Dziennik Gazeta Prawana logo

Stalinizm jest wciąż wypierany z europejskiej świadomości

20 marca 2009, 23:32
Ten tekst przeczytasz w 12 minut
Europejski horyzont historyczny wciąż jeszcze ukształtowany jest przez zimnowojenny podział kontynentu na dwie części. Wciąż jeszcze ta druga połowa jest niewystarczająco obecna. Najczęściej dostrzegamy Europę oraz bliżej niezdefiniowany, niezrozumiały i odległy Wschód - mówi Karl Schlögel. Z niemieckim historykiem i znawcą Rosji o terrorze, modernizacji i życiu codziennym w Moskwie lat 30. rozmawia Karolina Wigura.


Spojrzenie takie pokazuje najlepiej, co dla Moskwy oznaczała wtedy jedność miejsca i czasu najróżniejszych wydarzeń. W tamtym jednym roku wydarzyło się kilka rzeczy, które opinii publicznej zapierały dech w piersiach: obchody dwudziestej rocznicy rewolucji październikowej, wielki międzynarodowy kongres geologiczny, uchwalenie nowej konstytucji. A z drugiej strony odbywały się procesy pokazowe i ostateczna masakra pierwszej rewolucyjnej elity politycznej. Patrząc na miasto z lotu ptaka, uczymy się rozpoznawać sceny, na których rozgrywało się życie społeczne i polityczne: Teatr Bolszoj, plac Czerwony, dacze na przedmieściach i "wielki lunapark Stalina", czyli park Gorkiego. Moskwa z roku 1937 to jeden wielki plac budowy, gdzie jednocześnie wznoszono drapacze chmur i drążono podziemny labirynt metra. Ale to również labirynt terroru, wielkie miejsce straceń.


Chciałem przede wszystkim uwolnić się od ciągle jeszcze panujących paradygmatów historiograficznych, zgodnie z którymi poszczególne wydarzenia czy warstwy rzeczywistości należy w narracji historycznej izolować. Powoduje to moim zdaniem sztuczne unieruchomienie wielkiej złożoności, jaką badamy. I tak np. pojęcie "stalinizmu", rozumianego jedynie jako rządy totalne, w istocie nie daje nam wyobrażenia o przeszłości. Żeby zrozumieć, czym był Związek Sowiecki i czym była Moskwa w latach 30., musimy zadać sobie pytanie, jakie były warunki życia i przeżycia w tamtym kraju. Cała Rosja znajdowała się wówczas w bezustannej podróży - czy to na skutek deportacji, czy masowych przesiedleń, czy wreszcie w poszukiwaniu warunków, w których dałoby się przeżyć. Istnieje nawet angielski termin określający to zjawisko: "Russia in flux". A mieszkanie w Moskwie było szczytem marzeń. Dlatego między rokiem 1926 a 1939 przeprowadziło się do niej 23 miliony samych tylko chłopów. Tysiące młodych ludzi, także kobiet i dzieci, błąkały się po ulicach, szukając jedzenia i miejsca dla siebie w tym mieście marzeń, w którym były szkoły, praca i kino. Mieszkali w najróżniejszych, czasem przerażających warunkach. Ci, którzy mieli więcej szczęścia, trafiali do "komunałek", gdzie w kilku pokojach koegzystowały trzy - cztery rodziny, używając wspólnej łazienki i toalety. Inni nocowali w tych samych halach fabrycznych, w których w dzień pracowali, albo w tunelach metra, piwnicach, gdzie się dało. Było to społeczeństwo rozbite, zatomizowane, ale zarazem zjednoczone wspólnym pragnieniem, by przeżyć i zapełnić tę olbrzymią pustkę, jaka pozostała po tysiącach ludzi, którzy zniknęli z dnia na dzień z moskiewskich ulic. Chyba nic nie obrazuje tej pustki lepiej niż gigantyczny wykop pod fundament w miejscu, gdzie wcześniej - zanim został wysadzony - stał symbol Moskwy jako trzeciego Rzymu: cerkiew Chrystusa Zbawiciela. Na jej miejscu planowano następnie zbudowanie Pałacu Sowietów. Ale wysoka na 415 metrów budowla, zwieńczona gigantycznym pomnikiem Lenina, nigdy nie powstała i przez dziesiątki lat straszyły tam niedokończone fundamenty. Aż do początku obecnego stulecia, gdy odbudowano cerkiew.


