p

Ivan Krastev*:

Strategia brukselskiego sandwicza

Bułgaria jest najnowszym, najbiedniejszym i prawdopodobnie najgorzej rządzonym członkiem Unii Europejskiej. Gospodarka kwitnie, życie polityczne się wali, a społeczeństwo jest kompletnie sfrustrowane. Bułgarzy mają najbardziej sceptyczny w całej UE stosunek do demokracji. Pewien znany włoski reżyser filmowy, który odwiedził Bułgarię w latach siedemdziesiątych, uznał ten kraj za doskonałą scenerię dla dramatów rodzinnych, ale nie dla tragedii politycznych. Niewykluczone, że pomylił się w swojej ocenie. Paradoksalnie Bułgaria może stać się jednym z krajów, które zdecydują o przyszłym kształcie Europy. W pewnym sensie losy powiększenia UE spoczywają w rękach nie tylko Dublina, ale również Sofii. Po odrzuceniu traktatu lizbońskiego przez Irlandię powiększenie Unii jest instytucjonalnie niemożliwe. Jeśli Bruksela nie zdoła wymusić na Bułgarii poprawy złych praktyk rządzenia, otwarcie drzwi dla nowych członków Unii stanie się politycznie niemożliwe.

W tym właśnie kontekście powinniśmy rozpatrywać opublikowany 23 lipca raport Komisji Europejskiej na temat postępów Bułgarii w walce z korupcją i przestępczością zorganizowaną. Jest to zaskakujący dokument dla kogoś, kto z grubsza zna sposób i styl funkcjonowania Komisji. Bruksela postanowiła przemówić wyjątkowo ostrym i politycznym językiem. Zagroziła Bułgarii wstrzymaniem miliarda euro pomocy przedakcesyjnej. Zagroziła odcięciem dwóch instytucji państwowych od rozdziału unijnych funduszy. W równoległym raporcie OLAF (unijnego organu antykorupcyjnego), który tydzień wcześniej wyciekł do mediów, czytamy, że w bułgarskim rządzie i instytucjach państwowych są potężne siły niezainteresowane walką z korupcją. Prezydent Bułgarii został wymieniony z nazwiska jako przyjmujący pieniądze na działalność swojej partii od skorumpowanych środowisk. Krótko mówiąc, problemem Bułgarii jest nie tyle sama korupcja, ile podejrzenie, że rząd i prezydent w niej uczestniczą. Publikację takiego raportu przez Komisję można uznać za małą rewolucję.

Socjalistyczny rząd w Sofii zareagował szokiem i konsternacją. Próbuje bagatelizować zmianę tonu Komisji, a jednocześnie zarzuca Brukseli, że jest selektywna w swojej surowości. Podkreśla, że Bułgaria nie jest jedynym skorumpowanym krajem unijnym, a może nawet nie najbardziej skorumpowanym, więc dlaczego tylko ona ściągnęła na siebie gniew Brukseli? Dlaczego Komisja milczy w sprawie najnowszych zmian ustawowych, które służą wyłącznie interesom premiera Włoch Silvio Berlusconiego? I co z innymi krajami? Jednym słowem, rząd bułgarski znalazł argumenty, ale zgubił drogę.

Teorie spiskowe nie pomogą rządowi bułgarskiemu zrozumieć tego, co się stało. Nie chodzi o to, że Bruksela nie lubi bułgarskich socjalistów i wybrała ich sobie jako chłopca do bicia - Bruksela nie ma innego wyboru i musi być twarda. Jeśli Komisja nie przekona państw członkowskich, że potrafi skutecznie zareagować na kryzys rządzenia w nowym i przysparzającym najwięcej problemów kraju unijnym, to z dalszego powiększenia UE trzeba będzie zrezygnować. Twardy kurs Komisji wobec Sofii ma dać odpowiedź na podstawowe pytanie, przed którym stoi dzisiaj Bruksela: czy to prawda, że kiedy dany kraj wstąpi do Unii, Komisja Europejska przestaje mieć na niego większy wpływ?

