Damian Green: Nie do końca. Mówimy przecież o kontroli napływu imigrantów spoza Unii Europejskiej i liczbie pozwoleń na pracę, które wydaje brytyjski rząd. Przykłady Australii czy Stanów
Zjednoczonych pokazują, że takie limity świetnie się sprawdzają, zwłaszcza w dobie kryzysu.
Jesteśmy w Unii Europejskiej i nie zamierzamy tego zmieniać. Swobodne przemieszczanie się w poszukiwaniu pracy jest tego częścią. Każdy może osiedlić się tam, gdzie czeka na niego
praca.
Nie. Nigdy nie ukrywałem, że nie otworzylibyśmy rynku dla emigrantów tak szybko. Pewnie zastosowalibyśmy rozwiązanie pragmatyczne, jakiś okres przejściowy, jak np. Niemcy.
Nie umniejszałem nigdy roli emigrantów. W sumie i tak mieliśmy dużo szczęścia, bo Polacy, którzy przyjechali tu w takich niespodziewanych ilościach, okazali się być modelowymi pracownikami
i w większości dobrze się tutaj zaklimatyzowali. Ale głównym problemem nie jest teraz to, że Brytyjczycy nie chcą pracować. Wielu z nich jest mniej konkurencyjnych od pracowników
zagranicznych. I naszą rolą jest tych ludzi wyszkolić, żeby mogli rywalizować o pracę, na przykład z Polakami.
Co siódme dziecko mówi w domu w innym języku innym niż angielski. Duża liczba takich uczniów w szkołach utrudnia życie nauczycielom, rodzicom i samym dzieciom. To problem natury praktycznej.
Uczniowie z emigracyjnych domów potrzebują dodatkowych zajęć, dwujęzycznych nauczycieli. A to przecież kosztuje.
Wcale nie zaprzeczam, że emigranci wzbogacają Wielką Brytanię ekonomicznie i kulturowo. Tak jak mówiliśmy wcześniej, pomogli nam wypełnić pewne luki na rynku pracy.
To zależy już tylko od nich.