Pod koniec lat 80. dwóch ekonomistów, Kevin Murphy i laureat Nobla Gary Becker, opublikowało słynny tekst poświęcony paleniu, w którym stwierdzali, że wszystkie formy nałogu są racjonalne. Racjonalna jest zarówno decyzja o wpadnięciu w nałóg, jak i o jego kontynuowaniu. Palacz w sposób całkowicie świadomy zakłada, że przyjemność czerpana z palenia będzie większa od tego, co złe w nikotynizmie. W tym ujęciu poszczególne nałogi nie różnią się między sobą – palacz podejmuje dokładnie tę samą decyzję, co heroinista, obżartuch czy hazardzista. Co więcej, nie sposób tu odróżnić tego, co uważamy za nałóg czy przywarę, od tego, co uważamy za godną naśladowania normę – mechanizm podejmowania decyzji jest zawsze ten sam. Heroinista postępuje słusznie, tak jak słusznie postępuje abstynent. Grubas, który pozostaje grubasem mimo noworocznych postanowień, jest równie racjonalny, co grubas, który – mimo że wszystkie statystyki i przeciwności losu przemawiały na jego niekorzyść – schudł.

Doskonała amoralność tej analizy jednych rozbawi, drugich rozdrażni. Jednak najistotniejsze jest zupełnie co innego: wbrew pozorom doskonałej logiczności Murphy i Becker całkowicie mijają się z prawdą. Jak w przypadku większości ekonomistów ich błąd sprowadza się do całkowitego lekceważenia psychologii. Zakładają, że każdy z nas występuje pod postacią doskonale spójnego „ja”. Tymczasem każdy z nas cierpi na rozdwojenie jaźni. Jedno z naszych „ja” rozpaczliwie pragnie stracić na wadze, rzucić palenie albo więcej pracować. Drugie równie gorąco pragnie gigantycznego deseru, papierosa lub dodatkowej godziny snu. Jesteśmy kim innym rano – gdy postananawiamy schudnąć o kilogram do końca miesiąca – i kim innym, gdy zasiadamy do kolacji. Jest tak już choćby dlatego, że za nasze krótko- i długoterminowe decyzje odpowiadają inne części mózgu. Nie jesteśmy racjonalni i do szpiku kości wyrachowani, ani całkowicie nieracjonalni i w związku z tym bezradni. Znajdujemy się w stanie ciągłej wewnętrznej wojny. Wszystko sprowadza się do wyboru odpowiedniej strategii.

Thomas Schelling był jednym z głównych architektów polityki amerykańskiej w czasie zimnej wojny. W roku 1958 kupił swoje pierwsze cygaro w londyńskiej restauracji, święcie przekonany, że będzie całkowicie odporny na nałóg. Po kilku miesiącach nie mógł się obejść bez nikotyny. Następne 15 lat spędził na walce z nałogiem: „W przypływie samoobrzydzenia wyrzucałem papierosy na śmietnik, przysięgałem, że nigdy znowu po nie nie sięgnę, prześladowany wizją własnych dzieci osieroconych po mojej śmierci na raka płuc. W trzy godziny później znajdowałem się na ulicy w poszukiwaniu ostatniego otwartego kiosku”. W końcu zrozumiał, że techniki, których używał jako doradca Kennedy’ego przeciwko Chruszczowowi, mogą mu także pomóc w walce z samym sobą. Że papierosy niczym się nie różnią od broni atomowej. Zawsze podkreślał, że groźba skutkuje tylko wtedy, gdy jest wiarygodna. I co więcej – jak pisał w „Strategii konfliktu” – „wbrew temu, co się powszechnie sądzi, drastyczne zaostrzenie stanowiska w sporze jest jedną z najskuteczniejszych dróg do sukcesu”. Zagroził samemu sobie, że jeśli nie rzuci palenia, przekaże kilkaset dolarów amerykańskiej partii nazistowskiej. Wtedy rzucił palenie.

Często nie mamy innego wyjścia, niż uznać siebie samych za naszych najgorszych wrogów.

Maciej Nowicki