają też czysto ludzkie obawy. Bożena Janicka z Porozumienia Pracodawców Ochrony Zdrowia przypomina, że w POZ pracuje ok. 24 tys. lekarzy, którzy mają listy zadeklarowanych pacjentów. 40 proc. z tych lekarzy to emeryci. Są placówki, gdzie średnia wieku przekracza 60, a nawet 65 lat. – Kto zapewni im bezpieczeństwo, skoro sami są w grupie ryzyka? – pyta Janicka. Jej zdaniem w POZ należałoby pilnie zatrudnić ponad 15 tys. osób.

Są miejsca, gdzie NFZ bierze pod lupę kontrakty i zachęca poradnie, by zatrudniały dodatkowych lekarzy. Na jednego medyka powinno przypadać 2500 zadeklarowanych pacjentów. W rzeczywistości bywają nawet 4000. Skąd brać ludzi do pracy, skoro chętnych brak? Ponadto jej zdaniem nie da się zapewnić bezpiecznego przepływu pacjentów w placówkach. – Resort zapomniał, że ruch w przychodniach będzie rósł. Skoro minister apeluje, by ludzie się szczepili, to część posłucha i przyjdzie do nas – mówi.

Reklama

Przychodnie nie są na to gotowe. – Nie ma żadnej śluzy, osobnego korytarza czy wejścia, które można by udostępnić podejrzanym pacjentom – wylicza lekarka POZ z Warszawy. – Przy rejestracji stoi stolik z wyłożonymi kartkami, na których pacjenci zapisują, czy nie mają objawów COVID-19, oraz wyniki pomiaru temperatury zrobionego przez rejestratorkę. Co rano zamieszanie jest takie, że niektórzy wpisują wyniki samodzielnie, byle nie spóźnić się do gabinetu. Jednym z rozwiązań jest godzinowy podział pracy, np. kierowanie pacjentów z podejrzeniem COVID-19 na konkretną porę dnia, by nie stykali się z innymi w poczekalni. Albo osobne wejście dla osób z podejrzeniem i dla reszty – padają sugestie. Nie wszędzie jest to technicznie możliwe.

Sporo dyskusji wzbudziła kwestia wydawania skierowań na badania. Ostatecznie postawiono na badanie osobiste, odrzucając teleporady, by móc weryfikować, czy pacjent na pewno ma objawy. Lekarze odbierają to jako wyraz nieufności.

Tomasz Zieliński, prezes Lubelskiego Związku Lekarzy Rodzinnych, przekonuje, że jeśli pacjent mówi przez telefon o utrzymującej się wysokiej gorączce, bólach mięśni i głowy, zaburzonym smaku i węchu, to wymienia symptomy zakażenia koronawirusem. – W gabinecie dostałbym od niego te same informacje, a nie mam wykrywacza kłamstw, by stwierdzić, czy mówi prawdę i nie naciąga systemu na test – podkreśla.

Z niewiadomych powodów do prac nad strategią nie dopuszczono lekarzy praktyków, przedstawicieli środowiska POZ. Stąd tak wiele pytań, które mamy – mówi Michał Sutkowski z Kolegium Lekarzy Rodzinnych. Jego zdaniem strategię należy traktować jak dokument otwarty. – Spotkaliśmy się z prezesem NFZ. Teraz liczymy na rozmowy z ministrem. Choćby dziś – deklaruje.

Strategia zmienia również organizację na poziomie szpitalnym: będzie dziewięć szpitali jednoimiennych dla najciężej chorych, a oprócz tego siedem oddziałów zakaźnych i obserwacyjno-zakaźnych, które będą przygotowane na przyjęcie pacjentów z COVID-19. To daje łącznie ok. 4000 miejsc dla chorych wymagających opieki internistycznej. Z kolei szpitale powiatowe muszą mieć zapewnione miejsca izolacyjne. Nowe rozwiązania mają wejść w życie 15 września.