W piątek Bogdan Klich, minister obrony narodowej, ogłosił jedynie anulowanie kart powołania, ale wbrew oczekiwaniom nie zapowiedział abolicji dla niedoszłych poborowych uciekających przed wojskiem już tak długo, że zaczął ich poszukiwać wymiar sprawiedliwości. Nie wykluczył jednak, że ich problem w przyszłości zostanie jakoś rozwiązany. Najprostszy sposób to ustawa abolicyjna - przekonuje Zbigniew Hołda, wiceprezes Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

BARTŁOMIEJ LEŚNIEWSKI: Czy można karać za popełnienie przestępstwa, które właśnie przestało być przestępstwem?
ZBIGNIEW HOŁDA*: Prawo nie powinno dopuszczać takiej możliwości. Ale sytuacja ludzi uchylających się przed służbą jest bardziej skomplikowana niż mogłoby się wydawać. Bo wojsko nie rezygnuje z poboru na 100 proc., przepisy zakładają możliwość jego powrotu w specjalnych okolicznościach. Jest więc podstawa do ścigania tych, którzy poboru unikali.

To co należy zrobić?
Najlepszym rozwiązaniem byłaby ustawa abolicyjna. Inaczej każdy przypadek poborowego trzeba będzie mozolnie rozpatrywać jeden po drugim - a to może potrwać lata. Można ją przygotować tak, by gwarantowała brak kary dla objętych nią Polaków, ale pod warunkiem przyjścia do np. Wojskowej Komendy Uzupełnień i zarejestrowania się, a właśnie tylko na tym zależy już wojsku. Zainteresowani abolicją zgłaszaliby się chętniej i szybciej niż doprowadzani do niej pod przymusem przez policję.

Ale może trzeba ich ścigać, przecież w końcu popełnili przestępstwo?
Nie. Po pierwsze dlatego, że szkodliwość społeczna unikania wojska jest niska, a już tylko to jest wystarczającą podstawą do rezygnacji z wymierzania kary. Po drugie, do tropienia takiej rzeszy młodych potrzebna jest cała armia urzędników i funkcjonariuszy. Tylko czemu miałaby służyć ich praca, skoro armia zrezygnowała z poboru?

* Zbigniew Hołda - polski prawnik, adwokat, dr hab. nauk prawnych, wiceprezes Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka