Na kilka dni przed zamachem niemiecki kanclerz Olaf Scholz z okazji 70-lecia Komisji Wschodniej Niemieckiej Gospodarki (Ost-Ausschuss der Deutschen Wirtschaft) wezwał niemieckie środowisko biznesowe do kontynuowania sankcji wobec Rosji, ale jednocześnie podtrzymał perspektywę współpracy z tym krajem po zakończeniu wojny w Ukrainie. Pojednawczą deklarację złożył dwa razy w tym tygodniu. W sobotę dowiedzieliśmy się, że „jeśli nie będziemy rozmawiać (z Rosją), stanie się jeszcze mniej prawdopodobne, że zakończy ona wojnę”. Okazuje się, że zamachu na komendanta polskiej policji dokonali Rosjanie przy współudziale Niemców, co najmniej wykorzystując do tego Ukraińców. Chodziło o pozbycie się wysokiej rangi funkcjonariusza z państwa, które przez Kreml jest przedstawiane jako podżegacz wojenny. Taka mogłaby być wersja oficjalna, gdyby nie fakt, że sam komendant w końcu przyznał, że nieco zawiódł. Odłóżmy jednak żarty na bok i zastanówmy się, co z tego przykrego incydentu wynika.
Ukraińcy mają zwyczaj wręczania prezentów w formie broni tym, z którymi się przyjaźnią, których szanują lub z którymi współpracują. Jedna ze znanych mi dziennikarek otrzymała np. broń osobistą ukraińskiej produkcji z wygrawerowanym jej imieniem i nazwiskiem. To działa zresztą w dwie strony. Pozostając w przyjaźni z kimś z resortów siłowych po tamtej stronie, można podarować mu np. – no może nie broń dosłownie, ale dajmy na to zegarek z funkcjami balistycznymi.

Prezent dla inspektora Szymczyka

Reklama
Nie jest problemem ani niczym nadzwyczajnym, że inspektor Jarosław Szymczyk został obdarowany granatnikiem. Poza tym, że rzeczywiście jest to broń z zasobów niemieckich, która trafiła na Ukrainę, aby strzelano z niej do rosyjskich pojazdów opancerzonych, a nie żeby stała w gabinecie przy ul. Puławskiej. Problemem jest absurd całej tej sytuacji. Szymczyk przekonuje, że do odpalenia pocisku doszło, gdy przestawiał panzerfausta z jednego miejsca na drugie. To tłumaczenie na poziomie studenckim, po powrocie do domu po suto zakrapianej imprezie: „A co to moja wina?”. Albo mówienie, że nie powiedziało się „k...wa” tylko „kulson”. RGW-90 nie da się tak po prostu odpalić. Chyba że chwyci się go w sposób pozwalający pociągnąć za spust. Taki chwyt jest oczywiście możliwy. Ale tylko na wspomnianej wcześniej suto zakrapianej imprezie studenckiej. Kto nie zna przypadków pokonywania wysokich płotów w stanie nietrzeźwości, których nie dałoby się sforsować na trzeźwo? Alkoholowe archiwum X jest pełne takich niesamowitych zdarzeń.
Rozmawiałem na ten temat z wiceszefem jednej z ukraińskich służb, który zapewnia, że „samozapłon” nie wchodzi w grę bez uwzględnienia nadzwyczajnych okoliczności z archiwum X. Z przykrością przyznał również, że inspektor Szymczyk stał się w związku z tym obiektem tzw. beki. Ale nie dlatego, że ten pocisk naprawdę odpalił. Tylko dlatego, że najpierw pojawiły się na ten temat spiskowe teorie, a później durne tłumaczenie, że coś ktoś przestawiał i wybuchło. Gdyby polski komendant zasugerował, że była „wigilia we firmie”, coś wypito i wyszło jak zawsze – sprawa byłaby oczywista. Kto w warunkach wojennych po alkoholu nie uczestniczył w tego typu incydentach, niech pierwszy rzuci kamieniem – opowiada mój rozmówca.
Podobnie komentują przedstawiciele polskich resortów siłowych. Nie zdradzę wielkiej tajemnicy, jeśli napiszę, że w jednej z polskich służb napisano dla żartu „Zarządzenie Szefa o zakazie stosowania w pomieszczeniach zamkniętych Służby granatników ręcznych”.
Tak to właśnie wygląda. Po pranksterach przyszedł czas na Hansa Klossa i panzerfaust. Komendant wprowadził do wojennej narracji nowe elementy bizarne. I już na zawsze ma swój wkład w powiększeniu deficytu powagi państwa polskiego.