Dlaczego w takim razie anomalie są tak często zamiatane pod dywan? Z ostrożności – ponieważ wielka część z nich okazuje się zwykłym humbugiem (jasnowidztwo, telepatia, wyginanie łyżek na odległość czy wspomniana wyżej mówiąca świnia). Innym nie potrafimy przypisać precyzyjnego znaczenia – niedawno czytałem o przypadku człowieka, który uroił sobie, że ma dwie głowy. Chciał być taki jak wszyscy i postanowił odstrzelić głowę numer 2. Oczywiście trafił w tę jedyną. Trudno z tego wydarzenia wyciągnąć jakieś sensowne wnioski („Nigdy nie myśl, że masz dwie głowy, to zbyt niebezpieczne...”?). Krótko mówiąc: anomalie, które naprawdę zmieniają nasze spojrzenie na świat, są niezwykle rzadkie. Przypadek H.M. stanowi taką właśnie anomalię.

Henry Molaison – jego imię i nazwisko trzymano w sekrecie do chwili, gdy umarł 2 grudnia zeszłego roku – był najsłynniejszym pacjentem w historii badań nad mózgiem. Przez ponad 50 lat pielgrzymowały do niego tłumy naukowców. Wszyscy byli zafascynowani człowiekiem, którego życie stanęło w miejscu w roku 1953. Molaison miał 16 lat, gdy doświadczył pierwszego ataku epilepsji. Potem ataki powtarzały się coraz częściej. Musiał zrezygnować ze szkoły, nie był w stanie pracować nawet na linii montażowej mimo swej zdecydowanie ponadprzeciętnej inteligencji. W roku 1953, gdy miał 27 lat, ataki osiągnęły jeszcze większe nasilenie – ponad 10 razy tygodniowo, a dawka leków, które brał, niemal go zabiła. Rozpaczliwie poszukiwano jakiegoś rozwiązania i w końcu postanowiono poddać Henry’ego chirurgii mózgu – lobotomii czołowej. Od tej pory ataki epilepsji niemal ustały. Jednak po operacji Henry całkowicie stracił zdolność do formowania nowych wspomnień. Jego pamięć zatrzymała się w momencie tuż przed operacją. Pamiętał kryzys roku 1929 i drugą wojnę światową. Jednak nic z tego, co zdarzyło się potem, już do niego nie docierało. Był przekonany, że Truman nadal jest prezydentem. Nie był w stanie zapamiętać drogi do łazienki. Za każdym razem, gdy słyszał o śmierci swojej matki, opłakiwał ją tak, jakby dowiadywał się o tym pierwszy raz. Za każdym razem, gdy coś jadł, wydawało mu się, że je to po raz pierwszy. Nie rozpoznawał nikogo ze szpitalnego personelu – niektórzy z lekarzy zajmowali się nim przez dziesiątki lat, ale mimo to zawsze wydawało mu się, że spotykają się po raz pierwszy. Jednym z najbardziej szokujących doświadczeń było dla niego spojrzenie w lustro. Zawsze spodziewał się, że zobaczy w nim młodego, szczupłego człowieka o czarnych, kędzierzawych włosach. Absolutnie nie wiedział, kim jest ten starszy mężczyzna, którego odbicie oglądał. Niezmiennie reagował zmieszaniem, zaskoczeniem i niezgodą.

Obiegowa prawda mówi, że wszystkie doświadczenia, których doznajemy po raz pierwszy, są znacznie silniejsze od powtórzeń. Tak zwana hedonistyczna psychologia potwierdza to przypuszczenie. Niezliczone eksperymenty wykazały, że wszelkie zmiany na lepsze przynoszą nam tylko krótkotrwałą radość. Początkowe emocje ustępują dość szybko i potem wszystko wydaje się nam takie jak przedtem. Skala zmiany nie ma tu żadnego znaczenia. Nieważne, jak biedni, chorzy czy nieszczęśliwi byliśmy wcześniej. Emocjonalna inflacja zachodzi w nas w zastraszającym tempie. Dlatego nieustannie domagamy się nowości.

Henry Molaison miał nad nami wszystkimi jedną przewagę: w jego życiu po roku 1953 wszystko było nieustanną nowością. Jednak ta przewaga była tylko pozorna. Nowość jego doświadczeń była tak absolutna, że w ogóle nie zdawał sobie z niej sprawy – żył w nieustannej teraźniejszości, gdzie wszystko zlewało się w jedno. Lubił grać w golfa. Lata praktyki sprawiły, że był w tej grze coraz lepszy. Nie odczuwał z tego jednak żadnej radości – nie wiedział, że robi postępy, bo nie pamiętał, że już wcześniej grał w golfa. Żył tak, jakby wszystkie momenty jego życia dzieliła nieskończona przepaść, której żaden wysiłek nie może pokonać. Jakby jego „ja” rozpadło się na miliardy cząstek.

Maciej Nowicki