Terror generowany był w dwóch przeciwległych kierunkach: odgórnie, przez władze, i oddolnie, przez samych ludzi. Tak było od samego powstania komunizmu - mamy tu do czynienia z gigantycznym ruchem masowym, z ogromną liczbą ofiar i jednocześnie z ogromnym poparciem społecznym. Najważniejszymi nosicielami reżimu stalinowskiego były owe przybywające do miast kohorty młodych ludzi, którzy dostępowali niewiarygodnego awansu społecznego. Stalinizm tworzyła nie biurokracja, ale właśnie oni - nowe warstwy społeczne, które miały swoje marzenia i które coś od tego systemu dostały, ale które jednocześnie przyczyniły się ogromnie do jego drapieżności. Niesłychanie ważna była również masowa propaganda, możliwa dzięki nowym wynalazkom komunikacyjnym. Ogromną rolę odgrywało kino - a w nim filmy Siergieja Eisensteina, Ilji Kopalina, Michaiła Kaufmana, Wiktora Kuleszowa. Być może jeszcze ważniejsze było radio, które jest instrumentem synchronizującym ludzkie doświadczenia, wytwarzającym wspólnoty uczuć pozytywnych i nienawiści. Całe rodziny czekały w napięciu, aż przemówi ucieleśnienie państwa, socjalizmu, konstytucji: Stalin. Chociaż dla niektórych oznaczało to rozczarowanie. Wielki rosyjski fizyk Władimir Wernadski pisał w swoim dzienniku, po tym jak pierwszy raz usłyszał Stalina przez radio: "Zdumiewające, jak wielki sukces może osiągnąć człowiek o tak fatalnych predyspozycjach. Ten głos, ten akcent, brak wykształcenia"...


Z dnia na dzień i z niewiadomych przyczyn wrogami publicznymi stawały się stowarzyszenia znawców esperanto albo miłośników wspinaczki górskiej. To historia o wiele bardziej skomplikowana niż przypadek niemiecki, bowiem w Rosji widać płynne przechodzenie między sferą ofiar a sferą katów. Koleje losów naukowców i artystów to osobny paradoks. Było to niesłychanie ożywione środowisko - spotykano się w klubach, restauracjach, salonach. Goście mieszali się z tajną policją. Jeden z najsłynniejszych salonów prowadziła żona samego Jeżowa, Eugenia. Przychodzili tam znani pisarze, jak Izaak Babel czy Michaił Kozłow, którzy byli potem denuncjowani i sami denuncjowali... Środowisko artystyczne to również złamane biografie. Jak biografia Bułhakowa, który z ukochanego pisarza Stalina stał się banitą z dożywotnim zakazem publikacji. Jak Szostakowicz, który najpierw był wychwalany przez krytykę, a po napisaniu "Lady Makbet mceńskiego powiatu" systematycznie niszczony. Ale i tu nie brak rzeczy zdumiewających. Odkryłem na przykład, że w 1937 roku, w czasie największego terroru, dwóm sławnym pisarzom, Ilji Ilfowi i Eugeniuszowi Pietrowowi, udało się opublikować w Rosji książkę "Odnoetażnaja Amierika" (Jednopiętrowa Ameryka), zawierającą jedne z najpiękniejszych reportaży, jakie kiedykolwiek poświęcono temu krajowi. To, że książka pełna zachwytu nad Ameryką ukazała się właśnie w 1937 roku, jest równie warte podkreślenia jak to, że jeden z jej autorów, Ilf, zmarł dokładnie w tym samym czasie z przyczyn naturalnych.


Europejski horyzont historyczny wciąż jeszcze ukształtowany jest przez zimnowojenny podział kontynentu na dwie części. Wciąż jeszcze ta druga połowa jest niewystarczająco obecna. Najczęściej dostrzegamy Europę oraz bliżej niezdefiniowany, niezrozumiały i odległy Wschód. Co prawda, temat Rosji nigdy nie był w Europie Zachodniej nieobecny - już przed opublikowaniem "Archipelagu Gułag" Aleksandra Sołżenicyna czytano Artura Koestlera, Eugenię Ginzburg, Nadieżdę Mandelsztam. Publikowane były wspaniałe opracowania historyczne Roberta Conquesta i Roja Miedwiediewa. A jednak nigdy dotąd katastrofie społecznej i tragedii ludzkiej, jakie przyniosła modernizacja stalinowska, nie poświęcono wystarczającej uwagi. Nigdy nie próbowano jej wystarczająco zrozumieć. Nigdy nie patrzono na nią z przerażeniem równym temu, jakie wzbudzały zbrodnie narodowosocjalistycznych Niemiec. Panowała rażąca asymetria: w świecie, który ukształtowały nazwy Dachau, Buchenwald, Auschwitz, do świadomości w niewielkim tylko stopniu przebiły się Workuta, Kołyma czy Magadan. Czytano Prima Leviego, ale już nie Warłama Szałamowa. I tak ofiary Stalina umierały po raz wtóry - tym razem w ludzkiej pamięci. A przecież Moskwa w 1937 roku nie była żadnym odległym utopicum, ale sceną, na której rozgrywała się europejska historia. Miasto to nie znajdowało się gdziekolwiek, ale w miejscu i momencie przełomowym dla cywilizacji europejskiej. Zabici w 1937 roku są ofiarami nieznającego żadnych geograficznych granic "wieku skrajności".


