Artykuł pochodzi z wydania "Dziennika Gazety Prawnej" z dnia 11 kwietnia 2010 roku>>>

Reklama

"Panie Prezydencie, tysiące razy robiłem prezydentówki Panu. Były duże i małe. Dziś rano zrobiłem Panu ostatnią. Niech Bóg ma Pana w opiece – Rafał i cała załoga Lot Catering”.

„Ja, syn narodu polskiego, choć zawsze byłem Pana wielkim przeciwnikiem, choć nie zgadzałem się z Pana polityką, dziś specjalnie tu przyjechałem, by oddać Panu honor. Śmierć zmienia perspektywę spojrzenie na wszystko – Jan z Zamościa”.

„Przywiozłam tu dziś ze sobą moją 6-letnią córeczkę. Niech zapamięta ten dzień. Bóg z wami – Maria”.

Już osiem ksiąg kondolencyjnych wystawionych przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie zapełnionych jest podobnymi wpisami. W tłumie oczekującym przed pałacem, by postawić znicz, wpisać się do księgi, pomodlić czy tylko zatrzymać na chwilę, widać dziesiątki zapłakanych twarzy. – Jest inaczej niż po śmierci Jana Pawła II. Wtedy on, Kościół i media przygotowywały nas na tę śmierć. Dziś to było jak uderzenie prosto w twarz – mówi Marta Twardowska, studentka historii z Uniwersytetu Warszawskiego. – I co najważniejsze, wcale nie ma się poczucia, że zginęli politycy, czyli ludzie z zasady nielubiani. Wprost przeciwnie, wszyscy są naprawdę zboleli i wstrząśnięci – dodaje dziewczyna.

Reklama

Czarne miasto

Warszawa ostatnio tak wyglądała 2 kwietnia 2005 roku po śmierci Jana Pawła II. Całe miasto jest opustoszałe. Ulice puste. Zero ludzi i samochodów. Tylko Stare Miasto, Śródmieście i szczególnie Trakt Królewski są nieprzejezdne. Dziesiątki tysięcy ludzi z kwiatami, zniczami czy tylko czarnymi wstążeczkami w klapach zatrzymuje się przy kościołach, Belwederze i Pałacu Prezydenckim. Co kilka minut rozbrzmiewa Mazurek Dąbrowskiego lub pieśni żałobne. Kiedy na przejściu dla pieszych na ulicy Kredytowej niedaleko Zachęty światła przez kilka minut nie zmieniają się na zielone starsza kobieta uderza w płacz: – Teraz to już nic nie będzie działało w tym kraju.

– Czy tutaj w sobotnie popołudnia zawsze tak jest? – Margarita i Julio Guerrero z Meksyku z konsternacją rozglądają się, wchodząc na Krakowskie Przedmieście. – Przecież tu się zupełnie nie da przejść – zagajają policjanta. Dopiero kiedy słyszą, że te tłumy ludzi to żałobnicy, z przerażeniem w oczach pytają, czy nie powinni wyjechać z Polski: – Nie ma jakiegoś niebezpieczeństwa, zamachu stanu czy czegoś podobnego? Rany boskie! Taka tragedia! – Margarita zaczyna płakać.

Reklama

Jedna po drugiej restauracje, kawiarnie, a nawet galerie zamykają się, na drzwiach tylko wywieszone kartki z zawiadomieniem o żałobie. Rozchodzi się informacja, że z powodu żałoby w niedzielę mają być podobno zamknięte nawet sklepy.

Czarna sobota

Kwietniowe soboty to tradycyjnie dzień ślubów. Małgosia i Janek cieszyli się, że udało im się już pół roku temu zarezerwować termin w kościele św. Anny przy placu Zamkowym. Teraz jednak mają świątynię zapełnioną żałobnikami. – Nie wiemy nawet, jak mamy witać gości, czy mamy się uśmiechać, czy płakać. Nawet wesela nam się odechciało – wzdycha Małgosia.

- To tak spontanicznie wyszło, że tu jesteśmy – zapewnia Mateusz Zarczyński, prawnik z Pruszkowa, który pod kościołem św. Jana wraz z żoną i dwójką dzieci czeka na rodzinę. – Tak miło się ta sobota zaczęła: wolny dzień, kawka, książka, po 9 włączyłem telewizor, i tu jak obuchem w głowę taka informacja. W tym momencie wszystkim w domu telefony się rozdzwoniły. O 18 pójdziemy na mszę w archikatedrze. Dostałem od znajomego SMS, że arcybiskup Zimoń będzie ją prowadził – dodaje mężczyzna.

Coraz więcej flag z czarnymi kirami pojawia się w oknach mieszkań, biur i urzędów. Także chodnik przed rodzinnym domem Jarosława i Lecha Kaczyńskich na Żoliborzu z godziny na godzinę zapełnia się zniczami i kwiatami. Tu jednak ludzi nie ma za wielu. Dyskretnie podchodzą na chwilę, zostawiają znicz i odchodzą.