Reklama

W opinii Brukseli nie przestaje i potrafi to udowodnić. Ewentualny sukces twardej linii wobec Bułgarii da zwolennikom powiększenia argument, że po akcesji transformacja się nie kończy, a wpływ Komisji nie znika, tylko zmienia swój charakter. Po akcesji Komisja w większym stopniu działa w ten sposób, że dociera bezpośrednio do społeczeństwa i wspiera te środowiska, którym zależy na zmianach. W przeciwieństwie do okresu przedakcesyjnego, kiedy Komisja Europejska lansowała model zmian, który można nazwać reformą bez polityki, teraz promowana jest autentyczna polityka reform.

Generalnie Komisja próbuje zastąpić politykę marchewki polityką brukselskiego sandwicza - skorumpowane rządy mają poczuć się wciśnięte pomiędzy rozgniewane społeczeństwo i bezkompromisową Komisję. Walka z korupcją staje się płaszczyzną porozumienia między społeczeństwem a Komisją.

Ta zmiana strategii jest zachęcająca, ale wiąże się z pewnymi zagrożeniami. Po pierwsze, przyciśnięty do muru rząd Bułgarii może skierować całą swoją energię na walkę nie z korupcją, tylko z Komisją, podsycając w obywatelach nacjonalistyczne uczucia. Na razie ta metoda nie działa, ale to może się zmienić. Drugie ryzyko wynika z zawartego w strategii brukselskiego sandwicza założenia, że rząd jest chory, a społeczeństwo zdrowe. Tymczasem kryzys bułgarski jest kryzysem nie tylko postkomunistycznych rządów, ale również postkomunistycznych społeczeństw. Bolączką Bułgarii jest nie tylko niekompetentny i skorumpowany rząd, ale również niewydolność administracji i niski poziom energii obywatelskiej. Opozycja aktywnie demaskuje korupcję, ale nie potrafi zaproponować konkretnych rozwiązań alternatywnych. Społeczeństwo bułgarskie nie organizuje się i nie angażuje w sprawy publiczne.

Ześrodkowanie strategii brukselskiej na korupcji może odbić się rykoszetem. Polityka antykorupcyjna w państwach Europy Wschodniej jest skazana na porażkę oraz przyczynia się do delegitymizacji elit politycznych i instytucji publicznych. Nawet nieskorumpowane rządy nie mają motywacji do tego, by inicjować kampanie walki z korupcją, ponieważ nie mają szans przekonać społeczeństwa, że są w tym skuteczne. Poza tym oskarżenia o korupcję mogą być zabójczą bronią w brudnych wojnach politycznych. Smutne, ale prawdziwe: dla wielu osób w Bułgarii korupcja to "cudze sitwy".

Bułgaria i Irlandia ilustrują fakt, że Unia Europejska przeżywa podwójny kryzys legitymacji. W zachodniej części kontynentu społeczeństwa kwestionują legitymację instytucji unijnych i protestują przeciwko deficytowi demokracji w UE. We wschodniej części kontynentu społeczeństwa ufają instytucjom unijnym bardziej niż swoim i żądają bardziej interwencjonistycznej Komisji. Bułgarzy nie przejmują się deficytem demokracji w Komisji, lecz deficytem przestrzegania podstawowych zasad przez rząd. Nie jest łatwo rozwiązać te dwa różne problemy naraz. Może się okazać, że Donald Rumsfeld jednak miał rację: są dwie Europy, nieufna wobec interwencjonizmu Komisji stara Europa i domagająca się interwencjonizmu nowa Europa.

Na razie debata europejska skupia się na tym pierwszym problemie, czyli kwestii irlandzkiej, ale kwestia bułgarska - drugi kryzys legitymacji UE - przypuszczalnie jest trudniejsza. Komisja może być katalizatorem zmian, ale sama ich nie przeprowadzi. Kwestii bułgarskiej nie wolno zignorować.

© 2008 Ivan Krastev

przeł. Tomasz Bieroń

p

*Ivan Krastev, ur. 1965, politolog, analityk spraw międzynarodowych, prezes Centrum Strategii Liberalnych w Sofii - think tanku doradzającego w obszarze polityki zagranicznej i wewnętrznej. Wykłada na Uniwersytecie Środkowo-Europejskim w Budapeszcie i w Instytucie Remarque'a na New York University. Autor m.in. książki "The Anti-Corruption Trap" (2004). Wielokrotnie gościł na łamach "Europy" - w nr 222 z 5 lipca br. zamieściliśmy jego tekst "Piękna choroba".