Myślę, że obie rewolucje rosyjskie z 1917 roku potrafimy już dzisiaj dość dobrze zrozumieć. Najważniejszą konsekwencją 1917 roku było to, że urzeczywistniło się coś, czego w zrozumiały sposób mieszkańcy Rosji oczekiwali od bardzo dawna: chłopi dostali na własność ziemię.


To, co przyniosły następne lata, jest dla mnie zaskakujące: kolektywizacja wsi i walka z tak zwanymi kułakami, w czasie których najpracowitsi, produkujący najwięcej chłopi zostali zamordowani bądź wysłani na Syberię. Do tego wielki głód, podczas którego umarło sześć do ośmiu milionów ludzi, i brutalna industrializacja. Wszystko to w ostateczności doprowadziło do całkowitego zniszczenia rosyjskiej wsi. Ale prawdziwy horror miał dopiero nadejść. Był nim właśnie rok 1937, krwawy akt końcowy tego procesu. Cała literatura mu poświęcona koncentruje się właściwie na próbie odpowiedzi na jedno pytanie: jak to możliwe, że w tak niedługim czasie Rosja dokonała nieporównywalnego z niczym samozniszczenia? Jestem pewien, że nie możemy zrozumieć komunizmu, jeśli nie poznamy dobrze tamtego czasu.


O porównania można się tu pokusić tylko z największą ostrożnością. Lata 1937 i 2009 to w Rosji dwie zupełnie różne konstelacje. Rok 1937 jest czasem europejskiej wojny. Wojna nie skończyła się bowiem w 1918 roku, ale przeszła w stan względnego uśpienia, by wybuchnąć ponownie w latach 1939 i 1941. To była Europa permanentnego "przedwojnia" - o dzisiejszych czasach nie można byłoby czegoś takiego powiedzieć. Ale Rosja tamtej epoki to także, jak mówiłem, kraj ludzi młodych, awansujących, gotowych na wszystko. Dziś jest zupełnie inaczej. Rosja jest krajem demograficznie starym i śmiertelnie wyczerpanym. Choć istnieją oczywiście pewne podobieństwa - długa tradycja przemocy państwowej i rządów silnej ręki, mobilizacja poprzez strach przed zewnętrznym zagrożeniem. Putin stara się ponownie przekonać Rosjan, że ich kraj jest otoczony przez wrogów. Że wszystkie konflikty pochodzą z zewnątrz. Że opozycja jest piątą kolumną. To rozwinięcie starej, dobrze znanej tradycji. Ale wszelkie zbyt daleko idące porównania byłyby nadmiernym uproszczeniem, za sprawą którego mogłaby nam umknąć właściwa diagnoza współczesnej Rosji.


Bardzo trudno jest spekulować, ale myślę, że mamy wyraźne sygnały, by uważać, że w Rosji rozwija się dziwaczna kombinacja czekizmu - nowej rosyjskiej tradycji, reprezentowanej dziś przez partię Putina Jedna Rosja - i starodawnej tradycji Cerkwi prawosławnej. To zjawisko nowe i szalenie niebezpieczne. Może ono mieć bardzo negatywne konsekwencje w przyszłości - i to niezależnie od tego, czy era Putina będzie nadal trwać.

p

, ur. 1948, niemiecki historyk, znawca dziejów Rosji i Europy Środkowej. Obecnie wykłada na Europejskim Uniwersytecie Viadrina we Frankfurcie nad Odrą. Interesuje go przede wszystkim problem geograficznej i społecznej przestrzeni historycznych wydarzeń. Opublikował kilkanaście książek - m.in. "Petersburg: Das Laboratorium der Moderne 1909 - 1921" (2002), "Marjampole oder Europas Wiederkehr aus dem Geist der Städte" (2005) oraz ostatnio "Terror und Traum. Moskau 1937" (2008). W "Europie" nr 238 z 25 października ub.r. zamieściliśmy wywiad z nim "Komunizm miał wiele twarzy".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj